Mastodon
Zdjęcie okładkowe wpisu Trump kontra Apple, runda kolejna. Chaos celny w USA to zła wiadomość dla cen sprzętu na całym świecie

Trump kontra Apple, runda kolejna. Chaos celny w USA to zła wiadomość dla cen sprzętu na całym świecie

0
Dodane: 5 godzin temu

Amerykańskie wojny celne to z pozoru problem wyłącznie tamtejszych konsumentów. Nic bardziej mylnego.

Kiedy technologiczny gigant z Cupertino z dnia na dzień staje w obliczu potężnego chaosu i niepewności co do kosztów importu, odczuwa to cały globalny rynek. Widmo gigantycznych podatków znów zawisło nad Apple, a rachunek za tę polityczną przepychankę mogą zapłacić klienci na całym świecie.

Ostatnie dni w relacjach na linii Dolina Krzemowa – Biały Dom przypominają prawdziwy polityczny roller-coaster. Sąd Najwyższy USA właśnie unieważnił ubiegłoroczne, drakońskie cła nałożone przez administrację Donalda Trumpa na towary importowane z Chin. Sąd orzekł, że prezydent nie miał prawa do wprowadzania takich obciążeń bez zgody Kongresu. Wydawałoby się, że to powód do otwierania szampana w siedzibie Apple. Ulga trwała jednak zaledwie 24 godziny.

Sąd swoje, prezydent swoje

Biały Dom natychmiast znalazł prawną lukę. Dzień po wyroku, powołując się na zupełnie inną ustawę, administracja Trumpa ogłosiła wprowadzenie nowego, powszechnego cła w wysokości 10% na wszystkie towary ze wszystkich krajów, by jeszcze tego samego dnia zapowiedzieć podniesienie tej stawki do 15%.

Dla Apple to scenariusz pełen pułapek. W zeszłym roku, po intensywnym lobbingu Tima Cooka, niemal wszystkie kluczowe produkty firmy zostały z poprzednich ceł wyłączone. Teraz, ponieważ nowe rozporządzenie ma charakter „powszechny”, komputery Mac i iPhone’y znów znalazły się na prawnym celowniku. Nie jest jeszcze jasne, czy te nowe, naprędce ogłoszone cła przetrwają kolejne batalie prawne i ostatecznie wejdą w życie. Ale z biznesowego punktu widzenia, mleko już się rozlało.

Dlaczego ten chaos to problem dla klienta w Europie?

Można by wzruszyć ramionami i stwierdzić, że podatki w USA to zmartwienie Amerykanów. W globalnej gospodarce naczynia są jednak połączone.

Apple produkuje ogromną większość swojego sprzętu poza granicami USA. Kiedy nad największym rynkiem firmy wisi groźba drastycznego wzrostu kosztów importu, uderza to w stabilność całej globalnej polityki cenowej giganta. Korporacje nie znoszą niepewności. Jeśli Apple ostatecznie będzie zmuszone zrekompensować sobie wielomiliardowe straty w Stanach Zjednoczonych (gdzie przerzucenie całego cła na klienta mogłoby drastycznie obniżyć sprzedaż), może zacząć szukać wyższych marż na rynkach zewnętrznych – w tym w Europie.

Po drugie, ta sytuacja to gigantyczny problem operacyjny. Brak przewidywalności kosztów produkcji sprawia, że Apple prawdopodobnie jeszcze mocniej przyspieszy proces dywersyfikacji swojego łańcucha dostaw i ucieczki z chińskich fabryk m.in. do Indii czy Wietnamu. A każda taka gwałtowna zmiana logistyczna niesie ze sobą ryzyko problemów z dostępnością urządzeń na półkach sklepowych.

Prawnicy największych amerykańskich korporacji z pewnością już szykują pozwy, a Tim Cook prawdopodobnie znowu będzie musiał wybrać się na negocjacje do Waszyngtonu (być może z kolejnym „złotym prezentem”). Prawdziwym problemem dla Apple nie jest dziś to, że na pewno zapłaci miliardy dolarów. Problemem jest to, że znów nie ma pojęcia, ile będzie kosztować wyprodukowanie iPhone’a w przyszłym miesiącu. A za biznesową niepewność na końcu zawsze płaci klient.

Złota statuetka dla Trumpa i haracz od czipów. Jak Big Tech przetrwał rok wojny handlowej [ANALIZA]

Zapraszamy do dalszej dyskusji na Mastodonie lub Twitterze .