Diuna

13/02/2022, 13:35 · · · 0

Nowa „Diuna” to bez wątpienia jeden z najbardziej wyczekiwanych filmów tego roku. Ekranizacją kultowej powieści Franka Herberta tym razem zajął się sam Denis Villeneuve. Wiele wskazywało na to, że dostaniemy niemal epickie widowisko.

Nie jestem fanem „Diuny” Franka Herberta z jednego, bardzo prostego powodu: nie czytałem jej. Miałem kilka podejść, ale nigdy specjalnie ten świat mnie nie wciągnął. Znam jednak ekranizacje powieści – zarówno film Davida Lyncha z 1984 roku, jak i późniejsze dwa miniseriale. Powiedzieć, że jestem ich fanem, to trochę na wyrost. Choć film z lat 80. przez wiele osób uważany jest zarówno za złą adaptację, jak i za zły film ogólnie, to ja mam do niego sentyment. Jest to również związane z tym, że jak spojrzymy na listę nazwisk aktorek i aktorów, którzy w nim wystąpili, to zobaczymy samą czołówkę z tamtych lat. Podobnie wygląda to w najnowszej wersji.

Kanadyjski reżyser Denis Villeneuve, znany przede wszystkim z filmów „Sicario”, „Nowy początek” czy „Blade Runner 2049”, zaangażował do swojego nowego dzieła same najgorętsze nazwiska współczesnego Hollywood. Nie ma co do tego wątpliwości, że znaleźli się tu znakomici aktorzy i ich dobór do ról okazał się naprawdę mistrzowskim castingiem. Timothée Chalamet, Zendaya, Jason Momoa, Rebecca Ferguson czy Oscar Isaac – każdy ich zna i wie, czego się po nich spodziewać. Moimi faworytami są tu Ferguson i Isaac jako rodzice Paula Atrydy i patrzy się na nich z prawdziwą przyjemnością.

Nie można twórcom odmówić rozmachu i pieczołowitości w realizacji „Diuny”. W zasadzie to mogliśmy się tego spodziewać i nikt nie powinien być zaskoczony. Wszystko jest piękne, momentami surowe, szczegóły są na wysokim poziomie i możemy zostać wbici w fotel przez kadry prezentujące niesamowitą scenografię. Do tego dochodzi świetna muzyka Hansa Zimmera, która, o dziwo, brzmi inaczej niż wszystko, co do tej pory zrobił Zimmer. I mamy przepis na sukces. Tylko czy aby na pewno tak jest?

Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że raczej będę w mniejszości, ale „Diuna” od Villeneuve’a jest dla mnie filmem średnim. Piszę to z lekkim smutkiem, gdyż uwielbiam wcześniejsze filmy tego reżysera – no, większość z nich uwielbiam. Choć nie oczekiwałem po „Diunie”, nie wiadomo czego, bo nie jestem jakoś emocjonalnie z tą historią związany, to byłem niemal pewien, że dostanę bardzo dobre widowisko. Niestety, otrzymałem 150 minut filmu, z którego ok. 120 minut to spora nuda. Ładna, ale jednak wciąż nuda. Dodatkowo „ładny” to będzie dobre słowo, ale też nieco negatywnie tu nacechowane. Nie sądziłem, że po seansie wspomnę ten średni film Davida Lyncha i zatęsknię za jego klimatem; brudem, przemocą i brzydotą. Taka wizja chyba bardziej mi do tego pasowała, ale może w książce było inaczej.

„Diuna” jest filmem bardzo bezpiecznym. Nie ma w nim szaleństwa, nie ma odwagi, by pokusić się o coś kontrowersyjnego, co mogłoby zadowolić fanów, ale jednocześnie dać tej historii świeżość. Wszystko jest tu tak, jak być powinno i nic więcej. Podobnie było w przypadku „Blade Runner 2049”, ale tam mieliśmy chociaż doskonałe zdjęcia Rogera Deakinsa. Tutaj te zdjęcia, choć mogą robić wrażenie, są zwyczajnie nudne. Arrakis nie robi na mnie wrażenia.

Na koniec zostawiłem sobie najgorsze. Twórcy zwyczajnie nas oszukali. W całym marketingu film jest „Diuną”, a dopiero jak zasiądziemy w kinowym fotelu, to dowiadujemy się, że jest to „Diuna. Część 1”. Dlatego idziemy do kina z perspektywą obejrzenia ciekawej historii, a ostatecznie dostajemy tylko połowę. Na dodatek nie wiemy dokładnie, kiedy będzie nam dane zobaczyć ciąg dalszy. W pandemii wiele jest znaków zapytania. Nie mam problemu z tym, że film został podzielony na dwie części, bo materiał źródłowy jest bardzo obszerny. Jednak o wiele bardziej fair byłoby, gdyby twórcy od razy nakręcili cały film, podzielili go na dwa i komunikowali, że następny będzie np. za rok. Albo gdyby jasno mówili, że to część pierwsza, a kolejną zaraz nakręcimy. A tak to co? Gucio. 

Jak jednak wspomniałem wyżej, jestem z moimi uwagami co do „Diuny” raczej w mniejszości. Wielu osobom film się podoba i zapewne jeszcze wielu się spodoba. Dlatego zdecydowanie nie chcę go odradzać. Dla mnie jest to rozczarowanie, jedno z największych w tym roku, podobnie jak w zeszłym było z „Tenet” Christophera Nolana. Pozostaje nam tylko czekać na kontynuację. Obyśmy się w miarę szybko doczekali.



0

Jan Urbanowicz

🎬 Kino, filmy, seriale.  Apple user od 2006 roku. 🎙 Podcaster z 10-letnim stażem. Chcesz posłuchać o popkulturze? 👉🏻 www.innkultura.pl