Skullcandy Ink’d Wireless – trening bez kabli

30/09/2016, 20:30 · · · 0

Trenując na świeżym powietrzu, wolę słyszeć otoczenie, ale już na siłowni chcę się odizolować od otoczenia i zastąpić łomot nie zawsze najlepszej muzyki własną kolekcją utworów. Jednocześnie unikam kabli i nausznych słuchawek, bo zwyczajnie przeszkadzają. Na szczęście są jeszcze takie eksperymenty jak Ink’d Wireless.


Ten artykuł pochodzi z archiwalnego iMagazine 8/2016


Skullcandy zaszalało, decydując się na dość nietypową konstrukcję słuchawek. Składające się z zakładanego na szyję paska z dwiema cięższymi końcówkami oraz wychodzących z niego tradycyjnych słuchawek dokanałowych Ink’d natychmiast przykuwają wzrok, a oprócz tego są bardzo wygodne. O ile o samej części dousznej nie ma się co rozpisywać, bo jej wzornictwo nie wyróżnia się niczym szczególnym, to już reszta robi wrażenie i to z kilku powodów. Gumowy pasek jest zakończony z obu stron plastikowymi, dużymi końcówkami, przy czym jedna odgrywa rolę pilota i znajduje się w niej też gniazdo ładowania. Pasek zrobiono z bardzo dobrej jakości gumy, a dzięki płaskiemu kształtowi nie plącze się, można go za to zwinąć. Kable słuchawek również są mocne, pomimo znacznie mniejszej (ale nie przesadnie małej) średnicy. Słuchawki zrobiono z matowego plastiku – wygląda dobrze i sprawia wrażenie trwałego. Gumowe nakładki wkładane do ucha mogłyby jednak być nieco bardziej elastyczne, podczas treningu potrafią się bowiem wysunąć (aczkolwiek dzieje się to jedynie przy naprawdę gwałtownych ruchach).

inkd1

Urządzenie wygląda na zdjęciach masywnie, ale jest bardzo lekkie, niemal nie czuje się go na szyi. Ponadto dociążone końcówki nie pozwalają słuchawkom obrócić się na bok. Kable do słuchawek mają natomiast wystarczająco dużą długość, by nie napinały się przy obracaniu głowy. Obawiałem się, że podczas treningu Ink’d będą dawały o sobie znać, ograniczając ruchy, ale nie uległy ani sprintowi na bieżni, ani treningowi obwodowemu. Dopiero podczas skłonów przesuwały się po szyi, w tych warunkach jednak mało które słuchawki dają radę. Dzięki temu, że do połączenia z telefonem jest wykorzystywany Bluetooth, kable nie przeszkadzają, a przewody łączące słuchawki z paskiem nie przenoszą żadnych dźwięków z zewnątrz. To również rzadko spotykane. Ink’d to nie tylko słuchawki na siłownię (choć głównie tam je wykorzystywałem), ale i na co dzień. Są bardzo komfortowe, o ile tylko nie nosimy koszuli – w tym przypadku kołnierzyk przeszkadza w dobrym ułożeniu ich na szyi. Otoczenie izolowane jest wzorowo, co na ulicy może okazać się zgubne, ale w tramwaju bądź jakimkolwiek innym środku komunikacji publicznej jest zbawienne. Słuchawki mają też wbudowany mikrofon (całkiem niezłej jakości), ale z uwagi na konstrukcję dokanałową nie nadają się zbyt dobrze do rozmów.

inkd4

Brzmienie Ink’d przypadło mi do gustu, choć zdecydowanie nie są to słuchawki stworzone do każdego gatunku muzyki. Dominuje bas, przyjemny i głęboki, choć trochę za mocny. Średnie i wysokie tony są zbliżone głośnością i o ile środek ma dobrą separację instrumentów, to już najwyższe tony potrafią się nieco zlewać. Zadowalająca jest maksymalna głośność, która w połączeniu z dobrą izolacją przebije się przez największy hałas. Przy poziomie głośności ustawionym na 3/4 maksymalnej mocy bateria powinna wytrzymywać (według producenta) siedem godzin, ale przy słuchaniu odrobinę ciszej udało się mi osiągnąć ponad osiem. Uważam to za naprawdę dobry wynik.

inkd3

Przyzwyczaiłem się do używania nietypowych słuchawek, co więcej, mam z nimi głównie dobre doświadczenia. Ink’d Wireless również się do nich zalicza, szczególnie jeśli traktuje się je jako słuchawki sportowe. Są bardzo wygodne i świetnie izolują wszelki hałas, a ich brzmienie idealnie pasuje do elektroniki i podobnych jej gatunków. Całkiem nieźle sprawują się też poza siłownią, choć koszula je dyskwalifikuje.

0

Paweł Hać

Ten od Maków i światła. Na Twitterze @pawelhac