100 dni z iPhone’em 17 Pro Max. Apple wraca do inżynierii, a nie do biżuterii
Sto dni. W świecie technologii to wieczność. Wystarczająco długo, by minął zachwyt nowością, opadł kurz po premierze i żeby telefon przestał być „tym nowym”, a stał się po prostu… narzędziem. iPhone 17 Pro Max dokładnie taki jest. Nie epatuje już świeżością, nie zbiera spojrzeń na stole w kawiarni. Za to codziennie, konsekwentnie, robi swoje. I po tych stu dniach mogę powiedzieć jedno: to najbardziej „użytkowy” iPhone od lat.
Apple samo komunikowało ten model jako największy krok naprzód od dawna. Marketing jak marketing – zwykle biorę to w nawias. Tym razem jednak coś faktycznie się zmieniło. Nie w jednym, widowiskowym punkcie, ale w całej filozofii konstrukcji.
Unboxing, który niczego nie udaje
Pudełko znamy na pamięć. Telefon, kabel USB-C, papier. Zero ceremonii. I dobrze. Apple już dawno przestało udawać, że unboxing ma być przeżyciem. Przeżycie zaczyna się dopiero po wzięciu telefonu do ręki.
Mój egzemplarz to Kosmiczny Pomarańcz – kolor, który na zdjęciach wyglądał kontrowersyjnie, a w rzeczywistości okazał się… genialny. To nie jest krzykliwa pomarańcza. To głęboki, metaliczny odcień, który w zależności od światła bywa niemal miedziany. Po stu dniach nadal mi się nie znudził, co w świecie „bezpiecznych” kolorów Pro jest sporym komplementem.
Aluminium zamiast tytanu – herezja czy powrót do korzeni?
Największa zmiana konstrukcyjna? Rezygnacja z tytanu na rzecz aluminiowego unibody (seria 7000, kuta na gorąco). Decyzja, która na papierze wygląda jak downgrade. W praktyce – jest znacznie bardziej złożona.
Telefon jest:
- chłodniejszy w dotyku,
- lepiej wyważony,
- wyraźnie wygodniejszy przy długim trzymaniu.
Krzywizny sprawiają, że mimo identycznych wymiarów jak 16 Pro Max, 17 Pro Max wydaje się mniejszy. To jedna z tych rzeczy, których nie widać w tabelkach specyfikacji, ale czuje się ją po tygodniu.
Z drugiej strony – aluminium nie ma tej „pancernej” aury tytanu. Po stu dniach wiem jedno: to telefon, który prosi się o etui. Szczególnie w Kosmicznym Pomarańczu, gdzie każde potencjalne obicie będzie boleć wizualnie – wiem coś o tym. Paradoksalnie Apple samo to chyba zrozumiało, wypuszczając naprawdę dobre etui TechWoven – w końcu coś, co nie wygląda jak kara za brak ubezpieczenia.
Ekran – tu nie ma dyskusji
OLED z ProMotion 120 Hz to już standard w Pro, ale:
- 3000 nitów jasności na zewnątrz zmienia sposób korzystania z telefonu latem,
- cieńsze ramki robią robotę estetyczną,
- kontrast w pełnym słońcu jest wyraźnie lepszy niż wcześniej.
Nowość, o której mało się mówi, a która dla części osób jest kluczowa, to display pulse smoothing. Jeśli kiedykolwiek męczyły Cię oczy od PWM – tutaj różnica jest realna. Po stu dniach mogę powiedzieć, że to jeden z najbardziej „komfortowych” ekranów, jakie Apple zrobiło.
A19 Pro i chłodzenie – w końcu dorosłość
Nowy chip A19 Pro i 12 GB RAM-u robią swoje, ale prawdziwą gwiazdą tego modelu jest chłodzenie. Komora parowa + aluminiowa obudowa to duet, który wreszcie rozwiązał problem throttlingu.
Przez 100 dni:
- zero przyciemniania ekranu przy nagrywaniu wideo,
- brak nagrzewania przy dłuższym graniu,
- stabilna wydajność nawet w upale.
To pierwszy iPhone od dawna, który nie próbuje mnie „ratować przed samym sobą”, obniżając jasność czy wydajność bez pytania.
Bateria – rekord na papierze, realizm w życiu
5088 mAh brzmi dumnie. W praktyce? Jest dobrze, ale bez magii.
Mój typowy dzień:
- start z 80%,
- trening, podcasty, YouTube, zdjęcia, social media, Safari,
- koniec dnia: około 20–25%.
To solidny wynik, ale nie jest to dwudniowiec dla power usera. Na szczęście szybkie ładowanie (50% w ~20/30 minut) i MagSafe 25 W skutecznie maskują ten fakt. iPhone 17 Pro Max ładuje się wtedy, kiedy tego potrzebuję – i to wystarcza.
Aparaty – największy realny upgrade
Trzy matryce 48 MP to nie marketing. To zmiana jakościowa.
Najważniejsze obserwacje po 100 dniach:
- teleobiektyw 4× jest ostrzejszy niż 5× w 16 Pro Max,
- 8× crop „optycznej jakości” jest faktycznie używalny,
- nocne zdjęcia mają więcej detalu i mniej kaszy,
- Dual Capture okazał się zaskakująco praktyczny przy nagrywaniu materiałów „na szybko”.
Wideo w 4K/120 fps, ProRes RAW i tryb opengate to już narzędzia stricte profesjonalne, ale fajnie, że nie powodują przegrzewania telefonu – i to jest prawdziwa zmiana.
Przednia kamera 18 MP z większym sensorem to mała rzecz, która robi dużą różnicę. Selfie w końcu nie są „dodatkiem”, a Center Stage działa wzorowo.
Codzienność, czyli rzeczy małe, ale ważne
Po migracji z iCloud wszystko się uspokaja. I wtedy zaczynasz doceniać drobiazgi:
- lepsze głośniki,
- mocniejszy, bardziej precyzyjny haptic,
- ogólne poczucie płynności.
Jest jednak i zgrzyt. iOS 26. Po stu dniach nadal uważam, że to system niedopieczony. Największy dramat to CarPlay – w dwóch różnych Volvo:
- na kablu potrafi zawiesić system auta,
- bezprzewodowo rozłącza się losowo.
To jedyny moment, kiedy mam ochotę rzucić tym telefonem. I nie jest to wina sprzętu.
Po stu dniach – werdykt bez emocji
iPhone 17 Pro Max to:
- najmocniejszy iPhone w historii,
- najlepiej chłodzony,
- z najlepszym ekranem i jednym z najlepszych zestawów aparatów na rynku.
Ale to też telefon:
- mniej „luksusowy” w odbiorze,
- bardziej podatny na ślady użytkowania,
- drogi (od 6299 zł),
- zależny od dopracowania oprogramowania.
Apple wyraźnie postawiło na wydajność i kulturę pracy, nawet kosztem prestiżu materiałów. To trochę jak samochód wyścigowy, w którym zrezygnowano z drewna i skóry na rzecz kompozytów i lepszego chłodzenia silnika. Jest szybciej, stabilniej, skuteczniej – ale trzeba pogodzić się z tym, że lakier łatwiej zarysować.
Czy bym się przesiadł ponownie? Tak. Czy każdemu polecę upgrade z 16 Pro Max? Niekoniecznie.
Ale jeśli używasz iPhone’a intensywnie, długo i bez taryfy ulgowej – to jest najlepszy iPhone, jakiego Apple kiedykolwiek zrobiło. Po stu dniach nie mam co do tego wątpliwości.
iPhone 17 Pro Max – czy warto się przesiąść? Pełna recenzja po 10 dniach










