Mastodon
Zdjęcie okładkowe wpisu Zadomowianie w Irlandii

Zadomowianie w Irlandii

0
Dodane: 8 lat temu

W poniedziałek było Halloween, moje pierwsze takie prawdziwe, w kraju, gdzie to już wieloletnia tradycja, a sam dzień jest dniem wolnym, więc trzeba pamiętać o zakupach dzień wcześniej.

W telewizji Halloween widziałam wiele razy, masa poprzebieranych ludzi, dekoracje na ulicach i domach, imprezy zakrapiane mniej lub bardziej, wszędzie czarownice, duchy, księżniczki i papier toaletowy zwisający z drzew. W wiaderkach dzieci niosą tony cukierków, pukają do kolejnych ozdobionych domów, a gospodarze witają ich z uśmiechem i misą pełną słodyczy. Gdy zatrzaskują drzwi, tańczy zawieszony na nich kościotrup. Nigdy nie pada deszcz, chyba że to horror.

Było koło czwartej, gdy dostaliśmy SMS-a, że sąsiadka przyjdzie z dziećmi przed siódmą. Czasu idealnie wystarczyło na kąpiel i przygotowanie strojów i makijażu. Amon był zombie-żołnierzem, wymalowanym pod oczami fioletowym cieniem, paroma bliznami i trzema pistoletami w kieszeni. Mati była klasyczną księżniczką, z lekko pomalowanymi ustami, czerwonymi policzkami i dwoma sterczącymi kucykami. Cała na różowo. Ubierałam trampki, gdy podjechał samochód. Skrzywiłam się — naprawdę będziemy jechać samochodem? Wiem, że tu mało kto uznaje spacery, ale naprawdę? Zapłakałam. Spakowaliśmy wózek do bagażnika i usiedliśmy.

Dzieci sąsiadów przebrane były w kupione stroje, wilkołaka i potwora Frankensteina. Nie spodobały mi się. Przeglądałam internet przez ostatni miesiąc, szukając jakiejś ciekawej opcji dla naszych dzieci, ale wszystko, co oferował internet, było albo tandetne, albo przesadnie drogie (nie wydam 60 dolarów na strój na raz dla dziecka, które za moment zresztą z niego wyrośnie). Podjechaliśmy do trzech domów. Trzech. Dzieci bez pukania wparowały do domów swoich znajomych, dostały po pięć cukierków od zupełnie nieprzygotowanych ludzi i wyszły. Nie tego się spodziewałam.

Od siódmej do dziewiątej w lokalnym pubie była impreza dla dzieci. Gdy weszliśmy, poza obsługą była jedna starsza pani z wnuczką przebraną za czarownicę. Sąsiadka usiadła przy barze, a dzieci pobiegły do dużej sali za czarną zasłonką. Stół z paczuszkami słodyczy i chipsów, rzędy małych stołków stłoczone pod ścianą, kwadratowy parkiet, podwyższenie, na którym stały piłkarzyki, kilka krzesełek, laptop podłączony do dużych głośników i kilkanaście czarnych lub pomarańczowych balonów. Muzyka leciała z YouTube’a, przerywana buforowaniem i reklamami. Serio? Cholera, każdy normalny miałby muzykę na dysku, ewentualnie ze Spotify czy bliźniaczej usługi od konkurencyjnej firmy. Z pakietem premium, bo przecież to trochę wiocha, tym bardziej że jedno piwo kosztuje połowę abonamentu. Ale nie, piosenki z Ghostbusters leciały przerywane reklamami. “Do you want to buy a sofa?”.

Amon oczywiście odkrył balony i wyprowadził kilka z nich na parkiet ku uciesze pierwszych przybyłych dzieci. Kilka pękło, a dzieciaki dostały ochrzan, że nie mogą ich dotykać. Nikt na szczęście nie zauważył, kto był ojcem tej małej rebelii.

Ludzie zaczęli się schodzić pół godziny później. Wśród dziewczynek królowały czarownice, a wśród chłopców chyba zombie, choć było dwóch Spidermanów. No dobra, półtora — jeden chłopiec miał kostium Storm Troopera i pod tym bluzę ze Spidermanem. Był uroczy klaun z wielkim brzuchem, niewiele młodszy od Matyldy, była para szalonych lekarzy z białymi fartuchami ubabranymi czerwoną farbą, drugi wilkołak w dokładnie takim samym stroju jak Sean. O dziwo, żadnego wampira!

