iMagazine

Weekend w Zielonej Górze

05/12/2019, 20:30 · · · 0

Mimo że na co dzień bardzo cenię sobie komfort życia w Warszawie, to niewątpliwie miasto to bywa również męczące. Z tego powodu regularnie staram się uciekać od wielkomiejskiego zgiełku, wykorzystując do tego prawie każdą wolną chwilę – czasem jadąc dalej, jak w przypadku ubiegłorocznego wypadu na Islandię, a czasem bliżej, czego świetnym przykładem może być lipcowy weekend spędzony w Zielonej Górze.


Ten artykuł pochodzi z archiwalnego iMagazine 08/2019


Możecie zapytać – dlaczego akurat Zielona Góra? Powód był prosty. Podobnie jak w przypadku wielu poprzednich wycieczek głównym kryterium wyboru była cena biletów lotniczych, które pozwoliłyby dotrzeć we wcześniej nieodwiedzone przez nas miejsce. Drugim, niemniej istotnym aspektem były przewijające się w internecie pozytywne opinie o tym regionie, które opisywały go jako spokojny, zielony (nomen omen), pełen ustronnych miejsc, winnic i przyjemnych hoteli. Biorąc pod uwagę fakt, iż podczas lipcowego wypadu zależało nam przede wszystkim na solidnym wypoczynku, to charakterystyka Zielonej Góry i jej bezpośrednich okolic zdawała się doskonale wpisywać w nasze oczekiwania.

Wróćmy zatem na moment do transportu. Stosunkowo niewiele osób wie, że Zielona Góra posiada własne lotnisko, które jest zlokalizowane w oddalonym o około 30 km od miasta Babimoście. Nie ma w tym fakcie nic dziwnego – mamy bowiem do czynienia z najmniejszym portem lotniczym obsługującym regularne połączenia w kraju, z którego usług w skali roku korzysta zaledwie ok. 20 tysięcy osób. Dla oddania skali – jest to wynik niemal dwukrotnie niższy od… miesięcznej (!) liczby pasażerów notowanych na lotnisku w Lublinie, które również nie należy do największych. Poza pojedynczymi lotami czarterowymi do wakacyjnych celów podróży jedynym regularnym kierunkiem jest tutaj połączenie do Warszawy, które rano i wieczorem obsługują Polskie Linie Lotnicze LOT. Co istotne, loty do Warszawy są realizowane w ramach tzw. obowiązku użyteczności publicznej – lokalny samorząd dofinansowuje ich funkcjonowanie, by zapewnić istotne z biznesowego punktu widzenia, codzienne połączenie ze światem poprzez port w Warszawie. W praktyce oznacza to, że bilety lotnicze do Zielonej Góry zazwyczaj kupimy w bardzo niskiej cenie.

Jak niskiej? W przypadku naszego wyjazdu w trzeci weekend lipca można wręcz powiedzieć, że okazyjnej, gdyż za podróż w obie strony (wylot w piątek wieczorem i powrót w niedzielny wieczór) rezerwowaną zaledwie z trzytygodniowym wyprzedzeniem zapłaciliśmy jedynie 115 złotych za osobę. Pisząc ten artykuł, sprawdziłem podobne opcje podróży na sierpień i wrzesień – dostępność biletów w cenie poniżej 200 złotych w dwie strony była bardzo duża. Korzystnie wyglądają także opcje przelotu z innych polskich miast z krótką przesiadką w Warszawie – przykładowa podróż na trasie Kraków–Warszawa–Zielona Góra trwa około 3 godzin i regularnie kosztuje poniżej 400 złotych (bilet w obie strony). Lotnicza podróż w lubuskie będzie zatem atrakcyjną ofertą nie tylko dla mieszkańców stolicy.

Tak jak wspomniałem wcześniej, lotnisko w Babimoście jest nieco oddalone od miasta. Z tego względu początkowa koncepcja naszego „relaksacyjnego” wyjazdu zakładała wynajem samochodu po przylocie i udanie się do jednego z kompleksów hotelowych w zacisznych rejonach województwa lubuskiego. Jednak gdy tylko sprawdziłem dostępne opcje wynajmu, szybko zmieniłem plan – na miejscu funkcjonuje tylko jedna wypożyczalnia, a jej ceny zdecydowanie odbiegały od rozsądnego poziomu. Właśnie dlatego postanowiliśmy, że zamiast tego wybierzemy hotel położony w Zielonej Górze lub jej bezpośrednim sąsiedztwie – do miasta najłatwiej dostać się zsynchronizowanym z warszawskimi lotami autobusem, a bilet na około czterdziestominutowy przejazd kosztuje jedynie 10 złotych. Po dotarciu na miejski dworzec autobusowy łatwo złapiemy taksówkę, która w przyzwoitej cenie zabierze nas do wybranego hotelu.

