iMagazine

Sandisk

Australia #11: CeBIT i Sydney

W ubiegłym tygodniu ponownie odwiedziłem Sydney – przede wszystkim po to, by pojawić się na australijskiej edycji technologicznych targów CeBIT, ale również dla chwilowej zmiany otoczenia i ostatniego w tym roku powrotu do kilku ulubionych punktów tego miasta.

Vlog z wypadu do Sydney:

Wyjazd do stolicy Nowej Południowej Walii był dosyć spontaniczny. Chociaż już kilka miesięcy temu otrzymałem akredytację prasową na konferencję CeBIT, to przez natłok obowiązków w Brisbane do ostatniej chwili nie widziałem, czy będę w stanie wziąć w niej udział. Decyzję podjąłem dopiero kilkanaście godzin przed wylotem – dzięki milom zebranym za podróże liniami Emirates mogłem z tak małym wyprzedzeniem zarezerwować bilet-nagrodę u partnerskich linii Qantas. Podróż w obie strony kosztowała mnie 16,000 mil oraz kilkanaście dolarów podatku. Warto zaznaczyć, że była to standardowa stawka – taka sama w przypadku rezerwacji dokonanej dzień, jak i tydzień czy miesiąc przed lotem. Według ogólnej zasady bilet kupiony w ostatniej chwili za gotówkę będzie bardzo drogi, z kolei ten kupiony za mile – często będzie kosztował dokładnie tyle samo.

Poranny, dziewięćdziesięciominutowy lot z Brisbane do Sydney upłynął szybko i przyjemnie. Było to zasługą znakomitej pogody, która sprzyjała fotografowaniu, ale również świetnej obsługi na pokładzie samolotu linii Qantas. O ile latając tradycyjnymi przewoźnikami europejskimi czasem ciężko jest mi odróżnić ich od tanich linii, o tyle w Australii różnice te są bardziej widoczne. Załoga Qantas sprawiała bowiem niezwykle profesjonalne wrażenie, podczas lotu oferowane były przekąski i napoje, a w zagłówkach siedzeń wbudowano ekrany systemu rozrywki znanego z większych, dalekodystansowych samolotów. Dokładając do tego odprawę w oddzielnej, ładniejszej części terminala oraz darmowe 30 kilogramów bagażu rejestrowanego, produkt oferowany na trasach krajowych Qantas stoi na naprawdę wysokim poziomie. Niestety, o ile nie podróżujemy za mile, to za te udogodnienia przyjdzie nam słono zapłacić – bilety na loty wewnątrz Australii kosztują nawet 2-3 razy więcej niż u tanich linii Jetstar lub Tigerair.

Po lądowaniu w Sydney miałem okazję po raz pierwszy skorzystać z kolejki łączącej lotnisko z centrum miasta. Rozwiązanie to jest niezwykle wygodne, gdyż cała podróż trwa zaledwie 15 minut. Niestety, cena biletu, chociaż normalna jak na warunki australijskie, jest dosyć wysoka – 18 dolarów za przejazd w jedną stronę. Warto pamiętać, że podróżując w dwie lub więcej osób bardziej będzie się opłacało zamówić Ubera – taka podróż to koszt około 30 dolarów. Do centrum dotarłem wczesnym popołudniem, dlatego od razu po zameldowaniu w hotelu zlokalizowanym w starej dzielnicy Pyrmont udałem się do International Convention Centre w rejonie Darling Harbour, gdzie odbywały się targi CeBIT.

Australijska edycja konferencji CeBIT to największe wydarzenie adresowane relacjom B2B w rejonie Azji i Pacyfiku, które przyciągnęło w tym roku ponad 15,000 uczestników oraz kilkuset wystawców. Trzydniowe targi łączą w sobie osiem konferencji, których tematem są między innymi rozwiązania w chmurze, fintech, big data i cyfrowego bezpieczeństwa. Towarzyszył im szereg mniejszych wydarzeń adresowanych do startupów prezentujących swoje pomysły, a także seria paneli i przemówień znanych postaci z branży IT, nowych technologii, ekonomii i polityki. Wśród zaproszonych gości znalazły się takie postaci jak Eugene Kaspersky, CEO Kaspersky Lab, Greg Williams z magazynu WIRED czy Dennis Andrucyk z NASA. Chociaż targi znacząco odbiegały skalą od relacjonowanej przeze mnie konferencji Web Summit, to dobór uczestników paneli i prezentacji okazał się niezwykle interesujący – szczególnie w części poświęconej trendom na rynku telekomunikacji, innowacjom dzięki sztucznej inteligencji, czy rozwiązaniom w chmurze.

Oprócz udziału w targach, krótka wizyta w Sydney była także doskonałą okazją do odwiedzenia kilku moich ulubionych punktów miasta. Jeżeli chodzi o atrakcje, są to przede wszystkim okolice Opery oraz terminala promowego, z których roztacza się znakomity widok na finansowe centrum miasta oraz zatokę, wjazd na kultową szpilkę, czyli punkt obserwacyjny Sydney Tower, ogrody botaniczne, a także zabytkowe rejony The Rocks. Podczas spaceru przez centrum warto zahaczyć o Gumption – niewielką kawiarnię w pięknym pasażu Pitt Street Mall serwującą doskonałej jakości kawę, a także Menya Noodle Bar – odkryty dopiero podczas tej wizyty lokal ze znakomitymi przysmakami kuchni japońskiej (polecam Shoyu Ramen).

Podsumowując, wypad do Sydney należał do mojego ulubionego typu podróży – krótkich, ale bardzo produktywnych, podczas których w ograniczonym czasie udaje się odwiedzić wiele różnych miejsc. Chociaż uwielbiam poznawać nowe miasta, to ponowne wizyty w dobrze znanych zakątkach świata również sprawiają mi ogromną przyjemność – szczególnie tam, gdzie znalazłem już swoje ulubione miejsca i atrakcje, a mimo to za każdym razem odkrywam coś nowego. W tę definicję idealnie wpisuje się Sydney, do którego na pewno wrócę jeszcze wielokrotnie, chociaż na kolejną wizytę przyjdzie mi teraz poczekać co najmniej kilka miesięcy.

Więcej zdjęć z Australii znajdziecie na Twitterze, a poprzednie artykuły – tutaj.

Jak stworzyć nocny timelapse

Cztery noce, pięć tysięcy zdjęć i ponad czterdzieści godzin pracy – tyle potrzebowałem, by stworzyć dwuminutowy, nocny timelapse australijskiego Brisbane. W tym wpisie opowiem o technice wykonanywania takich animacji oraz niezbędnym do tego sprzęcie.

Mój nocny timelapse Brisbane:

Timelapse to nic innego, jak sposób pokazania upływu czasu poprzez wykonanie serii wielu zdjęć w regularnych odstępach, a następnie zmontowanie ich w pojedynczy plik wideo. Największą zaletą tej techniki jest możliwość efektownego zobrazowania długotrwałych zjawisk, na przykład ruchu ludzi i samochodów, postępów budowy, zmian pogodowych czy nawet wzrostu roślin. Chociaż tryb timelapse można obecnie znaleźć w niemal każdym smartfonie, to jakość finalnego materiału będzie daleka od tej, jaką można uzyskać poprzez samodzielne złożenie sekwencji zdjęć zrobionych lustrzanką. Niestety, jest to zajęcie czasochłonne, wymagające odpowiedniego sprzętu i przygotowania. Mimo to warto spróbować tej techniki, gdyż końcowe efekty mogą być naprawdę znakomite.

Zacznijmy od strony technicznej. Do wykonania timelapse konieczny będzie interwałometr (ang. intervalometer) – urządzenie służące do wyzwalania migawki aparatu w określonych odstępach, np. co 5 lub 10 sekund. Robienie tego ręcznie jest kiepskim pomysłem, gdyż wymaga bardzo rygorystycznego pilnowania długości interwałów oraz ostrożnego sterowania aparatem, by nie zepsuć ujęcia i zachować idealną płynność obrazu. Interwałometr stanowi wbudowaną funkcję tylko wybranych modeli aparatów – większość użytkowników będzie musiała wyposażyć się w zewnętrzny moduł, który podłączany jest do odpowiedniego portu. W moim przypadku jest to Hahnel Captur za około 200 złotych, który sprawuje się bez zarzutów. Bardzo ważny będzie także solidny statyw, który umożliwi wykonanie idealnie ostrych ujęć w przypadku stosowania długich czasów naświetlania.

Najbardziej skomplikowanym aspektem tego typu fotografii jest dobór parametrów. Przede wszystkim należy ograniczyć się do trybu manualnego – zostawienie aparatowi jakiejkolwiek kontroli nad ekspozycją sprawi, że pomiędzy klatkami pojawią się “mignięcia” stanowiące efekt nawet minimalnych różnic w naświetleniu. Problem ten jest stosunkowo trudny do zlikwidowania w postprodukcji, dlatego lepiej go unikać już na etapie tworzenia. Warto także ustawić stały balans bieli, by zdjęcia nie różniły się od siebie tonacją kolorów. Idealne warunki do fotografowania timelapse to takie, gdy nie zmienia się oświetlenie sceny – sprawi to, że raz dobrane parametry nie będą wymagały żadnej korekty w trakcie rejestrowania serii. Zmieniające się oświetlenie znacząco podniesie poziom trudności zarówno na etapie fotografowania, jak i obróbki, gdyż pojedyncze klatki będą wymagały różnych nastaw podczas edycji. Dlaczego? Ano dlatego, że zmiana np. wartości przysłony podczas rejestrowania serii spowoduje skok w naświetleniu, który bedzie musiał zostać “upłynniony” poprzez delikatną obróbkę poprzedzających oraz następnych klatek. Można tego dokonać np. w płatnym programie LRTimelapse – jest to jednak znacznie wyższy poziom trudności niż animacja z identycznymi parametrami dla wszystkich ujęć.