Dzieci było trzydzieścioro, może więcej, w wieku od dwóch do 15 lat, chociaż starsze towarzystwo przyszło bez strojów i raczej pełnili rolę opiekunów młodszego rodzeństwa. Główna animatorka, przebrana za wiedźmę, zachęciła dzieci do pierwszej zabawy. Porozkładała stołki na parkiecie tworząc okrąg, DJ puszczał muzykę, dzieci szły po zewnętrznej stronie okręgu, a gdy piosenka się zatrzymywała, dzieci siadały na krzesełkach. Po każdej rundzie jedno znikało. To taka typowa zabawa, którą kojarzę z zabaw w podstawówce i balu przebierańców w spółdzielni mieszkaniowej, gdzie pracowała moja babcia.

Wiele dzieci oszukiwało, odchodziło, by później wrócić, a animatorka zastanawiała się, czemu nagle dwoje dzieci musi odpaść. To było dziwne, że nikt nie zwrócił uwagi na tych charakterystycznych oszustów. Chociaż może tak miało być? Skoro ten jeden właśnie wygrał, odpadając wcześniej chyba pięć razy. Amon bawił się w to pierwszy raz, cieszył się strasznie za każdym razem, gdy udało mu się znaleźć wolny stołek, a gdy odpadł… cóż, nadal nie wychodzi mu przegrywanie. Gdy próbował się znów włączyć do zabawy, koordynatorka zwróciła mu uwagę. Zawarczałam, bo to nawet nie było śmieszne.

Klimat Halloween znikł gdzieś w trakcie zabawy, piosenki puszczane do gry to była Lady Gaga i Katy Perry. Połowa dzieci przebrała się już w normalne stroje i porzuciła maski — nie minęła nawet ósma. Po podłodze walały się dziesiątki opakowań po żelkach, batonikach i chipsach. Rodzice w większości siedzieli w pierwszej salce, przy barze lub kilku stolikach pod ścianą.

Druga zabawa dla dzieci to podawanie sobie miski w trakcie trwania muzyki, gdzie eliminowana była osoba, która podczas pauzy miała ją w rękach. Amon zaczął trochę tańczyć z dziewczynką, która stała obok, to był miły widok. Dotarł do ostatniej trójki, wynik nie był jednoznaczny, ale pani prowadząca zabrała mu miskę i kazała odejść, mówiąc, że i tak oszukiwał i powinien odpaść kilkanaście razy. To było przykre — był tu pierwszy raz, wśród nieznajomych ludzi, mówiących w języku, którego nie do końca rozumie, a jeszcze babeczka wmawia, że zachowywał się nie fair (szczerze wiem, że tak nie było).

Niedługo później wróciliśmy do domu. Nie wiem, czy podobało mi się tutejsze Halloween. Spodziewałam się zdecydowanie czegoś innego. Może w przyszłym roku będzie lepiej? Może wybierzemy się do Kilrush na jakąś “poważniejszą” imprezę dla pociech? Może będzie lepiej, choć trochę podobnie do tego, co wyobrażałam sobie przez lata.

Może to jednak też trochę moja wina? Dynia, którą miałam rzeźbić nadal leży na kuchennym blacie, a większa, która miała pójść na przepyszną tartę, skończyła w kilkunastu kubkach ciasta z mikrofali. Włączyliśmy na moment grę z gatunku horror, ale wyłączyliśmy od razu, gdy tylko w szpitalu psychiatrycznym zgasło światło. Postaram się w przyszłym roku o klimat, o dekoracje i pełno cukierków, o własnoręcznie przygotowane stroje nie tylko dla dzieci, ale i dla nas. Może wtedy będzie dobrze?

W Polsce Halloween się oficjalnie nie obchodzi, ale podobno są już miasta, gdzie dzieci przebierają się i pukają do sąsiadów w poszukiwaniu cukierków. Sama pamiętam nocne seanse w miejscowym kinie, gdzie stroje były zalecane, po sali latały kurze łapki, a na ekranie wyświetlały się naprawdę przerażające filmy.

Trzymajcie kciuki, żeby za rok było lepiej.

Angelika Borucka

Koduję, gram w gry i oglądam horrory. A do tego wszystkiego używam Windowsa.

Zapraszamy do dalszej dyskusji na Mastodonie lub Twitterze .