Mastodon
Zdjęcie okładkowe wpisu Czy ISS musi spłonąć? Kongres USA mówi: „Sprawdzam”. Może zamiast ognia, czeka ją kosmiczne muzeum?

Czy ISS musi spłonąć? Kongres USA mówi: „Sprawdzam”. Może zamiast ognia, czeka ją kosmiczne muzeum?

0
Dodane: 4 godziny temu

Plan wydawał się przesądzony: w 2030 roku Międzynarodowa Stacja Kosmiczna zakończy żywot, a specjalny holownik SpaceX zepchnie ją w atmosferę, by spłonęła nad Pacyfikiem. Okazuje się jednak, że nie wszyscy są gotowi pożegnać się z tym inżynieryjnym cudem.

Amerykańscy ustawodawcy właśnie rzucili na stół nowe pytanie: a gdyby tak zaparkować ją wyżej i zachować dla przyszłych pokoleń?

Egzekucja wstrzymana?

Stephen Clark z Ars Technica donosi o ciekawym zwrocie akcji w Waszyngtonie. Komisja ds. Nauki, Kosmosu i Technologii przegłosowała poprawkę do ustawy o autoryzacji NASA na rok 2026. Nie zmienia ona daty końca misji (nadal celujemy w okolice 2030 r.), ale nakłada na NASA nowy obowiązek: agencja musi przeprowadzić rzetelną analizę inżynieryjną i sprawdzić, czy możliwe jest przetransportowanie ISS do tzw. „bezpiecznego portu orbitalnego”. Możliwe też, że koniec ISS nastąpi wcześniej, o czym już pisaliśmy.

Księżyc w 2028, atom i koniec ISS. Trump stawia zadania nowemu szefowi NASA

Autorem poprawki jest George Whitesides, i nie jest to przypadkowy polityk, ale były szef sztabu NASA. Jego argumentacja trafia w samo sedno:

„ISS to jedno z najbardziej złożonych osiągnięć inżynieryjnych w historii ludzkości. (…) Zanim na zawsze zniszczymy zasób o takiej skali, powinniśmy w pełni zrozumieć, czy istnieje możliwość zachowania go na orbicie dla przyszłych pokoleń.”

Koniec „syczącego problemu” na ISS. Rosyjski moduł Zwiezda wreszcie przestał przeciekać

Fizyka vs. sentymenty

Brzmi pięknie? Oczywiście. Wizja ISS jako martwego, ale zachowanego pomnika, do którego za 50 lat podlatują wycieczki, działa na wyobraźnię. Problemem jest jednak grawitacja i śmieci.

Obecny plan NASA zakłada użycie zmodyfikowanego statku Dragon od SpaceX (kontrakt na prawie miliard dolarów), aby wyhamować stację i zrzucić ją do oceanu. To wymaga „tylko” około 10 ton paliwa. Aby jednak ISS uratować, trzeba by ją wypchnąć na wyższą orbitę – np. na wysokość 600-800 km, gdzie mogłaby krążyć stabilnie przez stulecia, nie wymagając ciągłego podnoszenia.

I tu zaczynają się schody

Pierwszy problem to koszt energetyczny. Wypchnięcie 450-tonowego kolosa na wyższą orbitę wymagałoby ponad dwa razy więcej paliwa niż jego deorbitacja. Obecnie nie mamy pojazdów (poza będącym w fazie testów Starshipem), które mogłyby to zrobić w jednej misji.

Drugi problem to, tłok na orbicie. Wyższe orbity (powyżej 500 km) to niestety cmentarzysko i śmietnisko. Ryzyko zderzenia z kosmicznymi śmieciami jest tam znacznie wyższe. Pozostawienie tam niesterownej, gigantycznej stacji to proszenie się o tzw. Syndrom Kesslera – jedno zderzenie mogłoby wygenerować chmurę odłamków zagrażającą wszystkim innym satelitom.

Co dalej?

Decyzja Kongresu nie oznacza, że ISS została uratowana. To raczej biurokratyczne „sprawdzam”. Ustawodawcy chcą mieć czarno na białym, że zniszczenie stacji to jedyna opcja, a nie tylko najwygodniejsza. Nawet jeśli NASA wykaże, że technicznie da się to zrobić, pozostanie pytanie: po co? Stacja się starzeje, rosyjskie moduły mają mikropęknięcia, a koszty utrzymania są astronomiczne.

Niemniej, w ten weekend warto spojrzeć w niebo. Być może to, co tam lata, nie skończy jako kula ognia, ale jako pierwszy w historii orbitalny skansen. Szanse są małe, ale dopóki piłka w grze…

Zapraszamy do dalszej dyskusji na Mastodonie lub Twitterze .