Ogromne możliwości stwarza fakt, że składowe klatki timelapse’a to nadal wysokiej jakości zdjęcia w pełnej rozdzielczości – szczególnie, gdy fotografujemy w trybie RAW. W rezultacie końcowym efektem będzie materiał z zaawansowaną obróbką i jakością, jaka jest nieosiągalna w klasycznym trybie filmowym. Niestety, z tego samego powodu fotografia timelapse to proces niezwykle czasochłonny. O ile postprodukcję surowych plików możemy usprawnić poprzez zautomatyzowanie procesu i aplikowanie tych samych parametrów i filtrów (na przykład w Adobe Lightroom i Camera RAW), o tyle ich stworzenie zajmie bardzo dużo czasu. Zakładając, że stosujemy rozsądny interwał 5 sekund, a gotowa animacja dla osiągnięcia idealnej płynności odtwarzana będzie przy prędkości 30 klatek na sekundę, to każde 10 minut fotografowania pozwoli nam stworzyć tylko… 4 sekundy wideo. Aby zostawić odpowiedni bufor bezpieczeństwa i zapas materiału, każde z moich ujęć rejestrowałem przez około 15-20 minut. Łatwo policzyć, że dla 30 scen daje to około 10 godzin pracy – nie licząc wyszukiwania lokacji, transportu, rozstawiania sprzętu i oczywiście edycji oraz montażu wideo.

Przejdźmy do sedna – jakie parametry ustawiłem podczas pracy nad timelapsem z Brisbane? Jeżeli chodzi o interwał, było to 4-6 sekund. Taki odstęp pozwalał na wielokrotne przyspieszenie ruchu obiektów, a także zastosowanie długich ekspozycji (2-3 sekundy), które utrwaliły rozmycie świateł, np. przejeżdżających samochodów. Należy pamiętać, że aparat nie może rejestrować obrazu w sposób ciągły – interwał musi być o 1-2 sekundy dłuższy od czasu naświetlania pojedynczej klatki, by umożliwić zapisanie zdjęcia i przygotowanie do kolejnej ekspozycji. Druga zasada tyczy się czasu samego interwału – im będzie on dłuższy (np. 6 zamiast 5 sekund), tym bardziej przyspieszymy rzeczywisty obraz, gdyż jedna sekunda wynikowego filmu będzie ilustrowała dłuższy okres. W prostych słowach, zarejestrowanie 30 klatek potrzebnych do stworzenia sekundy gotowego wideo zajmie 2,5 minuty przy interwale 5 sekund oraz 3 minuty przy interwale 6 sekund. Inne parametry składowych zdjęć mojej animacji to niskie ISO dla maksymalnej jakości obrazu (200-400), lekko przymknięta przysłona (F 5.6-8) oraz balans bieli ustawiony na około 3200K.

Zarejestrowane pliki RAW zaimportowałem do programu Adobe Camera Raw (każdą serię oddzielnie), następnie obrobiłem pierwszą klatkę i powieliłem ustawienia dla wszystkich kolejnych. Wynikowe obrazy wyeksportowałem w formacie JPG i zmniejszyłem do wymiarów filmu jakości 4K, czyli 3840 pikseli szerokości. Kolejne etapy miały miejsce już w edytorze wideo Adobe Premiere Pro – pozwala on na automatyczne przekształcenie serii zdjęć w animację poprzez komendę “importuj”. Uzyskane kilkusekundowe ujęcia dopasowałem do podkładu muzycznego, nałożyłem filtry i stabilizację obrazu, dodałem tytuły, wyrenderowałem i… gotowe!

Na koniec chciałbym zaznaczyć, że powyższy poradnik jest bardzo entry-levelowy i stanowi jedynie ogólne wprowadzenie do tematu nocnej fotografii timelapse. Zagadnienie to jest niezwykle szerokie i skomplikowane – przykładem może być tutaj edycja i montaż gotowych ujęć, które można wykonać na wiele różnych sposobów. Mimo to po przeczytaniu tego wpisu powinniście być w stanie zarejestrować własny timelapse, który następnie należy zaimportować do edytora wideo i wyrenderować gotową animację.

Jeżeli eksperymentowaliście już z techniką timelapse – podzielcie się efektami w komentarzach.

P. S. Za kilka dni na moim kanale pojawi się drugie wideo z serii nocnych timelapse’ów australijskich miast – dlatego zapraszam do subskrybowania!

Australia #10: Kangaroo Point, Brisbane

W każdym mieście, w którym mam okazję spędzić więcej czasu, staram się znaleźć swój ulubiony punkt do fotografowania, do którego regularnie wracam. Jeżeli chodzi o Brisbane, takim miejscem od dawna jest Kangaroo Point, o którym opowiem w dzisiejszym wpisie.

Kangaroo Point jest dzielnicą, a właściwie przedmieściem Brisbane – według australijskiej nomenklatury, miastem nazywa się tutaj właściwie tylko to, co w Europie znamy jako ścisłe centrum. Z kolei wszystkie otaczające je dzielnice i tereny, nawet te blisko położone i bezpośrednio przyległe do CBD (Central Business District, czyli centrum) określane są jako suburbs (przedmieścia).

Kangaroo Point to wąski, długi na ok. 2 kilometry, skalisty cypel, który z trzech stron otacza meandrująca przez miasto rzeka – Brisbane River. Od południa przylega on do mieszkalnych dzielnic East Brisbane oraz Woolloongabba, z kolei w jego północnej części znajduje się kultowy, będący jednym z symboli miasta most – Story Bridge, który łączy południową i północną część metropolii.

Ze względu na swoje położenie, Kangaroo Point oferuje doskonały widok na zlokalizowane bezpośrednio po drugiej stronie rzeki, finansowe centrum. CBD, podobnie jak w innych australijskich miastach, charakteryzuje wysokie zagęszczenie wieżowców, które w większości wypadków budowane są na działkach o bardzo małej powierzchni, zastępując starsze, niskie budowle. W rezultacie najwyższe budynki cechuje strzelisty kształt i dosyć nietypowe proporcje. Co ciekawe, Kangaroo Point wyróżnia nie tylko bliskość centrum, ale również wysokość nad poziomem rzeki – większa część dzielnicy znajduje się na stromych klifach, co stwarza idealne warunki do podziwiania panoramy miasta i fotografowania.

Mieszkając w centrum Brisbane, na Kangaroo Point można dostać się na dwa sposoby – przechodząc przez wspomniany wcześniej Story Bridge lub przepływając regularnie kursującym, niewielkim promem. Tak jak opowiadałem we wcześniejszych wpisach, komunikacja wodna stanowi ważne uzupełnienie systemu transportu miejskiego wielu australijskich miast – w szczególności Brisbane, gdzie na przestrzeni zaledwie kilku kilometrów znajdują się aż cztery zakola rzeki (zajmowane przez dzielnice South Brisbane, CBD, opisywaną Kangaroo Point oraz New Farm). Obie drogi mają swoje zalety  – krótki rejs do przystani przy Thornton Street będzie szybszy, natomiast przejście przez most zapewni znakomite widoki na miasto oraz kontrastową zabudowę dzielnicy. W niewielkiej odległości od siebie znajdują się tutaj stare, drewniane domy nazywane Queenslanderami, a także nowe, wysokie budynki mieszkalne.

Do głównych atrakcji Kangaroo Point można zaliczyć bulwary położone bezpośrednio nad rzeką, a także rozległy taras, kawiarnię i tereny rekreacyjne na szczycie klifu w pobliżu Main Street oraz River Terrace Road. To właśnie z tego miejsca powstała większość zdjęć ilustrujących ten artykuł; swoją popularność zawdzięcza on nie tylko doskonałej lokalizacji, ale także sporej ilości miejsca wykorzystywanej przez mieszkańców do organizacji spotkań, wypoczynku czy treningu.

Jak wiadomo, Australia znajduje się na południowej półkuli. W praktyce oznacza to, że słońce zachodzi tutaj po północno-zachodniej stronie nieba – czyli w dokładnie tym kierunku, w którym z Kangaroo Point widać finansowe centrum Brisbane. Efekt? Doskonałe warunki do fotografowania panoramy miasta rozświetlonej niezwykłymi kolorami wieczornego nieba. To właśnie lokalizacja jest głównym powodem, dla którego regularnie wracam z aparatem na Kangaroo Point. Spokojna okolica i niesamowite widoki stwarzają miejsce, w którym spędzanie czasu jest czystą przyjemnością.

Podsumowując – jeżeli będziecie mieli okazję odwiedzić Brisbane, koniecznie wpiszcie Kangaroo Point na listę miejsc, które trzeba zobaczyć. Klifowe nabrzeże i roztaczający się stąd widok zainteresuje szczególnie osoby zajmujące się fotografią – trudno wyobrazić sobie lepsze warunki do zdjęć nocnych.

Więcej zdjęć znajdziecie na Twitterze, a poprzednie artykuły z serii opowiadającej o życiu i podróżach w Australii – tutaj.

Australia #9: fotograficzny wypad do Noosa

Wczoraj wybraliśmy się do Noosa – niewielkiego miasteczka położonego na północ od Brisbane w australijskim stanie Queensland. Na miejscu spędziliśmy zaledwie kilka godzin, jednak niezwykły krajobraz sprawił, że udało się w tym czasie zrobić wiele ciekawych zdjęć.

Noosa, a właściwie Noosa Heads (wg informacji znalezionych w internecie, nazwę zmieniono w roku 1988) to jeden z najbardziej malowniczych punktów w tropikalnym stanie Queensland. Miasto liczy niecałe 5000 mieszkańców, a mimo to wraz z otaczającymi go okolicami przyciąga w ciągu roku setki tysięcy turystów z kraju i zagranicy. Mimo tego, iż Noosa położone jest w odległości zaledwie 140 kilometrów od Brisbane, w którym obecnie mieszkam, to przez ostatnie kilka miesięcy nie udało mi się go jeszcze odwiedzić. Z jednej strony jest to na tyle daleko, że podczas weekendowych wypadów wolałem zamiast tego skierować się do popularnego i łatwiej dostępnego Gold Coast. Z drugiej – na tyle blisko, że rejon ten nie mógł być oczywiście celem lotniczej podróży. Okazja przytrafiła się dopiero wczoraj, gdy dołączyłem do trzyosobowej, samochodowej wycieczki na północ.

Pierwszym punktem w planie dnia była miejscowość Eumundi, w której odbywała się wystawa fotograficzna z udziałem naszego australijskiego znajomego. Po krótkim postoju i odwiedzeniu tego wydarzenia wróciliśmy do samochodu, by przebyć ostatnie kilkadziesiąt kilometrów trasy. Krajobraz za oknem był typowy dla tej części Australii – przez większą część dnia towarzyszyła nam gęsta, tropikalna roślinność, niewielkie, skaliste wzgórza i… dobra, słoneczna pogoda.

