Mastodon
Zdjęcie okładkowe wpisu iPhone Duo: inżynierski majstersztyk i bezczelny test lojalności

iPhone Duo: inżynierski majstersztyk i bezczelny test lojalności

0
Dodane: 2 godziny temu

Apple wreszcie pokazało składanego iPhone’a, udowadniając, że gdy inżynierowie z Cupertino biorą się za kategorię zdominowaną przez błędy konkurencji, potrafią stworzyć konstrukcyjne arcydzieło. Ale zanim krzykniecie „fanboj!” zdradzę wam coś. Ten inżynieryjny majstersztyk mnie wkurzył. Mocno.

iPhone Duo wyróżnia się pełnym certyfikatem IP68, matową powłoką nano-texture maskującą bruzdę na ekranie w punkcie zgięcia oraz bezbłędnymi proporcjami. Zderzenie tego sprzętu z polskim cennikiem i europejską rzeczywistością wywołuje jednak potężny zgrzyt: ceny sięgają astronomicznych 15 999 zł, a oprogramowanie, dla którego stworzono ten wielki ekran, zostało w Europie bezceremonialnie wycięte.

Sprzętowy nokaut: Apple naprawiło grzechy składaków

Podczas gdy konkurencja od sześciu generacji uczy się na własnych błędach, Apple weszło w segment foldów z bezprecedensowym dopracowaniem sprzętu. Konstrukcję oparto na ramie z tytanu klasy 5 oraz zawiasie złożonym z ponad 100 elementów, chronionym przez drukowaną w 3D tytanową osłonę.

Największym osiągnięciem jest pełna wodoszczelność i pyłoszczelność w standardzie IP68 (zanurzenie do 6 metrów przez 30 minut). To inżynieryjny nokaut wymierzony w resztę stawki, w której użytkownicy często wciąż drżą przed drobinami piasku grożącymi zniszczeniem delikatnego mechanizmu. Wyświetlacz zabezpieczono wielowarstwowym szkłem, które pod wpływem zginania przesuwa się względem siebie jak strony książki, skutecznie (jak się wydaje, będziemy to sprawdzać) redukując naprężenia zmęczeniowe.

Kolejnym majstersztykiem jest ergonomia. Złożony iPhone Duo oferuje zewnętrzny ekran o przekątnej 5,4 cala (Super Retina XDR, 3000 nitów), który zachowuje bardzo wygodne proporcje i wciąż bez trudu mieści się w dłoni czy kieszeni. Po rozłożeniu użytkownik otrzymuje ekran 7,6 cala wykończony powłoką nano-texture. Matowa powierzchnia rozprasza refleksy światła, dzięki czemu niesławna bruzda na zgięciu staje się pod kątem niemal niewidoczna, a palec nie klei się do powierzchni jak w konkurencyjnych konstrukcjach z błyszczącą folią. Całość napędza wykonany w litografii 2 nm procesor A20 Pro połączony bezpośrednio z komorą parową. I tutaj, przyznaję, nie widzę słabych punktów. Absolutny top. A teraz wejdźmy na schody. Strome. W górę.

Granica lojalności: 16 tysięcy złotych za telefon z Touch ID

To nie jest po prostu „drogi telefon”. To jest sprawdzenie, jak daleko Apple może się posunąć w krojeniu funkcji na rynku europejskim, zanim wieloletni wyznawca ekosystemu powie: „dosyć, nie za te pieniądze”.

Podstawowy wariant wyceniono na 9999 zł. To psychologiczna zagrywka księgowych, byle tylko w nagłówkach nie pojawiła się pięciocyfrowa kwota. W tej cenie klient otrzymuje jednak zaledwie 256 GB pamięci na dane. W urządzeniu stworzonym do pracy wielozadaniowej, montażu i nagrywania wideo 4K w 120 klatkach na sekundę w Dolby Vision taka przestrzeń zapcha się… szybko.

Prawdziwa drabinka cenowa szybko pnie się w górę, osiągając przy pojemności 2 TB zawrotne 15 999 zł. Za tę kwotę można kupić potężnego, 16-calowego MacBooka Pro z procesorem Apple Silicon M5 Pro, 24 GB RAM i 1 TB przestrzeni na dane. Nawet więcej, taki MacBook kosztuje 14 999 zł, co oznacza, że wciąż zostaje nam w kieszeni okrągły tysiąc złotych na akcesoria.

Za te pieniądze producent bez mrugnięcia okiem serwuje kompromisy, które w serii Pro byłyby nie do pomyślenia:

  • Brak Face ID: zamiast zaawansowanej biometrii przestrzennej otrzymujemy Touch ID zintegrowane w przycisku bocznym – dokładnie ten sam czytnik, który montowany jest w podstawowym iPadzie za 2200 zł.
  • Wykastrowany zoom: z powodu odchudzenia obudowy w połówkach telefonu zabrakło miejsca na peryskopowy teleobiektyw 5x. Zamiast tego aparat główny 48 MP oferuje jedynie dwukrotny zoom optycznej jakości realizowany przez wycięcie środka matrycy.
  • Globalny przymus eSIM: Apple pozbyło się fizycznej tacki na kartę SIM na całym świecie, uniemożliwiając włożenie lokalnej karty podczas podróży poza granice Unii. W efekcie podróżnicy są zmuszeni albo do korzystania z globalnych aplikacji eSIM (najczęściej droższe od lokalnej, fizycznej karty SIM np. w Bangladeszu), albo wykupywania specjalnych pakietów roamingowych u swoich operatorów. Da się, ale… Zresztą, o moich wątpliwościach dotyczących braku slotu na fizyczną kartę SIM pisałem już przy okazji debiutu iPhone’a Air.

iPhone Air bez szufladki na SIM. Dlaczego ten postęp mnie niepokoi

Luksusowy ekran bez cyfrowego mózgu

Najbardziej bezczelny policzek wymierzono jednak europejskiemu klientowi w warstwie oprogramowania. Amerykańska prezentacja iPhone’a Duo opierała się na jednym fundamencie: wielki ekran 7,6 cala istnieje po to, by napędzać wielozadaniowość z udziałem Siri AI. Format dwóch aplikacji działających obok siebie z asystentem analizującym kontekst na ekranie i automatyzującym zadania w aplikacjach wyglądał imponująco.

W Polsce (i póki co również w całej UE) ten scenariusz nie istnieje. No ok, możesz sobie palcem posmyrać po ekranie i zachwycać się łatwym przenoszeniem apki z jednej połówki ekranu na drugą, ale AI? Zapomnij, nie u nas.

W oficjalnych przypisach producent potwierdza, że z powodu sporu wokół unijnego aktu o rynkach cyfrowych (DMA) Siri AI została całkowicie zablokowana w Unii Europejskiej. O braku wsparcia dla języka polskiego w Apple Intelligence nawet nie trzeba wspominać – koncern od miesięcy traktuje nasz rynek peryferyjnie, dodając obsługę języków takich jak wietnamski, duński czy turecki.

Tu nie chodzi o DMA!

Duński! Nie ujmując nic Duńczykom, kraj z populacją przekraczającą 6 mln ludzi, w którym funkcjonuje ok. 3,8 mln iPhone’ów ma obsługę własnego języka w Apple, a Polska, z 10,5 miliona iPhone’ów, ma w Apple status cyfrowego zaścianka. To nie jest kwestia DMA, bo owszem, Dania (jak całe UE) nie ma obecnie dostępu do najnowszych, tak mocno podkreślanych, software’owych i związanych z AI funkcji ekosystemu Apple. Jednak, gdy w końcu Bruksela dogada się z Cupertino, Duńczycy otrzymają wszystko, a my… wciąż będziemy mogli obgryzać paznokcie.

Polski konsument płaci więc rekordową stawkę za sprzęt, z którego wycięto software’owe serce. Otrzymuje tytanowy, perfekcyjnie spasowany notatnik z obsługą Apple Pencil przez USB-C, który w naszych realiach pozostaje po prostu bardzo drogim czytnikiem internetu i dokumentów.

iPhone Duo to bez wątpienia inżynieryjny majstersztyk, który najprawdopodobniej (czekamy na testy) zawstydza dotychczasowe dokonania konkurencji w kategorii wytrzymałości składanych ekranów. Równocześnie obnaża jednak cynizm polityki produktowej Apple: za cenę używanego samochodu w polskich salonach ląduje hardware klasy premium z systemem zredukowanym do roli cyfrowego skansenu.

Zapraszamy do dalszej dyskusji na Mastodonie lub Twitterze .