R.I.P.*

przez Kinga Ochendowska dnia 01/07/2010

Ostatnimi czasy, nachodzi mnie wiele refleksji, związanych ze zmianami zachodzącymi w sposobie użytkowania komputerów. Taki Web Developing chociażby. Kiedyś, by powiesić w Internecie stronę WWW, potrzebna była określona wiedza. HTML, PHP, Flash. Wraz z popularyzacją Internetu, na pomoc użytkownikom ruszyły edytory WYSIWYG (What You See Is What You Get), jednak nadal trzeba było mieć jakieś podstawy merytoryczne. Oczywiście, generowanie kodu stało się łatwiejsze, jednak nadal trzeba było umieć przygotować lekką grafikę, przemyśleć układ tak, by strona była przejrzysta i łatwa w użytkowaniu. Do projektowania moich stron, przez całe lata służył mi wiernie NvU, powstały w ramach opensourcowego projektu, dostępny dla wszystkich platform sprzętowych.

Wraz z pojawieniem się OSX i jego ciągłym, dynamicznym rozwojem, wraz z upowszechnianiem się filozofii „łatwo, miło i przyjamnie” i ewolucją samego Internetu, narzędzia do tworzenia WWW stały się bardziej intuicyjne, prostsze, wymagały coraz mniej interwencji ze strony użytkownika. Kod zaczął pisać się sam, generowany automatycznie. Tak samo prosto można wygenerować grafikę – programy typu Picturesque (dostępny w bundle z poprzedniej edycji MacHeist), dodają efekty lustra, cienia, obrotu automatycznie, przy pomocy jednego kliknięcia. Już nie potrzeba dogłębnej znajomości Photoshopa, czy innego programu graficznego. Wystarczy zaznaczyć pożądaną opcję i wygenerowane zostaną lekkie webowe obrazki, internetowe albumy czy flashowe animacje.

Ale to wciąż nie wszystko. Kluczowym zadaniem, postawionym przed programami do tworzenia stron stała się łatwość dodawania, aktualizowania treści. Hektyczny tryb życia sprawia, że oczekujemy możliwości updatowania strony szybko, prosto i z każdego miejsca na ziemi. Nie zawsze możemy skorzystać z własnego programu i komputera. Do tego trzeba mieć wykupiony hosting i domenę – a przecież można szybciej, łatwiej.

W tą niszę wkroczyły serwisy blogowe. I rzeczywiście stało się łatwiej. Blogger od Google, WordPress, Jogger, rodzimy blog.pl, OnetBlog – wszystko co stało się potrzebne to przeglądarka internetowa. Wystarczy założyć konto w którymś z wymienionych serwisów i już jesteśmy właścicielami strony z darmowym hostingiem i domeną. Właśnie to, stało się przyczynkiem do powstania pokolenia WEB 2.0. Potem dołączyły do nich serwisy społecznościowe i mikroblogi. Teraz można powiedzieć: „Ja mam strone na Facebook’u!”, „Moja strona jest na Twitterze.”, „A moja na Blipie”. Zresztą, po co się ograniczać? Strony można mieć wszędzie!

Kiedyś, firma chcąca oferować swoje usługi w Internecie, musiała liczyć się z całkiem pokaźnymi kosztami zamówienia strony u WebDevelopera. Tworzenie strony było poważną sprawą. Dziś nawet banki reklamują proste generatory, by „pomóc” swoim klientom efektywnie reklamować swoje usługi. Koszt takiego programu, to raptem 40 funtów. Ile więc za zrobienie strony może zarządać WebDeveloper?

Oczywiście można argumentować, że strona zrobiona przez profesjonalistę, będzie znacznie lepszej jakości. Jednak z mojego doświadczenia wynika, że przedsiębiorcy nie koniecznie rozumieją pojęcie „jakości strony”, zgodności kodu, lepszej wartości marketingowej. Dla przedsiębiorcy wkraczającego na rynek, owa gadanina to „czarna magia”, powodująca niepotrzebną konfudację. Po co to wszystko – przecież można łatwiej? A przede wszystkim taniej!

Już teraz, część bardziej zorientowanych „biznesmenów”, z powodzeniem używa gotowych szablonów blogowych, do tworzenia firmowych stron. WordPress, Blogger, oferują im możliwości taniej reklamy i ograniczenia kosztów z tym związanych. Również szkoły i instytucje publiczne coraz chętniej korzystają z gotowych szablonów. Szkolny Webmaster nie potrzebuje skomplikowanej, informatycznej wiedzy. Dostaje tekst, wkleja go w ramkę, klika „opublikuj” i gotowe!

Do tego zintegrowane pluginy, których instalacja polega na kliknięciu w link. Praktycznie bez żadnych kosztów, można skonstruować system reklamowy w oparciu o WordPress, Twittera, Blipa i Facebooka. Informacje we wszystkich serwisach będą pojawiać się symultanicznie. Czy potrzebna jest do tego skomplikowana wiedza? Nie! Wystarczy wiedza, że jest to możliwe. Reszta to instrukcje krok po kroku.