Dojazd do miasteczka prowadził przez zadbane przedmieścia, pełne eleganckich domów, z których wiele znajdowało się bezpośrednio nad rzeką lub kanałami. Po pozostawieniu samochodu na parkingu, udaliśmy się na krótki spacer do centrum, którego celem był Noosa Heads Surf Life Saving Club – klub ratowników, w którym znajduje się także duża i bardzo popularna wśród odwiedzających restauracja oraz bar. Pomimo tłumów i atrakcyjnego lokalizacji bezpośrednio przy plaży, ceny okazały się rozsądne, a jedzenie – bardzo dobre.

Tym, co od początku zwróciło moją uwagę, był bardzo specyficzny klimat miasteczka. Z jednej strony stanowi ono popularny cel weekendowych wypadów, co da się zauważyć po dużej liczbie surferów, plażowiczów i spacerujących turystów, z drugiej – udaje mu się zachować kameralny, wyluzowany nastrój. Nie spotkamy tutaj wysokiej architektury ani ogromnych kasyn czy hoteli; możemy natomiast liczyć na odrobinę oddechu od wielkomiejskiego zgiełku.

Najważniejszym etapem naszej wycieczki stanowiła długa wędrówka wzdłuż oceanicznego wybrzeża. Trasa początkowo prowadziła przez piaszczystą plażę (Noosa Main Beach), by następnie skręcić w kierunku północnym, gdzie szybko zmieniła się w stromą ścieżkę. Liczne wzgórza i przewyższenia terenu zapewniały bardzo dogodne warunki do fotografowania – szczególnie na końcowym etapie, który stanowił fragment rezerwatu Noosa National Park. Miejsca, o których warto wspomnieć, to Little Cove oraz Roses Cove – urokliwe plaże położone poniżej ścieżki, które cieszyły się dużą popularnością wśród surferów.

Wyluzowany klimat rejonu przypomniał o sobie, gdy przed powrotem do samochodu zatrzymaliśmy się na pograniczu głównej plaży i trasy widokowej. Celem było sfotografowanie zachodu słońca nad zatoką, a miejsce to nadawało się do tego idealnie (efektem jest m.in. zdjęcie stanowiące okładkę tego wpisu). Wiele z otaczających nas osób przybyło do tego punktu, by w towarzystwie znajomych oraz przekąsek i piwa zakończyć pierwszy dzień weekendu. Ot, 100% Australii w Australii.

Podsumowując, Noosa to zdecydowanie jedno z najciekawszych miejsc, jakie dotychczas zobaczyłem na Antypodach. Połączenie kameralnego charakteru miasta oraz niezwykłych okoliczności przyrody stwarza miejsce, które stanowi doskonały cel weekendowej wycieczki. Jeżeli tylko będziecie mieli okazję odwiedzić australijski stan Queensland – warto wpisać te rejony na trasę podróży.

Więcej zdjęć z Australii znajdziecie na Twitterze, a poprzednie artykuły – tutaj.

Australia #8: połowa drogi

Pierwsza połowa (a właściwie pierwszy semestr mojego pobytu w Australii) dobiegła końca. Tak jak przez cały ten czas, plan na ostatnie kilka dni po drugiej stronie świata był niezwykle napięty – zwieńczyła go wizyta w położonym na południu kraju stanie Wiktoria. Chociaż na bazę wypadową wybraliśmy Melbourne, to najważniejszym punktem krótkiego pobytu była z całą pewnością samochodowa wycieczka malowniczą trasą Great Ocean Road.

Zanim przejdę do relacji z odwiedzonych miejsc, chciałbym przez chwilę opowiedzieć o uczuciach towarzyszących opuszczaniu odległego kraju na dłuższy czas i powrotowi do Polski. Odkąd kilka lat temu wyjechałem na zagraniczne studia, często powtarzam, że lubię wracać do Polski. Wracać jest tutaj kluczowym słowem; z wielu powodów nie umiem wyobrazić sobie powrotu na stałe (przynajmniej teraz), jednak z przyjemnością przylatuję tutaj na weekend, tygodniową przerwę na uczelni lub… trzymiesięczne australijskie wakacje (pory roku na półkuli południowej działają w drugą stronę). Mogę w tym czasie nadrobić kontakt z rodziną i znajomymi, poświęcić więcej czasu polskim projektom i przedsięwzięciom, a także ponownie odwiedzić ulubione miejsca. Jednak po pewnym czasie zawsze odradza się we mnie uczucie, że czas ruszać dalej. W Polsce spędziłem większość z pierwszych 19 lat życia – to bardzo długo jak na jeden kraj! Właśnie dlatego z zadowoleniem spoglądam na ostatnie 4 lata, podczas których udało mi się na krócej lub dłużej zamieszkać w kilku innych krajach, a w międzyczasie odwiedzić wiele kolejnych.

Taka zmiana perspektywy niesie za sobą ciekawe konsekwencje. Najważniejszą z nich jest uczucie towarzyszące każdorazowemu opuszczaniu kraju, w którym akurat znalazłem się na dłużej. Chociaż wyjazdy do Polski są dla mnie czymś ważnym i przyjemnym, to uwielbiam świadomość, że gdzieś na świecie jest miejsce, do którego wkrótce wrócę. Co przez to rozumiem? Przede wszystkim fakt wynajmowania mieszkania, istnienia zawodowych czy akademickich obowiązków w innym kraju, do których po pewnym czasie muszę (i chcę!) wrócić. Tak też czułem się podczas ostatnich dni w Australii. Wyjeżdżając z Brisbane jednocześnie cieszyłem się zaplanowaną podróżą do Melbourne i jego okolic, dłuższą wizytą w Polsce, a także wizją powrotu na kolejne miesiące do stolicy australijskiego stanu Queensland.

Przechodząc do podróżniczej części tego artykułu muszę przyznać, że po wyjeździe do stanu Wiktoria nie spodziewałem się absolutnie niczego. Wynikało to z tego, iż zaledwie kilkanaście godzin przed wylotem zakończyłem intensywny okres egzaminów na uczelni, a trzy dni wcześniej ponownie odwiedziłem niezwykłe Gold Coast; planowanie zwiedzania po raz pierwszy od dawna pozostawiłem komuś innemu, a konkretnie znajomym, do których dołączyłem w Melbourne. Sam ze sporą starannością podszedłem jedynie do tematu rezerwacji przelotów, dzięki czemu w przyzwoitej cenie udało mi się kupić bilet na lot realizowany nowoczesnym, szerokokadłubowym Boeingiem 787 Dreamliner tanich linii Jetstar. Tego typu maszyny zazwyczaj obsługują wielogodzinne trasy, a nie stosunkowo krótkie odcinki krajowe; mój rejs był pod tym względem wyjątkowy, gdyż stanowił kontynuację łączonej podróży z jednego z miast Indii do Brisbane, a następnie właśnie Melbourne.

Jakie korzyści względem starszych maszyn może zauważyć pasażer podróżujący Dreamlinerem? Przede wszystkim bardziej przestronne, jaśniejsze wnętrze, lepszą izolację dźwięku (w środku jest naprawdę bardzo cicho), znacznie większe okna (przyciemniane elektronicznie zamiast zasłonki – efekt na zdjęciu poniżej) a także wyższą wilgotność i ciśnienie powietrza (warunki bardziej przypominają te na ziemi, dzięki czemu mniej się męczymy). Właśnie dlatego uważam, że rezerwując bilety na daleką podróż warto polować na samoloty nowej generacji: Boeinga 787, Airbusa A350 oraz dwupokładowego kolosa – Airbusa A380.

Trudno jest mi tutaj napisać cokolwiek więcej niż kilka zdań o Melbourne. Po pierwsze, spędziłem tam zaledwie dwa dni, podczas których cały czas miałem świadomość, że wrócę tu na dłużej już w lutym. Właśnie dlatego zamiast odwiedzania jak największej liczby atrakcji, skupiłem się na przyjemnym spędzeniu ostatnich kilkudziesięciu godzin w Australii. Po drugie, nie do końca dopisała pogoda; przez długi czas było pochmurnie, a temperatura wynosiła „tylko” 18 stopni – bardzo niewiele w porównaniu z Brisbane, gdzie przez wiele tygodni temperatura nie spadła poniżej 25 stopni. Mogę natomiast wypowiedzieć się o moich pierwszych wrażeniach, które wywołały mieszane uczucia. Z jednej strony mamy tutaj wiele przykładów pięknej architektury, klimatycznych kawiarni (tego brakowało mi w Brisbane i Sydney) czy terenów zielonych. Z drugiej – Melbourne swoim specyficznym klimatem bardzo przypomina mi Europę, co samo w sobie nie jest niczym złym, ale nie daje mi wystarczającego poczucia, że znajduję się na innym, ciekawym kontynencie. Zdecydowanie bardziej odpowiada mi miks wysokich temperatur, piaszczystych plaż i tropikalnej roślinności, który przez kilka miesięcy doceniałem w stanie Queensland. W bezpośrednim porównaniu Melbourne wydawało się także mniej zadbanym i gorzej zorganizowanym miastem niż Brisbane. W tym miejscu ponownie zaznaczę, że są to jedynie moje pierwsze wrażenia z bardzo krótkiego pobytu.

Głównym punktem wizyty w stanie Wiktoria nie było jednak samo Melbourne, a jednodniowa wycieczka wynajętym samochodem na Great Ocean Road, czyli prawie 250-kilometrową trasę wzdłuż zapierającego dech wybrzeża oceanu. Aby zamknąć plan podróży w kilkunastu godzinach, wyjazd z wypożyczalni (położonej przy miejskim lotnisku) zaplanowaliśmy już o poranku. Była to dobra decyzja, gdyż tylko krótkie fragmenty drogi prowadziły autostradą; bardzo szybko znaleźliśmy się na pustkowiu, przez które ciągnęła się jedynie wąska i miejscami bardzo kręta trasa. Istotą docenienia widoków było zaplanowanie około dwudziestu przystanków w najważniejszych punktach Great Ocean Road, z których na szczególną uwagę zasługuje miejsce znane jako 12 Apostołów. Nazwa ta odnosi się do wystających z oceanu pozostałości klifowego wybrzeża, których forma przypomina skalne posągi. Nie przesadzę nawet odrobinę pisząc, że niektóre lokacje na trasie wyglądały jak przeniesione z filmu; przejazd Great Ocean Road z miejsca stał się dla mnie punktem obowiązkowym wizyty w Australii, który będę polecał każdej wybierającej sie w te rejony osobie.