A tych w zaledwie 150-tysięcznej Zielonej Górze nie brakuje – wstępne poszukiwania wskazały kilkanaście atrakcyjnych opcji, z których do „finałowego etapu” wybraliśmy dwa. Pierwszym z nich był centralnie położony hotel Ruben, drugim – nieco oddalony, położony na skraju lasu Grape Town Hotel. Oba obiekty chwaliły się dostępnym spa, znakomitą kuchnią i wieloma innymi atrakcjami, oba zbierały także niezwykle pochlebne opinie w serwisie booking.com; nasz wybór padł na ten drugi, właśnie ze względu na lokalizację, która wydawała się spokojniejsza.

Grape Town Hotel zrobił na nas bardzo dobre wrażenie, ale zanim przeczytacie kolejne zdania – dodam, że nie jest to artykuł sponsorowany ani w żaden sposób wspierany przez jego właścicieli. Trudno jednak nie wypowiadać się o nim w pozytywnym tonie, gdyż na miejscu spotkaliśmy się z niemal perfekcyjną obsługą, bardzo smacznym jedzeniem przygotowywanym przez włoskiego szefa kuchni, którego poprzedni lokal miałem okazję odwiedzać w… moim rodzinnym Lublinie, wysokim standardem wyposażenia, w tym rozbudowaną strefą spa (darmową dla gości) czy kręgielnią (dodatkowo płatną). W połączeniu ze stosunkowo niewielkim obłożeniem, a także bezpośrednim sąsiedztwem lasu, hotel ten w 100% spełnił funkcję miejsca wypoczynku na weekendowy pobyt. Właściwie za jedyny minus można uznać poziom cen – o ile stawka ok. 300 złotych za noc za pokój ze śniadaniem wydaje mi się rozsądna, o tyle ceny w restauracji, na kręgielni i w hotelowym barze były według nas nieco zawyżone.

Pomimo to, że podczas weekendu w Zielonej Górze nastawialiśmy się przede wszystkim na leniwy wypoczynek, a większość czasu spędziliśmy w hotelu i jego bezpośredniej okolicy, to nie omieszkaliśmy zaliczyć krótkiego zwiedzania centrum miasta. To również sprawiło na nas pozytywne wrażenie – wąskie uliczki, bujna zieleń i urokliwe zabudowania zdecydowanie sprzyjały spacerom w ciepły lipcowy wieczór. Jego punktem kulminacyjnym była kolacja w znakomitym lokalu Ohy-Ahy, do którego trafiliśmy przypadkiem. Miejsce to łączy w ciekawy sposób kuchnię włoską z wpływami międzynarodowymi, w tym azjatyckimi: na przykład w sekcji makaronów oprócz typowego spaghetti znajdziemy także makaron ryżowy po tajsku, singapurskie noodle i wiele innych pozycji. Całość wieńczy bogata karta win (zabrakło niestety pozycji lokalnych, ale wkrótce ma się to zmienić), które fachowo dopasowano do zamówionych przez nas potraw. A ceny? Niewysokie – kolacja dla dwóch osób kosztowała około 100 złotych. Ohy-Ahy z czystym sumieniem będziemy polecać.

Podsumowując, jak widać powyżej, wizytę w Zielonej Górze oceniam bardzo pozytywnie – weekendowy pobyt w Lubuskiem obfitował w liczne rozrywki, świetną kuchnię i solidną dawkę relaksu, której zdecydowanie potrzebowaliśmy. Jako że to właśnie odpoczynek stanowił kluczowy punkt wyjazdu, nie udało nam się dotrzeć do polecanej zielonogórskiej palmiarni czy innych atrakcji miasta – stwarza to dobry powód do powtórnego odwiedzenia tego regionu, co z całą pewnością uczynimy w przyszłości.

0

Tomasz Szykulski

Fotograf, podróżnik, freelancer. Student uczelni w USA, Irlandii i Australii. Zajrzyj na moją stronę - szykulski.com.


Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o