„16 godzin dziennie to nie nałóg”. Mark Zuckerberg przed ławą przysięgłych, a wewnętrzne maile Mety szokują
Koniec z gładkimi hasełkami o „łączeniu ludzi”. Mark Zuckerberg po raz pierwszy w historii musiał stanąć przed ławą przysięgłych, by odpowiedzieć na zarzuty o celowe uzależnianie dzieci od Instagrama.
Ujawnione podczas procesu w Los Angeles wewnętrzne maile pokazują brutalną prawdę: wewnętrzne dokumenty sugerują, że kierownictwo firmy miało świadomość uzależniających efektów swoich produktów, ale priorytetem zawsze były słupki zaangażowania i związany z nimi zysk z reklam.
Proces w Los Angeles (K.G.M. vs. Meta Platforms i inni) to nie jest kolejna, rutynowa potyczka prawna. To przełomowe starcie, w którym rodziny poszkodowanych dzieci oraz instytucje oskarżają gigantów społecznościowych o świadome projektowanie platform w sposób uzależniający. TikTok i Snapchat, widząc co się święci, poszły na ugodę tuż przed startem procesu. Meta oraz należący do Google YouTube postanowiły walczyć.
Dla Marka Zuckerberga, który w minioną środę zeznawał pod przysięgą, była to wyjątkowo trudna przeprawa.
Narracja uzależnionego
Prawnicy powoda nie opierali się na domysłach, lecz na wewnętrznej komunikacji najwyższego kierownictwa firmy. Linia obrony Mety od lat opiera się na twierdzeniu, że platforma jest bezpieczna i nie wpuszcza dzieci poniżej 13. roku życia. Zderzenie tego z rzeczywistością okazało się bolesne.
W sądzie zaprezentowano raport badawczy z 2019 roku, przygotowany na zlecenie samego Instagrama. Wynikało z niego wprost, że nastolatkowie czują się „złapani na haczyk” (hooked) przez aplikację, a ich relacje z platformą przypominają „narrację uzależnionego”. Badacze ostrzegali, że młodzi użytkownicy chcieliby spędzać w aplikacji mniej czasu, ale algorytmy i mechanizmy nagrody na to nie pozwalają.
Kolejny cios nadszedł ze strony Nicka Clegga (byłego wicepremiera Wielkiej Brytanii, a od lat szefa globalnych spraw publicznych w Mecie). W mailu z 2019 roku, wysłanym bezpośrednio do Zuckerberga, Clegg wprost kwestionował iluzoryczne limity wiekowe platformy, pisząc, że ich brak egzekwowania sprawia, iż „trudno nam twierdzić, że robimy wszystko, co w naszej mocy”.
Priorytet: czas przed ekranem i monetyzacja
Zuckerberg próbował się bronić, bagatelizując problem – stwierdził w sądzie, że nastoletni użytkownicy generują „mniej niż 1%” przychodów z reklam firmy, a prawnicy wyrywają dokumenty z kontekstu.
To jednak czysta, korporacyjna manipulacja skalą. Przy olbrzymim zysku Meta Platforms (ponad 60 mld USD w 2025 roku; dane za Meta Investor Relations), ten rzekomo skromny „jeden procent” przekłada się na setki milionów dolarów w przychodach i zyskach wygenerowanych na uwadze nieletnich. Co więcej, chwalenie się taką statystyką jest po prostu amoralne – zarabianie bodaj jednego dolara na celowym uzależnianiu dzieci (czy też, jak ujęli by rzecz prawnicy: na projektowaniu mechanizmów uzależniających) nie powinno mieć miejsca, a tu mówimy o potężnej gałęzi biznesu.
Trudno zresztą uwierzyć w obronę Zuckerberga, gdy patrzy się na dowody. To właśnie CEO Mety był głównym architektem strategii angażowania najmłodszych. W mailu z 2015 roku wyznaczył kadrze kierowniczej jasne cele: „czas spędzany w aplikacji ma wzrosnąć o 12%”, a negatywny trend w grupie nastolatków musi zostać odwrócony. W 2017 roku inny dyrektor pisał wprost: „Mark zdecydował, że najwyższym priorytetem dla firmy są nastolatki”. Firma doskonale zdawała sobie sprawę, że na platformie przebywają tzw. „tweens” (dzieci w wieku 10-12 lat), a wewnętrzne prezentacje z 2018 roku wręcz chwaliły się skutecznym zatrzymywaniem tej grupy wiekowej, choć oficjalnie regulamin tego zabraniał.
Cyfrowy cynizm
Najbardziej absurdalny moment procesu nadszedł jednak, gdy zaprezentowano stanowisko Adama Mosseriego, szefa Instagrama. Podczas swoich wcześniejszych zeznań Mosseri starał się całkowicie podważyć koncepcję uzależnienia od mediów społecznościowych, twierdząc, że nawet 16 godzin korzystania z Instagrama w ciągu jednego dnia nie dowodzi uzależnienia (sic!).
To oświadczenie doskonale rezonuje z argumentacją samego Zuckerberga, który zeznał, że jeśli coś jest wartościowe to „ludzie mają tendencję do używania tego częściej” (dosł: people tend to use it more.). Gdy prawnik zauważył, że dokładnie ten sam mechanizm (zwiększania dawki) dotyczy osób uzależnionych od substancji, szef Mety odpowiedział jedynie: „Nie wiem, co na to powiedzieć. Myślę, że to może być prawda, ale nie wiem, czy ma to tu zastosowanie” (dosł.: „I don’t know what to say to that. I think that may be true but I don’t know if that applies here.”).
Zuckerberg próbował ratować wizerunek, przypominając o wprowadzonych w 2018 roku narzędziach do kontroli czasu spędzanego w aplikacji. Prawnicy natychmiast skontrowali to kolejnym wyciekiem z Mety: z dziennych limitów czasu korzysta zaledwie… 1,1% nastoletnich użytkowników. Narzędzia te okazały się klasycznym listkiem figowym.
Początek lawiny
Proces w Los Angeles to zaledwie wierzchołek góry lodowej. W sądach w całych Stanach Zjednoczonych toczą się tysiące podobnych spraw wytaczanych przez rodziny (w tym matki dzieci, które popełniły samobójstwo), prokuratorów stanowych i okręgi szkolne. Koalicja 29 prokuratorów generalnych żąda już natychmiastowych zmian w algorytmach i usunięcia kont dzieci poniżej 13. roku życia.
Klimat wokół Big Techu drastycznie się zmienia. Australia już pod koniec zeszłego roku wprowadziła zakaz korzystania z mediów społecznościowych dla osób poniżej 16. roku życia, a rządy Wielkiej Brytanii, Francji czy Hiszpanii rozważają podobne kroki.
Australia mówi „dość” cyfrowym gigantom. Od przyszłego tygodnia dzieci znikają z social mediów
Proces, w którym szef jednej z najpotężniejszych firm świata nie potrafi wyjaśnić, dlaczego ignorował ostrzeżenia własnych badaczy, a zyski przekładał nad bezpieczeństwo najmłodszych, może być gwoździem do trumny dla epoki niekontrolowanych algorytmów.
Najwyższy czas zdać sobie sprawę, że Meta zmonetyzowała psychologię behawioralną na niespotykaną w historii skalę. Fakt, że na szczycie tej piramidy stoi człowiek z niewyobrażalnym majątkiem, który przed ławą przysięgłych bez mrugnięcia okiem zasłania się „jednym procentem” ignorując krzywdę nieletnich, udowadnia jedno: dla gigantów Big Techu etyka nie istnieje, gdy nie po drodze jej z zyskiem.