Ostatnią dużą podróżą zaplanowaną na ten rok był powrót z Australii do Polski. W jej trakcie boleśnie odczułem skutki przygód w drodze do Australii, podczas których odwiedziliśmy Pekin i Kuala Lumpur; wynikało to z faktu, iż lot w drugą stronę również odbywał się z wieloma przystankami, jednak tym razem czas w azjatyckich stolicach wynosił po kilka, a nie kilkanaście lub kilkadziesiąt godzin. Z tego powodu o żadnym zwiedzaniu nie mogło być mowy, co oznaczało niezwykle nudną i męczącą, 45-godzinną podróż z Melbourne do Warszawy, z przesiadkami na lotniskach w Kuala Lumpur, Pekinie oraz Helsinkach.

Tymczasem kilka dni temu zacząłem dwumiesięczny pobyt w Polsce, który również zapowiada się bardzo ciekawie. Do Australii wrócę w lutym – wtedy powrócą także częstsze wpisy na temat tej arcyciekawej wyspy na drugim końcu świata.

Australia #7: wiosna na drugiej półkuli

Do Australii przyszła wiosna. Z oczywistych względów wygląda ona, delikatnie mówiąc, nieco inaczej niż w Polsce – temperatura w ciągu dnia przekracza 30 stopni, przez co motywowanie się do pracy i codziennych obowiązków momentami bywa naprawdę trudne. Upływ czasu przyniósł także kilka innych rzeczy, o których opowiem w tym wpisie.

Przez ostatnie kilka tygodni nie napisałem ani jednego wpisu stricte o Australii – poza podzieleniem się moimi doświadczeniami z wymiany iPhone 6 na iPhone 7 w Apple Store oraz korzystania w tym kraju z Apple Pay. Powodów było kilka. Chociaż nie wszystko można zrzucić na brak czasu, to faktem pozostaje, że za sprawą natłoku obowiązków od około miesiąca czuję, że faktycznie żyję w Australii. Co przez to rozumiem? Przede wszystkim tygodniowe plany zorientowane na pracę, a nie planowanie i oczekiwanie na kolejną podróż. W poprzednich miesiącach właściwie każdą wolną chwilę starałem się poświęcić odkrywaniu nowego dla mnie kontynentu. Wymuszona zmiana nastawienia nie jest jednak niczym złym, gdyż pozwala mi spojrzeć na niektóre kwestie z zupełnie innej perspektywy.

Dziś ze stuprocentową pewnością mogę powtórzyć to, o czym wspominałem już kilkukrotnie: Australia (a przynajmniej Brisbane) to naprawdę dobre miejsce do życia. Po dwutygodniowej wizycie w Polsce na początku października szczególnie doceniłem powrót do tropikalnego klimatu – i nie chodzi tutaj tylko o temperatury, ale raczej przewidywalność pogody (właściwie codziennie jest gorąco i słonecznie). Dopasowywanie ubioru do warunków na zewnątrz stało się kolejną małą rzeczą, o której nie muszę pamiętać każdego poranka. Wspominam o tym, bowiem właśnie ta bezproblemowość najlepiej opisuje moją percepcję życia w Australii; ludzie są życzliwi, poziom życia – wysoki, a możliwości – ogromne. W tym wszystkim znika gdzieś cała lista problemów i niedogodności, które mocno zniechęcają mnie do stałego powrotu do Polski.

Satysfakcję z życia w danym mieście definiują dla mnie wszystkim możliwości i sposoby spędzania wolnego czasu. W Londynie najbardziej doceniam popołudnia na Soho i w muzeach, w Dublinie – wizyty w zdecydowanie najlepszych na świecie pubach, a w Warszawie – czas spędzany ze zmieniającym się przez lata gronem znajomych. Jak ma się do tego Brisbane? Na wyróżnienie zasługują dwie rzeczy: wypady do położonego nad oceanem Gold Coast, czyli miasta wyglądającego jak spełnienie marzeń o idealnym miejscu do życia, a także rekreacyjna dzielnica South Bank. O Gold Coast opowiadałem już w jednym z poprzednich wpisów, dlatego teraz skupię się na tym drugim miejscu. Co oferuje South Bank? Przede wszystkim miejską plażę, czyli piaszczyste nabrzeże nad… dużym, otwartym i ogólnodostępnym basenem (brzmi głupio, ale to znakomite miejsce!), a także liczne bary, kawiarnie, restauracje, amfiteatr i rozległe tereny zielone. W pobliżu znajduje się również nowoczesna biblioteka stanowa (jedno z moich ulubionych miejsc do pracy) i kilka muzeów – a wszystko to w zasięgu dziesięciominutowego spaceru z położonego po drugiej stronie rzeki centrum miasta. Warunki do aktywnego spędzania wolnego czasu, darmowe atrakcje i duże zagęszczenie zieleni to rzeczy, które zdecydowanie najbardziej doceniam w Brisbane i które w największym stopniu wpływają na mój pozytywny odbiór tego miasta.

Dla zachowania równowagi, postanowiłem napisać o jednej z najbardziej irytujących mnie rzeczy w Australii – czasie. Co mam na myśli? Położony w północno – wschodniej części wyspy Queensland (którego stolicą jest właśnie Brisbane) to jeden z trzech stanów, które nie stosują sezonowej zmiany czasu. W rezultacie przez cały rok korzysta się tutaj z tej samej strefy; co ciekawe, gdy za kilka dni polecę do położonego na południowy – zachód Melbourne, będę musiał… dodać jedną godzinę (co przeczy geograficznej logice), gdyż w stanie Victoria zmiana czasu już obowiązuje. Negatywną konsekwencją regulacji stosowanych w Queensland są bardzo wczesne zachody słońca. Chociaż obecnie dzień zaczyna się po 4:40 nad ranem, to kończy zaledwie kilkanaście minut po 18. Według znalezionych w internecie danych, najdłuższy dzień w roku trwa w Brisbane niecałe 14 godzin (dokładnie 13h 52 min), podczas gdy w Warszawie – niemal 3 godziny więcej (16h 46 min). Swoje robi tutaj położenie w znacznie mniejszej odległości od równika, a negatywny efekt pogłębia brak zasady zmiany czasu; przyznam, że bardzo brakuje mi tutaj długich, jasnych wieczorów, które są według mnie jedną z największych zalet spędzania lata w Polsce.

Wcześnie kończące się dni niosą za sobą szereg konsekwencji. Przede wszystkim odnoszę wrażenie, że cała aktywność Australijczyków przesunięta jest na znacznie wcześniejsze godziny poranne, czego i ja staram się w ostatnim czasie próbować (dzisiejszy dzień zacząłem o 5:30, gdy przy temperaturze 23 stopni i pełnym słońcu usiadłem z laptopem na balkonie). Większość kawiarni działających w centrum Brisbane otwiera się o 6 rano, a zamyka o 13-15. Z perspektywy przyzwyczajonego do pracy na mieście Europejczyka bywa to czasem uciążliwe; lokale czynne dłużej niż do 16 (poza barami i restauracjami) to prawdziwa rzadkość. Podobnie wygląda kwestia godzin otwarcia sklepów, banków i innych instytucji. Wieczorami centrum miasta zamiera, co jest szczególnie zaskakujące, gdy porównamy Brisbane do zbliżonej wielkości Warszawy, czy podobnych kulturowo i etnicznie miast amerykańskich. Do wszystkiego można się jednak przyzwyczaić, a zalety życia w Australii w dużym stopniu rekompensują kwestię krótkich dni.

Tymczasem za niewiele ponad tydzień czeka mnie powrót do Polski. Spędzę w niej ponad dwa miesiące, czyli okres przerwy na uczelni i australijskich wakacji (wracam na kolejny semestr, yay!). Wcześniej odwiedzę jeszcze wspomniane wyżej Melbourne, a w drodze powrotnej – na krótko wstąpię do Pekinu. Relację z podróży będziecie mogli przeczytać w kolejnych wpisach – stay tuned!

Poprzednie artykuły o Australii znajdziesz tutaj.

Apple Pay w Australii – moje doświadczenia

Od zawsze miałem pecha do Apple Pay. Mógłbym korzystać z tej usługi od samego początku, gdyż dzięki wyjeździe na studia do USA miałem kartę w amerykańskim banku, jednak z jakiegoś powodu nie udało mi się aktywować tej funkcji z zagranicy. Potem była brytyjska karty w Barclays, który na starcie, jako jedyny duży bank z Wielkiej Brytanii… nie wspierał płatności od Apple. Irlandia (gdzie studiowałem w ostatnich latach) na Apple Pay jeszcze sobie nie zasłużyła. Udało mi się dopiero po wyjeździe do Australii. Nie obyło się jednak bez komplikacji, bowiem początkowo korzystałem z Commonwealth Bank, a jedynym lokalnym bankiem wspierającym tę usługę jest ANZ, w którym następnie założyłem konto. Tak, specjalnie dla Apple Pay. Tak, była to dobra decyzja.

Na zmianie banku początkowo tylko straciłem. Commonwealth zdecydowanie wygrywa z ANZ na wielu polach: oferuje nieco lepsze warunki, bardziej przystępną obsługę, łatwiejszy i nowocześniejszy proces załatwiania formalności oraz znakomitą, uniwersalną aplikację mobilną. Ta od ANZ dostępna jest tylko w australijskim App Store, co zmusza mnie do sprawdzania stanu konta i transakcji w… Safari (nie chcę zmieniać sklepu dla jednej appki). Wszystkie te niedogodności znikają w ułamku sekundy, a konkretnie w momencie, gdy zeskanujemy kartę, wpiszemy kod potwierdzenia z wiadomości SMS i zaczniemy korzystać z Apple Pay.

Mój zachwyt nad Apple Pay wynika z kilku powodów. Po pierwsze, Australia to kraj doskonale dostosowany do płatności zbliżeniowych. Oferuje je właściwie każdy sklep czy restauracja – miejsca, które nie mogą pozwolić sobie na klasyczny terminal, często wykorzystują do tego urządzenia od Square lub podobne rozwiązania. Na limit minimalnej kwoty transakcji kartą trafiłem tutaj tylko raz – w niewielkim chińskim markecie w jednej z bocznych uliczek Brisbane. Często chwalę przystępność systemu płatności w Polsce, ale tutaj wypada on jeszcze lepiej, nie wspominając o porównaniu do prymitywnych rozwiązań z Irlandii, gdzie w wielu małych lokalach kartą nie zapłacimy w ogóle lub spotkamy minimalną kwotę 5 czy 10 euro. W Australii nareszcie mogę tygodniami robić to, o czym marzyłem od dawna – nie nosić ze sobą gotówki i nie odczuwać z tego powodu żadnych ograniczeń czy niedogodności.

Drugi powód związany jest z wykorzystywanymi przeze mnie urządzeniami. O ile większość użytkowników Apple Pay płaci za pomocą iPhone’a, moim zdaniem takie rozwiązanie jest dosyć niewygodne. Przede wszystkim nie widzę dużej różnicy między wyjęciem z kieszeni portfela i telefonu – obie czynności wymagają ode mnie takiego samego, angażującego działania (tak, wiem jak to brzmi – człowiek szybko przyzwyczaja się do wygody). Nie jestem również fanem potwierdzania płatności odciskiem palca – jak wiadomo, Touch ID potrafi nie działać idealnie i już kilkukrotnie zdarzyło mi się mieć problem z zapłaceniem przy pierwszej próbie. Płatności w iPhone widzę raczej jako opcję zapasową, gdy np. zapomnę zabrać ze sobą portfel (co akurat nigdy mi się nie zdarza).

Według mnie urządzeniem wprost stworzonym dla Apple Pay jest zegarek – korzystanie z usługi wymaga aktywowania kodu blokady na Apple Watch, który musimy wpisać po każdym założeniu go na nadgarstek. Dzięki temu aktywacja płatności wymaga tylko podwójnego kliknięcia podłużnego przycisku na obudowie, bez żadnych dodatkowych kodów, skanowania odcisków itd. Pomimo upływu czasu, reakcje większości sprzedawców czy baristów na płacenie zegarkiem nadal są (nomen omen) bezcenne.

W Australii do tego stopnia przyzwyczaiłem się do Apple Pay, że powiązana z tym systemem karta trafiła do głębokiej kieszeni portfela (nie użyłem jej ani razu od jakichś 2 miesięcy), a po przylocie do Polski powrót do płacenia “plastikiem” wydał mi się bardzo niewygodny i… so 2000s. Mam nadzieję, że w niedalekiej przyszłości system ten trafi do naszego kraju, ale również zacznie wspierać inne rodzaje kart – elektroniczne bilety komunikacji miejskiej, wejściówki na siłownię czy do biblioteki, legitymacje studenckie, magnetyczne klucze do bramy itd. A jeżeli chodzi o sam zegarek od Apple, do tej pory twierdziłem, że nadaje się on tylko do trzech rzeczy: śledzenia aktywności, wyświetlania wielu informacji na głównej tarczy oraz do powiadomień, co skutecznie ogranicza wyjmowanie iPhone’a z kieszeni. W momencie aktywacji Apple Pay, do tej listy dołączają płatności zbliżeniowe, których moim zdaniem nie dało się rozwiązać lepiej, wygodniej i przystępniej.

Australia #6: Sydney!

Po kilku tygodniach od przyjazdu do Australii udało mi się wreszcie na dłużej opuścić Brisbane. Wybór padł na oddalone o około tysiąc kilometrów na południe Sydney, które wyróżniała zupełnie inna atmosfera, wielkomiejski charakter oraz… znacznie niższe temperatury.

Tak jak wspominałem w poprzednich wpisach, Brisbane stanowi dla mnie ciekawe połączenie stylu amerykańskich miast, europejskiej kultury oraz azjatyckich wpływów, które widać niemal na każdym kroku. Gdybym miał wybrać jedno z odwiedzonych wcześniej miejsc, w którym czułem się podobnie, za sprawą wzgórz, starych, drewnianych domów, średniej wielkości biznesowego centrum i licznej azjatyckiej mniejszości, byłoby to z całą pewnością San Francisco. Stan ten nie różnił się znacząco po przyjeździe do Sydney, chociaż w tym przypadku najdokładniejszym odbiciem z moich doświadczeń z przeszłości jest kanadyjskie Toronto. Oba miasta posiadają gęste, wysokie i rozrastające się w zawrotnym tempie dzielnice finansowe; oba powstały nad brzegiem rozległego zbiornika wodnego – Jeziora Ontario (Toronto) oraz zatoki Port Jackson, popularnie nazywanej Sydney Harbour; nad oboma góruje przypominająca pinezkę wieża (CN Tower, Toronto oraz Sydney Tower), która stanowi znakomity punkt widokowy i atrakcję turystyczną. Biorąc pod uwagę fakt, że Toronto odwiedziłem wczesną jesienią, a Sydney w środku australijskiej zimy, podobne były także warunki pogodowe – kilkanaście stopni w ciągu dnia, przelotne opady i wiatr.

Na wstępie muszę napisać, że nasza wizyta w Sydney znacząco różniła się od typowej miejskiej wycieczki. Od początku staraliśmy się spędzać jak najwięcej czasu w otwartej przestrzeni, a właściwie jedyną odwiedzoną atrakcją turystyczną był wspomniany wcześniej punkt widokowy na Sydney Tower (bilety kupiliśmy online za około $25 – nieco taniej niż na miejscu). Zamiast muzeów, galerii i zabytków wybraliśmy otoczenie zatoki, nocne fotografowanie panoramy miasta z dzielnicy Kirribilli oraz spacery nad brzegiem oceanu. Dodatkowo w ciągu zaledwie dwóch dni odwiedziliśmy trzy okoliczne plaże oraz rejony oddalone od ścisłego centrum miasta o wiele kilometrów.

Wizytę w każdym mieście zaczynam od spaceru przez centrum – bez konkretnego celu, za to zorientowanego na zdobyciu podstawowej orientacji w terenie i poczuciu klimatu nowego miejsca. Nie inaczej było w Sydney, jednak z racji późnej godziny udało nam się dotrzeć jedynie do okolic Pyrmont Bridge – pieszego mostu, który łączy dzielnicę o tej samej nazwie z biznesowym centrum największej australijskiej metropolii. Pierwsze wrażenia? Przytłaczająca liczba wieżowców, która robi wrażenie nawet po odwiedzeniu miejsc takich jak Nowy Jork czy Hong Kong; dyskretna, zabytkowa architektura wpleciona między szklane elewacje biurowych kompleksów; zaskakująco niskie temperatury – długi pobyt w oddalonym o tysiąc kilometrów na północ Brisbane przyzwyczaił mnie do łagodnej, ciepłej zimy, podczas gdy w Sydney musiałem zakładać na siebie kilka warstw ubrań.

Eksplorację miasta na dobre rozpoczęliśmy następnego poranka, gdy po około 40 minutach wędrówki przez Pyrmont oraz CBD (Central Business District) dotarliśmy do wspomnianej wcześniej Sydney Tower. Osoby regularnie czytające moje wpisy mogą pamiętać o mojej słabości do wysoko położonych punktów widokowych. Odwiedzam je praktycznie w każdym mieście, gdyż jest to według mnie najlepszy sposób na dokładne zapoznanie się z nowym otoczeniem, a także idealne miejsce do fotografowania. Nie inaczej było w Sydney, a niezbyt wygórowana cena biletu (szczególnie biorąc pod uwagę podobne punkty w USA czy Kanadzie oraz ogólne koszty życia w Australii) dodatkowo zachęcała do wjazdu na górę.

Największą zaletą Sydney Tower jest z całą pewnością jej lokalizacja. Położona w sercu metropolii, z niemal każdej strony otoczona jest wieżowcami finansowego centrum, a w nieco większej odległości – wodami Sydney Harbour, wzgórzami i pięknymi podmiejskimi dzielnicami. Kierując wzrok na zachód zobaczymy także wybrzeże Oceanu Spokojnego, a na południowy wschód – samoloty podchodzące do lądowania na miejskim lotnisku. Co ciekawe, podobnie jak w przypadku wielu innych portów obsługujących dziesiątki milionów pasażerów, pasy startowe Sydney Airport usytuowane są równolegle, co pozwala na niezwykle efektowne, jednoczesne podejścia dwóch samolotów. Zjawisko to największe wrażenie robi właśnie z punktu obserwacyjnego w centrum miasta, gdyż przebywając tam znajdujemy się na podobnej wysokości co lądujące maszyny.

We wcześniejszych wpisach na temat Brisbane wielokrotnie chwaliłem promy pływające po meandrującej przez centrum miasta rzece. Stanowią one uzupełnienie systemu komunikacji miejskiej i doskonale spełniają swoje zadanie – szczególnie w miejscach takich, jak mieszkalna okolica Kangaroo Point, którą od ścisłego centrum dzieli jedynie kilkuminutowy rejs na drugą stronę rzeki. Chociaż w Sydney komunikacja promowa przypomina bardziej poważną morską żeglugę niż system niewielkich, wodnych autobusów, dzięki niej z centrum miasta możemy łatwo dostać się na drugą stronę zatoki, ale również popularne plaże i rekreacyjne rejony – między innymi Manly Beach, Watsons Bay oraz kultową Bondi Beach. Ceny biletów? Od kilku do około 10 dolarów w jedną stronę. Nie jest tanio, ale organizacja tej formy komunikacji zasługuje na pochwałę.

Podczas zaledwie dwóch dni udało nam się odwiedzić wszystkie wymienione w poprzednim akapicie miejsca. Zaczęliśmy od Manly, niewielkiego, turystycznego miasteczka położonego nad brzegiem oceanu. Krótka wizyta stanowiła przyjemną odmianę po kilkugodzinnym zwiedzaniu centrum Sydney; dotarliśmy tam wczesnym popołudniem, dzięki czemu w drodze powrotnej obserwowaliśmy zachód słońca nad miastem oraz jego najpopularniejszym punktem – budynkiem opery.

Wracając do Manly, zarówno sama plaża, jak i prowadząca do niej promenada, zrobiły na nas bardzo dobre wrażenie – a to za sprawą wyluzowanej atmosfery, palm i ciekawej architektury. Pierwsze wrażenia przypominały nieco wizytę w… Sopocie (pomijając palmy), a swój udział miała w tym niska temperatura i wiatr. O ile australijska zima nie przeszkadzała zbytnio w zwiedzaniu centrum Sydney, o tyle podczas spaceru nad brzegiem oceanu dawała się ona mocno we znaki. Ciekawostką spotkaną w Manly było lokalne, kraftowe piwo z browaru… Kościuszko serwowane w pubie, w którym zatrzymaliśmy się na krótki odpoczynek i naładowanie sprzętu.

Drugi dzień wizyty ponownie rozpoczęliśmy w centrum Sydney, by po śniadaniu i krótkim spacerze skierować się na jeden z miejskich promów. Tym razem celem była Watsons Bay, niewielka zatoka z doskonałymi widokami na oddalone o kilkanaście kilometrów centrum metropolii, licznymi jachtami oraz lokalami serwującymi owoce morza i ryby (wróciliśmy tam na lunch). Następnie wsiedliśmy w autobus, który dowiózł nas do najbardziej popularnej plaży regionu – Bondi Beach, gdzie spotkaliśmy się z zaprzyjaźnionym z redakcją iMagazine Tomem Piotrowskim.

Przyznam, że zachęcony dobrymi opiniami nie sprawdzałem zdjęć ani szczegółowych informacji dotyczących tego miejsca. Spodziewałem się, że na miejscu zastanę szeroką, rozciągającą się na dystansie wielu kilometrów plażę, która przypominać będzie Venice Beach w Los Angeles czy Surfers Paradise w australijskim Gold Coast. Zamiast tego Bondi Beach przypominała raczej niewielkie plaże otaczające zatoki Wysp Kanaryjskich czy wybrzeża południowej Hiszpanii. Panowała tam jednak niezwykle przyjemna atmosfera, a krótki spacer na otaczające ją wzgórza z osobą dobrze znającą te rejony doprowadził nas do miejsca z niesamowitymi widokami na ocean i okolicę.

Wczesnym wieczorem wróciliśmy do Sydney, by ponownie oglądać słońce zachodzące nad zatoką i centrum miasta. Idealnym do tego punktem okazała się wysunięta w głąb zatoki część miejskich ogrodów botanicznych; niewielka odległość od opery, mostu Harbour Bridge oraz wieżowców pozwoliła na zrobienie serii efektownych ujęć położonych nad wodą terenów (szczególnie zdjęcie będące okładką tego artykułu).

Podsumowując: lecąc na weekend do Sydney nie nastawiałem się na intensywne zwiedzanie nowego miasta; zależało mi raczej na chwilowej zmianie otoczenia. Cel ten udało się zrealizować, a mimo tego odwiedziłem szereg interesujących miejsc, dwie plaże oraz efektowny punkt widokowy. Samo miasto zrobiło na mnie bardzo dobre wrażenie; nie bez powodu uznawane jest ono za punkt obowiązkowy każdej wizyty w Australii. Z całą pewnością wrócę tutaj w ciągu najbliższych miesięcy, tym razem w większym stopniu skupiając się na muzeach, zabytkach i innych miejskich atrakcjach.

Jeżeli macie jakieś pytania dotyczące Australii lub tematy, o których chcielibyście przeczytać – dajcie znać w komentarzach lub na Twitterze.

Australia #5: Gold Coast, Brisbane i okolice

Piąty tydzień na drugim końcu świata był nieco inny od poprzednich – a to za sprawą piszącej dla iMagazine redaktor @jedzonelka (a prywatnie mojej dziewczyny), która przyleciała do mnie do Australii. W ostatnich dniach odwiedziliśmy kilka bardziej turystycznych miejsc – Gold Coast, sankturium koali oraz najważniejsze atrakcje Brisbane.

Chociaż Brisbane nie jest tak popularnym ośrodkiem jak Melbourne czy Sydney, to nadal stanowi ono bardzo przystępny cel podróży. Wpływa na to kilka kwestii: po pierwsze, ścisłe centrum miasta (CBD), zbudowane w meandrze rzeki o tej samej nazwie, jest gęste i stosunkowo niewielkie; przejście z jednej strony na drugą zajmie nie więcej niż 15-20 minut. Rzędy pagórkowatych ulic kryją w sobie mieszankę różnorodnej architektury, orientalnych restauracji, klimatycznych kawiarni i zabytków. W sąsiadujących z centrum zakolach rzeki znajduje się zielona, przepełniona barami i strefami rekreacji dzielnica South Brisbane (od strony południowo-zachodniej), a z drugiej (zachodniej) strony – Kangaroo Point, czyli wąski cypel, którego klifowe wybrzeże stanowi doskonały punkt widokowy. Poruszanie się piechotą w tym obszarze jest szybkie i wygodne, a dodatkowe ułatwienie stanowią niewielkie promy łączące ze sobą przystanie po dwóch stronach rzeki.

Jedną z rzeczy, które najbardziej doceniam w miastach, jest fakt inwestowania w dobra publiczne: zasoby, miejsca, wydarzenia i przedsięwzięcia, które w pewien sposób zwracają społeczeństwu część wpływów do miejskiej kasy. W Brisbane widać je na każdym kroku: od bardzo zadbanych stref rekreacji, np. ścieżek rowerowych czy „plaży” w dzielnicy South Bank (widocznej na zdjęciu poniżej), przez bezpłatny prom łączący najważniejsze punkty miasta, nowoczesną stanową bibliotekę, w której piszę ten tekst, po darmowe muzeum i wieżę zegarową ratusza.

To ostatnie miejsce odwiedziliśmy pierwszego dnia wspólnego zwiedzania. Muzeum w ratuszu nie jest duże, ale sprawia bardzo dobre wrażenie: nowoczesna, interaktywna wystawa ukazuje najważniejsze fakty z historii miasta, ale również dane statystyczne dotyczące jego populacji, które przedstawiono na reprezentatywnej próbie 100 mieszkańców (każda osoba to 1%). Naszą uwagę zwróciły także eleganckie i minimalistyczne gadżety sprzedawane jako pamiątki z Brisbane oraz dzieła lokalnego artysty Roberta Brownhalla, które zdobiły ściany muzeum.

Jednak najciekawszym punktem wizyty w ratuszu był wjazd na 92-metrową wieżę zegarową, która stanowi doskonały punkt widokowy na centralną część miasta: King George Square, wieżowce Central Business District, rzekę oraz miejskie wzgórza. Zabytkowa winda zatrzymuje się również na wysokości niemal pięciometrowych tarcz, trzymetrowych wskazówek i skomplikowanych mechanizmów zegara, co stanowi dodatkową atrakcję podczas krótkiej wizyty. Podobnie jak wstęp do muzeum, wjazd na położony na wysokości 76 metrów taras jest bezpłatny – wymaga jedynie odebrania biletu na ustaloną godzinę w recepcji.

Kolejnym punktem na naszej liście był jednodniowy wypad do Gold Coast – miasta położonego nad brzegiem Oceanu Spokojnego, które znane jest z plaż, imprez i idealnych warunków dla surferów (nomen omen jedna z okolic tego regionu nazywa się Surfers Paradise). Odległość dzieląca Brisbane i Gold Coast to około 80 kilometrów, a trasę najłatwiej pokonać pociągiem z przesiadką na miejski autobus. Cena transportu w obie strony dla osoby dorosłej to około 25 dolarów australijskich – podczas pobytu w Brisbane warto wyrobić kartę Go Card, która ułatwi i obniży ceny korzystania z komunikacji miejskiej stanu Queensland. Przykładowo, ten sam przejazd na bilecie papierowym potrafi kosztować nawet o połowę więcej; dodatkowo Go Card pozwala na korzystanie z niższych o kilkadziesiąt procent stawek poza godzinami szczytu.

Wracając do Gold Coast: przyznam, że wizyta w tym miejscu bardzo przypominała mi Kalifornię; palmy, piaszczysta plaża, wieżowce, podobne do amerykańskich samochody i stanowiska ratowników, pasaże handlowe w bliskim sąsiedztwie oceanu, a także meksykański lunch – podobieństw było wiele. Kilkugodzinny wypad nad Pacyfik stanowił jednak tylko chwilową zmianę otoczenia od wielkomiejskiego Brisbane – do Gold Coast wrócimy na dłużej w następnym tygodniu, by wjechać na punkt widokowy na szczycie jednego z wieżowców oraz w pełni wykorzystać doskonałe warunki do plażowania.

W ostatnich dniach odwiedziliśmy także Lone Pine Koala Sanctuary, czyli niewielki rezerwat dla typowo australijskich gatunków zwierząt. Więcej o tym miejscu pisałem w jednym z poprzednich wpisów. W przeciwieństwie do pierwszej wizyty, tym razem było znacznie ciekawiej: zobaczyliśmy nie tylko wybiegi kangurów i innych zwierząt, ale również pokaz wypasania i strzyżenia owiec oraz mieliśmy okazję przez chwilę potrzymać koalę (niestety, taka możliwość wraz z pamiątkowym zdjęciem kosztuje dodatkowe 18 dolarów). Lone Pine to zdecydowanie punkt obowiązkowy pobytu w Brisbane – łatwo dojedziemy tam autobusem z centrum miasta.

A tymczasem powoli zaczynam planowanie pobytu w Sydney – największe miasto kontynentu odwiedzimy już w najbliższy weekend. Będzie to moja pierwsza lotnicza wycieczka od momentu przybycia do Australii. Ceny lotów krajowych są stosunkowo niskie – kupując z wyprzedzeniem kilku tygodni zapłaciłem około 420 złotych za osobę za bilet w obie strony (polecimy na pokładzie niskokosztowego przewoźnika Tiger Air).

Jeżeli macie jakieś pytania dotyczące Australii lub tematy, o których chcielibyście przeczytać – dajcie znać w komentarzach lub na Twitterze.

Australia #4: różnorodność

Australia to kraj nietypowy: oddalony o tysiące kilometrów od właściwie każdego innego dużego skupiska ludzi, a jednocześnie łączący w sobie najróżniejsze cechy wielu państw i regionów. I właśnie o tej różnorodności opowiem w dzisiejszym wpisie, bowiem w największym stopniu kształtuje ona moje odczucia związane z tym miejscem.

Brisbane, Australia. Piątek, późny wieczór. Po długim dniu na uczelni i kilku godzinach pracy postanowiłem zabrać ze sobą aparat, założyć słuchawki i wyruszyć w miasto – to moja ulubiona forma relaksu, która pozwala odciąć się od wszystkich spraw, a jednocześnie stworzyć coś ciekawego. Tego dnia zdecydowałem skupić się na ujęciach, które zobrazują coś, na co zwracałem uwagę od przyjazdu do Australii – ogromną, fascynującą mieszaninę kultur. Właściwie nie jest to nic niezwykłego: podobne obrazki spotkać można w niemal każdym zakątku świata, gdzie większe możliwości i wyższy poziom życia przyciągają w jedno miejsce setki tysięcy imigrantów. Dobrym przykładem może być często odwiedzany przeze mnie Londyn, w którym miałem także okazję pracować. Mechanizm jest ten sam, różni się natomiast skład etniczny – determinuje go przede wszystkim region, a właściwie odległość od oryginalnego miejsca pochodzenia. Nie będzie więc zaskakujące, że najliczniejszą grupę “przyjezdnych” stanowią w Australii Azjaci.

Zjawiska migracji i globalizacji w każdym przypadku fascynują mnie tak samo. Uważam, że możliwość spokojnego życia w nowoczesnym, wielokulturowym społeczeństwie to coś niezwykłego, a przede wszystkim bardzo rozwijającego. Opiera się to o poszanowanie ogólnoprzyjętych norm, jednocześnie umożliwiając poznanie innych zwyczajów i perspektyw, zrozumienie mentalności obcych nam kręgów kulturowych, a na bardziej przyziemnej płaszczyźnie – spróbowanie orientalnej kuchni czy uczestniczenie w obchodach nieznanych nam świąt. Właśnie dlatego tak bardzo cenię sobie doświadczenia z ostatnich trzech lat przed przylotem do Australii, podczas których mieszkałem i studiowałem w USA i Irlandii, pracowałem w Anglii, uczestniczyłem w konferencjach i wydarzeniach w Indiach, Kanadzie czy Szkocji, a projekty i podróże zaprowadziły mnie jeszcze do wielu innych krajów. Wśród moich bliższych lub dalszych znajomych znajdują się przedstawiciele kilkudziesięciu narodowości, mieszkańcy wszystkich kontynentów i wyznawcy kilku religii. Międzynarodowa współpraca i otwartość w ostatnich latach stworzyły możliwości, których nie miały poprzednie pokolenia – a ja na każdym kroku staram się je maksymalnie wykorzystać. By zobaczyć, poznać i zrozumieć tak wiele, jak to tylko możliwe.

Bliskie mi wartości i cechy są szczególnie widoczne w Australii. Kraj ten swoją historią przypomina Stany Zjednoczone; ukształtowali go europejscy kolonizatorzy kilku narodowości, a w kolejnych dziesięcioleciach przyciągał on tysiące osób z całego świata, które poszukiwały nowego (często lepszego) miejsca do życia. Proces ten trwa nadal; sprzyja temu nie tylko klimat, kultura i poziom życia, ale przede wszystkim przyjaźniejsza (od amerykańskiej) polityka wizowa, która stwarza kilka sposobów na stałe pozostanie w Australii. Warunkiem jest w większości przypadków znalezienie pracy oraz potwierdzona certyfikatem płynna znajomość języka angielskiego – czyli wymagania, które moim zdaniem może spełnić każdy.

Australia łączy cechy wielu zakątków świata z zupełnie unikalnymi, niepowtarzalnymi elementami – klimatem, fauną1, florą, ale również wyluzowanym podejściem do życia mieszkańców i wysoką kulturą. Ulice, znaki i inne elementy miast najbardziej przypominają mi USA. Kultura – Wielką Brytanię. Walutą jest dolar, ale znajduje się na nim podobieństwo brytyjskiej królowej. Takie połączenie może brzmieć jak uwielbiana przeze mnie Kanada; wyróżnikiem jest oczywiście bardziej przyjazny, subtropikalny klimat.

Ale to nie koniec australijskiej mieszanki: sygnalizatory świetlne wyglądają i wydają ten sam śmieszny dźwięk co te spotykane w Irlandii; nie brakuje również klimatycznych irlandzkich pubów. Dodatkowo we wszystko to wmieszany jest znaczny procent azjatyckiej populacji, bary serwujące ramen i udon, które wyglądają jak wyjęte z ulic Tokio, chińskie markety czy koreański festiwal na głównym placu Brisbane – King George Square. A cały ten pozorny chaos tworzy bardzo uporządkowaną całość i niezwykle przyjazne warunki do życia, pracy i nauki, przyciągając kolejne tysiące osób. Niektórzy zostają tutaj na krócej, inni na dłużej – niezależnie od powodów, Australia każdemu przyjezdnemu oferuje wiele. I właśnie o tym postaram się opowiedzieć w kolejnych wpisach.

Jeżeli macie jakieś pytania dotyczące Australii lub tematy, o których chcielibyście przeczytać – dajcie znać w komentarzach lub na Twitterze.

  1. W tym pająkami gotowymi zabić spojrzeniem! – przyp. korekty.

Australia #3: co ja tutaj robię?

W ciągu pierwszych tygodni spędzonych w Australii otrzymałem od Was wiele pytań dotyczących najróżniejszych zagadnień związanych z tym krajem. Pytaliście o kulturę, pogodę, ceny, życie do góry nogami i to, jak się tutaj znalazłem. W tym artykule opowiem o tym ostatnim zagadnieniu, a także o weekendowych wypadach poza Brisbane.

Co ja właściwie robię w Australii? Być może nie jest to widoczne w mojej relacji na Twitterze oraz poprzednich artykułach, ale głównym powodem wyjazdu do tego kraju są studia. Stosunkowo niewielki wymiar godzin na uczelni pozwala mi na łączenie nauki z pracą, projektami i intensywnym zwiedzaniem nowego kontynentu. Właśnie dlatego dotychczasowe wpisy skupione były na innych zagadnieniach.

Moją uczelnią macierzystą jest Trinity College Dublin w Irlandii. Dzięki bogatej ofercie kilku niezależnych programów wymian studenckich, każdego roku kilkaset osób wyjeżdża kontynuować naukę w innym kraju. W moim przypadku w grę wchodził Boston oraz University of Queensland w Brisbane – druga opcja wydała mi się ciekawsza, gdyż w przeszłości spędziłem już rok w amerykańskim college’u. Największą zaletą tego typu programów jest brak konieczności płacenia czesnego na uczelni goszczącej. To ważne, gdyż w przypadku USA, Kanady czy Australii opłaty te często wynoszą ponad 100 000 złotych za rok – nie wspominając o kosztach przelotów, zakwaterowania, ubezpieczenia, itd. Właśnie dlatego uważam, że decyzja o wyjeździe była bardzo dobra.

Ciekawym zagadnieniem jest format roku akademickiego w Australii. Jak wiadomo, kraj ten znajduje się na półkuli południowej, a “odwrócone” pory roku powodują, że miesiące zimowe to lipiec i sierpień, a letnie – grudzień i styczeń. Chociaż pogoda nie zawsze to odzwierciedla (kilka dni temu w środku kalendarzowej zimy mieliśmy tutaj nawet 29 stopni), układ kalendarza szkół i uczelni wyższych również jest odwrócony. Właśnie dlatego mój pierwszy (wiosenny) semestr w Brisbane rozpocząłem pod koniec lipca, a zakończę 19 listopada. Następnie czekają mnie trzy miesiące “zimowych” wakacji, by wrócić do Australii na semestr jesienny, który zacznie się… w ostatnich dniach lutego.

O nauce Australii opowiem przy okazji kolejnych wpisów – teraz przejdę do podróżniczych doświadczeń z ostatnich dni.

W ubiegłym tygodniu odwiedziliśmy dwa miejsca znajdujące się poza granicami Brisbane. Pierwszym z nich był rezerwat Lone Pine Koala Sanctuary. Tak jak wskazuje nazwa, główną atrakcję stanowią tam koale, których niewielkie zagrody znajdowały się niemal na każdym kroku. Na dużej przestrzeni natrafiliśmy także na wybiegi psów dingo, wombatów, aligatorów oraz wielu innych australijskich gatunków. Jednak moim zdaniem najciekawszą część stanowił rozległy teren przeznaczony dla kangurów, który jest otwarty dla zwiedzających. Szczerze mówiąc na początku wizyty nie spodziewałem się, że będę mógł oglądać zwierzę będące symbolem Australii bez żadnej bariery – ogrodzenia lub szyby. W odróżnieniu od opcjonalnej możliwości zrobienia sobie zdjęcia z koalą ($18), atrakcja ta nie wymagała żadnych dopłat do standardowej ceny biletu wstępu do rezerwatu ($36 – normalny, $24 – ulgowy). Wizytę w Lone Pine Koala Sanctuary mogę zdecydowanie polecić każdej osobie przebywającej w Brisbane. Niewątpliwą zaletą będzie możliwość dojazdu miejskim autobusem (niestety, zazwyczaj bardzo zatłoczonym), co nieco obniża koszty wycieczki.

Z nieco mniejszym entuzjazmem opowiem o drugim wyjeździe, czyli wycieczce do parku narodowego Springbrook, który oddalony jest o około 80 kilometrów w kierunku południowym od Brisbane. Dlaczego? Ano dlatego, że mówimy tutaj o podróży autokarem w zorganizowanej grupie. Fakt ten uniemożliwiał swobodne zatrzymywanie się na trasie, by podziwiać górzyste krajobrazy, które swoją urodą znacznie przewyższały to, co zastaliśmy na miejscu.

Pierwszy i jedynym ciekawym punktem parku był bowiem kilkudziesięciometrowy wodospad. Większa część dnia upłynęła natomiast na pieszych wędrówkach przez las – nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie intensywne opady deszczu. Dodając do tego kiepski plan wyjazdu, dobrze zapowiadająca się wycieczka w piękne rejony australijskiego stanu Queensland okazała się być rozczarowaniem. Być może ponownie odwiedzę te rejony – z całą pewnością wynajmę wtedy samochód, by nie być uzależnionym od grupy. Widoki na trasie były naprawdę niesamowite, dlatego odczuwam spory niedosyt – szczególnie pod względem zdjęć. Ujęcia widoczne w tym artykule to tylko ułamek tego, co widziałem w ciągu całego dnia.

By zakończyć ten wpis nieco pozytywniejszym akcentem, chciałbym na moment wrócić do samego Brisbane, a właściwie podmiejskiej dzielnicy Hawthorne, w której pracuję. Całkowitym przypadkiem odkryłem, że z położonych w tej okolicy wzgórz roztacza się znakomity widok na CBD, czyli biznesowe centrum miasta. Duże różnice poziomów to jedna z rzeczy, których nie spodziewałem się przed przyjazdem do Australii – szczególnie w miejskim krajobrazie. Niektóre ulice trzeciego największego miasta wyspy, szczególnie charakteryzująca się wysoką i gęstą zabudową Mary Street, przypominają moje ulubione San Francisco.

Więcej zdjęć z Australii znajdziecie na moim Twitterze.

Jeżeli macie jakieś pytania dotyczące Australii lub tematy, o których chcielibyście przeczytać – dajcie znać w komentarzach lub na Twitterze.

Australia #2: klimat, ceny, kawa

Drugi tydzień w Australii upłynął pod znakiem wdrażania się do uniwersyteckiej rzeczywistości, jak również stopniowego poznawania okolic otaczających ścisłe centrum Brisbane. W tym artykule opowiem głównie o praktycznych kwestiach związanych z życiem na drugim końcu świata – tych, które najbardziej rzuciły mi się w oczy lub wpłynęły na moją ocenę tego miejsca.