Jaka przyszłość czeka więc WebDevelopera? Czy już niedługo będzie to tak samo martwy zawód jak serwisant komputerowy, którego rola ogranicza się praktycznie do przyjęcia sprzętu, zlokalizowania usterki i wymianie komputera na nowy, bo koszty naprawy są zbyt wysokie?

Nie chcę być złym prorokiem, ale wydaje mi się, że już niedługo, zawodowi WebDevelopera będziemy mogli powiedzieć R.I.P. – *”Spoczywaj w pokoju”. Wieść o tanich programach niesie się między przedsiębiorcami, uczą się oni korzystania z dobrodziejstw współczesnego Internetu. W dzisiejszych czasach, gdy każdy z nas w domu tworzy własne filmy, kalendarze, albumy ze zdjęciami i strony, dni developerów wydają się być policzone.

Zwłaszcza, że nawet nasze strony uaktualniamy z komórki, załączamy zdjęcia i przy pomocy jednego kliknięcia w ekran, przedstawiamy światu. Może z czasem, pojawi się nowy zawód – doradca webowy. Jeśli nie będziemy mogli się zdecydować, przeprowadzi badanie rynku i przedstawi na wykresach, które skórki najlepiej posłużą naszej stronie.

Tylko my, komputerowe dinozaury, spoglądamy czasem z nostalgią w przeszłość. Oczywiście, teraz jest łatwiej. Oczywiście – powinno być łatwiej. Czasy się zmieniają, przestrzenie, które nie ewoluują – umierają. Jednak czasem kodu żal.



Podobne wpisy:

  1. Nadgryzione jabłuszko Jaka to była frajda, ustrzelić na mieście samochód z przyklejonym...
  2. Jak upodlić iPhonea? Utarło się, ze iPhone ma swój niepowtarzalny styl i wygląd....
  3. PSJ Minęły czasy procesorów 68K, PPC i systemów klasycznych. Za każdym...
  4. Medialna sieczka Nie znoszę nowoczesnych mediów. Zdaję sobie sprawę, że to stwierdzenie...
  5. Niebezpiecznie zielona Jakiś czas temu, nieopatrznie wyraziłam swoją opinię na temat wydarzeń...

  • tomek

    Co do ptasiej grypy: podejrzewam, że chodziło o prewencję. Jakby wszyscy zaczęli zgłaszać się do lekarza… pomyśl co by się wtedy stało. Co do instrukcji krok po kroku to podejrzewam, że to też nie chodziło o objawy choroby tylko o prewencję – szczepionkę.

    Rety… jak czytam Twój tekst to bez urazy, ale zastanawiam się nad tym, że to może jednak jest SF… ;)

  • http://santee.xon.pl/watcher s@ntee

    Szanowny Tomku, autorze komentarza:

    Doskonale zdajesz sobie sprawę z tego, że sformułowanie dotyczące nie mieszkania w Polsce odnosi się do Twojego stwierdzenia, że ten artykuł mógł powstać jedynie w Polsce ;-)

    Proponuję zapoznanie się z definicją bardzo popularnego narzędzia literackiego, zwanego Hiperbolą. (Nie, nie matematyczną, literacką.)

    Jeśli przyjmiesz użytkowników komputerów za populację, zauważysz zapewne, że zmieniają się proporcje pomiędzy wytwórcami a konsumentami. Ze względu na łatwość dostępu do narzędzi wytwórczych, część konsumentów, w swoim ograniczonym zakresie, przenosi się do sektora wytwórców.

    Owszem, zawsze będzie konieczny ktoś, kto stworzy narzędzia. Tyle że grupa ta zmniejsza się, wraz ze wzrostem samowystarczalności klientów, których nie interesuje „klasa”, jakość usługi. Dlatego też jakość usług drastycznie się obniża.

    I tu pojawia się ta hiperbola, wskazana wcześniej – teraz powinno to być jasne.

    Ad UK i NHS:

    Naprawdę, nie jest to objawienie, że chodzi o prewencję. Pytania dotyczyły objawów – w całym spektrum i zakresie. Ja tego nie podejrzewam, ja to wiem. Na tej podstawie zostało ZDIAGNOZOWANE, czy jesteś przypadkiem świńskiej grypy, czy nie. Przez system komputerowy, nawet nie żywą osobę.

    Mało? OK. Narodowa linia zdrowia. Telefoniczna. Nie czujesz się dobrze? Zadzwoń. Pani pielęgniarka powie Ci przez telefon, bez oglądania Cię, jakie środki masz przyjąć. Hm?

    Przychodnie. W większości przypadków oceny Twojego stanu dokonuje pielęgniarka. Lekarza nie widzisz nawet na oczy. Paracetamol i do domu. Jeśli nie chce Ci się iść do przychodni – możesz zadzwonić. Zwolnienie (bez widzenia Cię na oczy) zostanie wystawione i będzie czekało na Ciebie w okienku. Nikt nie chce Cię widzieć na oczy.

    W Stanach natomiast recepty odnawiasz przez Interenet. Klikasz, dostajesz nową, masz.

    Ja mam tą rzeczywistość na codzień, za oknem. Takie są realia i do tego zmierza również całość komputeryzacji. SF?

  • Pingback: Ja tylko piszę! » Blog Archive » Do poczytania

Previous post:

Next post: