San Diego Comic-Con stawia granicę. AI wyrzucone z wystawy sztuki po buncie twórców
To małe zwycięstwo w wielkiej wojnie o duszę popkultury, ale jego symbolika jest potężna. San Diego Comic-Con, największy i najważniejszy konwent komiksowy na świecie, zmienił swój regulamin w trybie ekspresowym.
Po fali krytyki ze strony profesjonalnych artystów, organizatorzy wprowadzili całkowity zakaz wystawiania prac stworzonych przez sztuczną inteligencję w ramach oficjalnego Art Show.
24 godziny, które zmieniły zasady
Jeszcze w zeszłym tygodniu regulamin SDCC był dziwacznym kompromisem. Dopuszczał on obecność grafik wygenerowanych przez AI na wystawie, pod kilkoma warunkami: prace nie mogły być na sprzedaż, musiały być wyraźnie oznaczone jako AI, a twórca (prompter?) musiał… podać nazwisko artysty, którego stylem się inspirował.
Dla środowiska artystycznego ten ostatni punkt brzmiał jak ponury żart – to jak proszenie złodzieja, by podpisał, komu ukradł rower. Reakcja była natychmiastowa.
Gdy artystka Tiana Oreglia nagłośniła sprawę, a do głosu dołączyła Karla Ortiz (znana concept artist pracująca dla największych studiów), w sieci zawrzało. Presja była tak duża, że zaledwie dobę później Comic-Con zaktualizował stronę. Nowy zapis nie pozostawia złudzeń: „Materiały stworzone przez Sztuczną Inteligencję, zarówno częściowo, jak i w całości, nie są dopuszczone do wystawy”.
„Śliska sprawa” i normalizacja kradzieży
Dlaczego to tak ważne? Comic-Con w San Diego to „Mekka” dla fanów komiksu w skali globalnej. To tutaj wielkie studia ogłaszają swoje filmy, a fani spotykają idoli. Karla Ortiz, komentując sprawę dla 404 Media (to dzięki ich newsletterowi wiem o sprawie), ujęła to bezlitośnie: „Pozwalanie na wieszanie generatywnego ścieku (AI slop) tuż obok prac artystów, którzy wypruwali sobie żyły, by się tam znaleźć, to hańba”.
Artyści argumentują, że wpuszczenie AI na tak prestiżową imprezę to krok w stronę normalizacji technologii, która jest zbudowana na eksploatacji ich własnej pracy (scrapowanie danych bez zgody).
To nie lęk, to ekonomia
W tle tej awantury toczy się brutalna gra o miejsca pracy. Ortiz zwraca uwagę na realny problem branży: studia filmowe i gamedevs coraz częściej skracają kontrakty. Faza pre-produkcji i storyboardów, która kiedyś dawała pracę sztabowi ludzi, teraz jest „załatwiana” przez generatory. Artysta dostaje gotowe „wyplute” przez AI obrazki i słyszy: „Już wymyśliliśmy, jak to ma wyglądać, ty to tylko namaluj ładnie”.
Przykłady czołówek serialu Secret Invasion Marvela czy ostatnich reklam Coca-Coli pokazują, że ten trend wchodzi do mainstreamu drzwiami i oknami.
Cichy sojusznik wewnątrz?
Ciekawym wątkiem w tej historii jest reakcja Glena Wootena, koordynatora wystawy SDCC. W prywatnej korespondencji z jedną z artystek przyznał on, że… czekał na ten bunt. Poprzednie, „miękkie” zasady były próbą ograniczenia AI w czasach, gdy zjawisko dopiero raczkowało. Dopiero głośny sprzeciw środowiska dał mu „amunicję”, by wymusić na kierownictwie imprezy całkowity ban.
Comic-Con dołącza tym samym do innych imprez, takich jak Dragon Con, które przyjęły politykę „zero tolerancji”. W zeszłym roku na Dragon Conie jeden ze sprzedawców oferujących grafiki AI został wyprowadzony z hali przez ochronę. Wygląda na to, że w świecie, gdzie technologia zaciera granice, artyści stawiają coraz wyraźniejsze zasieki.
Komentarz autorski: dlaczego argument „Disney też się inspirował” tutaj nie działa
W dyskusjach o AI często pada argument: „Przecież artyści zawsze się inspirowali. Walt Disney czerpał garściami z japońskich rycin i europejskich baśni. Czym to się różni od Midjourney?”.
Różnica jest fundamentalna i leży w granicy między inspiracją a ekstrakcją.
Disney (i każdy ludzki twórca) oglądał prace, filtrował je przez własną wrażliwość, ograniczenia techniczne i interpretował na nowo. To był proces twórczy. Model AI dokonuje procesu statystycznego – „widzi” miliony obrazów jednocześnie i dokonuje ich kompresji. Nie interpretuje, lecz symuluje.
Kluczowa jest też skala i odpowiedzialność. Człowiek inspirujący się czyimś stylem ponosi ryzyko artystyczne i prawne. AI rozmywa to ryzyko („to tylko narzędzie”), jednocześnie pozwalając na coś, co dla człowieka jest niemożliwe: symulację stylu na żądanie. Żaden człowiek nie jest w stanie na komendę „narysuj to w stylu Greg Rutkowski” wygenerować 50 wariantów w minutę.
Dlatego właśnie punkt regulaminu Comic-Conu nakazujący „podanie, czyim stylem się inspirowałeś” był tak obraźliwy dla twórców. W kontekście AI nie była to prośba o wskazanie muzy, ale o przyznanie się, na czyjej pracy dokonano ekstrakcji. Decyzja organizatorów to sygnał, że w świecie sztuki – przynajmniej tej na najwyższym poziomie – wciąż liczy się proces, a nie tylko efekt końcowy.
Warto jednak powiedzieć to wprost: decyzje takie jak ta podjęta przez Comic-Con nie zatrzymają generatywnej rewolucji. AI już dziś jest szeroko wykorzystywane przez tych, którzy realnie monetyzują kulturę – wielkie studia filmowe, wydawców gier i agencje reklamowe. Oni liczą pieniądze, nie sentymenty. Jeśli algorytm jest w stanie wygenerować setki plansz koncepcyjnych w godzinę, zawsze wygra z artystą, który potrzebuje na to tygodni.
Jednocześnie byłoby naiwnością – i dużym błędem – wrzucać całą kreatywność wspieraną przez AI do jednego worka z bezrefleksyjną produkcją „promptowego slopu”. Dla wielu twórców generatywne narzędzia są dziś realnym wsparciem procesu twórczego, a nie jego substytutem. Próba całkowitego zakazania AI w sztuce byłaby wylaniem dziecka z kąpielą i uderzyłaby przede wszystkim w niezależnych artystów, nie w korporacje.
Spór wokół Comic-Conu nie dotyczy więc tego, czy AI powinno istnieć, ale gdzie i na jakich zasadach ma funkcjonować w świecie kultury. I to jest dyskusja, której dopiero się uczymy.
Siri z AI dla milionów? Tak, ale w Polsce to wciąż „inteligentna cegła”