Klimat. Tak jak wspominałem w poprzednim artykule, ze względu na położenie na półkuli południowej, w Australii mamy obecnie środek zimy. Jednak jest to zima jedynie kalendarzowa, gdyż od mojego przyjazdu nawet w najzimniejsze dni temperatura w ciągu dnia nie spadła poniżej 16 stopni, przez większość czasu przekraczała 20 (obecnie – 23 stopnie), a w najgorętsze popołudnie – nawet 29. Położone w niewielkiej odległości od oceanu Brisbane jest dosyć wietrznym miastem; z kolei opady deszczu do tej pory występowały dwukrotnie i nie były zbyt uciążliwe. Dokuczliwą dla mnie kwestią są natomiast bardzo krótkie dni – zmrok zapada tutaj już przed godziną 18, skutecznie ograniczając moją produktywność.

Jestem typem człowieka, który do efektywnej pracy potrzebuje światła słonecznego, dobrej kawy i szybkiego internetu. I co najgorsze – w pierwszych dniach pobytu w Brisbane miałem powody do narzekania na każdą z tych rzeczy. Po pierwsze, Australia to kolejny rozwinięty kraj (po USA), w którym jakość dostępu do internetu (o dziwo) pozostawia wiele do życzenia. Nadal spotyka się tutaj domowe łącza z miesięcznym lub dziennym limitem transferu danych (!) – podczas poszukiwań zakwaterowania zdarzało mi się natrafiać na pokoje lub mieszkania z ograniczeniem do 20 lub 50 GB miesięcznie. Podobnie wygląda kwestia internetu mobilnego – najlepsza oferta jaką udało mi się znaleźć to 7GB za $40 (około 120 zł) miesięcznie. O tanim pakiecie “bez limitu”, np. używanej przeze mnie w Irlandii ofercie za 20 euro w sieci Three, możemy tutaj zapomnieć. Jeśli chodzi o jakość połączenia, na pytanie “jaki jest internet w Australii?” prawdopodobnie odpowiedziałbym “jest”. Prędkość i stabilność łączy na uczelni, w hotelach, kawiarniach, a nawet w domu znacznie odstaje do standardów, które oferują polscy dostawcy, na których wiele osób tak lubi narzekać.

Wspomniałem również o kawie, czyli niezbędnym dla mnie składniku każdego roboczego dnia. Jako freelancer uwielbiam pracować na mieście – domowe warunki zabijają we mnie kreatywność, a częste przemieszczanie się po świecie uniemożliwia zorganizowanie mniej lub bardziej poważnego biura. Z tego powodu często decyduję się na kilkugodzinne wizyty w coworkach lub nastawionych na pracę kawiarniach, gdzie oprócz skorzystania z idealnych warunków do pracy mogę również wymienić się doświadczeniami z podobnymi do mnie osobami. Tu ukłon w stronę znajomych z Warszawy, którzy od kilku tygodni organizują znakomitą serię pracujących spotkań przy kawie – Coffee Office .Warszawa. A jeśli o Warszawę chodzi, niezastąpioną siecią kawiarni jest dla mnie Green Cafe Nero – każda lokal oferuje wygodne stoły, szybkie wifi, niezliczone gniazdka… i oczywiście niezłą kawę. Dlaczego o tym wspominam? Ano dlatego, że po przyjeździe do Australii zależało mi na znalezieniu podobnych miejsc do pracy. Niestety, jeszcze żaden lokal położony w centrum miasta nie spełniał wszystkich wymagań. Z tego powodu najczęściej decyduję się na campus Queensland University of Technology, czyli uczelni, na której studiują moi znajomi. Położony na wysokości trzeciego piętra taras z widokiem na centrum Brisbane otacza gęsta zieleń – w tym miejscu naprawdę czuć, że jest się w Australii, a warunki do pracy są bardzo dobre.

Życie w Australii jest drogie – chociaż ceny wynajmu mieszkań są zbliżone lub niższe od tych w Londynie czy Dublinie, to wszelkie inne koszty znacząco przewyższają te w europejskich stolicach. Dla przykładu, wynajem niewielkiego mieszkania to koszt co najmniej 400-500 dolarów tygodniowo (1200-1500 zł), duża kanapka w Subway’u – $10 (30 zł), butelka Coca Coli – $3 (9 zł), dojazd do centrum podmiejskim autobusem – $5-$8 (15-24 zł). Z drugiej strony, od różnicy w cenach jeszcze większa jest różnica w zarobkach. Jeżeli przyjmiemy, że podstawowa stawka za godzinę pracy w Polsce to 10 zł, to australijskie minimum jest kilkukrotnie wyższe – zazwyczaj jest to $15-$20 (45-60 zł). W przyszłym tygodniu zaczynam pracę w jednym z lokalnych startupów – dzięki temu będę w stanie napisać nieco więcej na ten temat.

Jeżeli chodzi o kulturę i styl życia, Australia bardzo przypomina mi połączenie USA i Wielkiej Brytanii. Lokalną walutą jest dolar, ale widnieje na nim podobieństwo angielskiej królowej Elżbiety II. Na wyspie obowiązuje ruch lewostronny, jednak w przeciwieństwie do Wysp Brytyjskich panuje tu zwyczaj stania po lewej, a nie prawej stronie ruchomych schodów. Położone na wzgórzach rzędy wieżowców finansowego centrum Brisbane (CBD – Central Business District) przywołują wspomnienia z San Francisco, z kolei ukryte na każdym kroku zabytki – tradycyjną architekturę Londynu i innych europejskich miast. Otwartość i przyjazność ludzi przywołuje natomiast wspomnienia z moich wizyt w Kanadzie. W połączeniu z przyjemnym klimatem i ogromną odległością od wyżej wymienionych miejsc – Australia to naprawdę fascynujące i bardzo przyjemne miejsce do życia.

W kolejnym artykule opowiem Wam między innymi o wizycie w rezerwacie koali i studiach na australijskiej uczelni – University of Queensland. Jeżeli macie jakieś pytania lub tematy, o których chcielibyście przeczytać – dajcie znać w komentarzach lub na Twitterze.

Rok w Australii: zapowiedź serii

Po roku nauki w USA i dwóch latach w Irlandii, wymiana studencka zaprowadziła mnie aż do Australii, gdzie spędzę najbliższe dwa semestry. Długi pobyt na drugim końcu świata to doskonała okazja do stworzeniu cyklu artykułów, które w kolejnych tygodniach będą pojawiały się na iMagazine.pl.

W australijskich wpisach poruszę szeroki zakres tematów: przeczytacie tutaj o podróżach, fotografii, kulturze, technologii, ale również nauce, pracy i życiu w tym kraju. Teksty będą uzupełnione zdjęciami oraz materiałami wideo. Dziś opowiem o moich pierwszych wrażeniach z Brisbane – trzeciego co do wielkości miasta Australii (po Melbourne i Sydney), w którym spędzę najbliższy rok.

Brisbane to położona nad Oceanem Spokojnym stolica stanu Queensland, którą zamieszkuje około 2,2 mln osób. Najważniejsze dzielnice, w tym biznesowe centrum nazywane powszechnie CBD (Central Business District) znajdują się w meandrach rzeki o tej samej nazwie. Jego charakterystyczne cechy to duże zagęszczenie zieleni oraz… wzgórza, które w połączeniu z wysoką zabudową na pierwszy rzut oka bardzo przypominają mi miejską tkankę downtown mojego ulubionego miasta USA – San Francisco. Ogromną zaletą mieszkania w Brisbane jest przyjemny klimat regionu – lipiec to na półkuli południowej środek zimy, a mimo to temperatury w ostatnich dniach sięgały nawet 29 stopni.

W Australii przebywam od ponad tygodnia, jednak mozolne poszukiwania mieszkania skutecznie uniemożliwiły mi pisanie artykułów i inne zajęcia. Starałem się jednak nosić ze sobą aparat, gdyż już po pierwszych spacerach zdałem sobie sprawę, że niemal na każdym kroku odnajduję tutaj interesujące widoki i miejsca. Bardzo ucieszyła mnie duża liczba estakad i mostów położonych nad rzeką Brisbane, które pozwalają na robienie efektownych zdjęć nocnych z niemal dowolnego punktu miasta. Ciekawa jest także sama zabudowa, która łączy obok siebie liczne wieżowce oraz położone między nimi zabytkowe budowle. Ulice i zabudowania centrum są zadbane i robią bardzo dobre wrażenie.

Przed przylotem do Australii wielokrotnie słyszałem o tym, że na każdym kroku czają się tam zwierzęta, które będą chciały mnie zabić. Jest to oczywiście nieprawdą – no chyba, że to ja miałem szczęście nie natrafić na ogromnego pająka, węża czy krokodyla. W centrum Brisbane spotkałem natomiast wiele ciekawych zwierząt, których nie byłem w stanie nazwać i których z całą pewnością nie spodziewałbym się w takim miejscu, m.in. ogromne jaszczurki, ptaki z długimi dziobami (ibisy) czy wspinające się na drzewa stworzenia nieco przypominające szopy.

Moja (dotychczas) ulubiona część Brisbane? Promy, który kursuje pomiędzy licznymi przystaniami na rzece i stanowią bardzo istotną część systemu komunikacji miejskiej (w mieście nie ma metra). Przyznam, że dwudziestominutowy rejs na zajęcia na uczelni to bardzo miła odmiana od przejazdów autobusem czy tramwajem. Ten środek transportu jest szczególnie atrakcyjny po zmroku – nocna panorama miasta widziana z tej perspektywy robi ogromne wrażenie.

Póki co, jedynymi wadami Brisbane były dla mnie wspomniane wcześniej trudności ze znalezieniem mieszkania oraz ceny, które znacznie przewyższają te w większości europejskich krajów (nawet w Anglii czy Irlandii). Znalezienie pracy na miejscu pozwoli częściowo poradzić sobie z tym problemem – płaca minimalna to prawie 20 dolarów australijskich na godzinę, czyli niecałe 60 złotych. Niestety, pewnym ograniczeniem są zasady wizy studenckiej, która określa tygodniowy wymiar godzin na maksymalnie 20.

Jeżeli macie jakieś pytania lub tematy, o których chcielibyście przeczytać – dajcie znać w komentarzach lub na Twitterze. W sierpniowym wydaniu iMagazine pojawi się artykuł o mojej podróży z Polski do Australii z przerwami w Chinach i Malezji.