Premiera iPada 2 w Nowym Jorku

16/03/2011, 15:37 · · · 29

Sądny dzień zbliżał się szybkimi krokami. Już kolejną noc poszukiwałem satysfakcjonującej mnie promocji na bilety do USA. Pod uwagę brane były wszystkie większe miasta, nawet leżące na zachodnim wybrzeżu — nie będę przecież wybrzydzał. Kolejna noc i coraz wyższe ceny. Zaczęło się od wstępnie zachęcających 2,100 PLN, które momentami osiągały absurdalne poziomy blisko 10K PLN. Myślicie pewnie, że szukałem biznes klasę … Mylicie się.

Środowy wieczór, w telewizji nie było nic ciekawego, więc przystąpiłem do śledzenia losów bohatera mieszkającego w Kalifornii i jeżdżącego klasykiem. Poza wychowywaniem córki i ciągłym zdradzaniem żony, udaje mu się spełniać marzenia niemal każdego faceta — ma wolny zawód, zdarza mu się zarabiać duże pieniądze, a piękne i młode „damy” lgną do niego jak ćmy do płomienia. Miłe sny już prawie mnie opanowywały, jednak przemogłem się i Safari jeszcze raz rozpoczęło poszukiwania … W zasadzie pogodziłem się już z faktem, że nie będę miał iPada w dniu premiery, a tu na złość pojawiła się oferta poniżej wcześniej założonego progu. Progu, którego miała nie przekroczyć … Do trzeciej w nocy walczyłem ze sobą, wmawiałem sobie, że nie ma to najmniejszego sensu. To przecież tylko dwa tygodnie. Miną szybko, a w kolejce poczekam pod rodzimym centrum handlowym. Może nawet trochę ciepłej będzie? Dopiero dwie godziny później, po przypomnieniu sobie spontanicznych wyjazdów z młodości, postanowiłem jechać.

Ogromnym bonusem był niewątpliwie cel podróży, Nowy Jork, którego nie miałem jeszcze okazji zwiedzić. Gdyby to było każde inne miasto to cena musiałaby być znacznie bardziej atrakcyjna. Mówię tutaj o cenach zbliżonych do kosztów wzięcia udziału w konkursie SMSowym. O ile długość pobytu, zapewniającego ponad trzy pełne dni na miejscu (pięć licząc loty), była idealna … dla mnie, bo Naczelny nie był zadowolony z odłożenia dwóch recenzji „na potem”, to godzina przylotu martwiła mnie. Otóż lądowanie miało mieć miejsce na JFK zaledwie 30 minut przed otworzeniem śluzy na tłum ludzi pochodzących z całego świata. Nie dość, że samo miasto składa się z chyba każdej narodowości, to jak się później okazało, miejscowi też mieli podobne zamiary do moich.

Na dzień dobry miałem złe przeczucia co do skuteczności celu podróży — samolot wystartował z ponad piętnastominutowym opóźnieniem, a na ekranie monitorów pokazujących wszelkie zbędne dane, jak temperatura na zewnątrz samolotu dobijająca do arktycznych liczb, pojawiła się godzina lądowania: 16:57. Trzy minuty przed premierą. Do tego trzeba było oczywiście doliczyć godzinę na dojazd do Piątej Alei. Zapomniałem, ze zdenerwowania, o kontroli wjeżdżających na teren Stanów Zjednoczonych. Kolejki dla przybywających gościnnie, dla posiadaczy zielonych kart jak i dla samych obywateli, były ogromne. Skończyło się na 60-70 minutach zgrzytania zębów.

Skrzyżowanie Fifth Avenue i 59th Street to nie tylko luksusowy Plaza Hotel. Dla mnie to przede wszystkim jeden z najbardziej interesujących architektonicznie Apple Store’ów na świecie. Wysiadłem z taksówki i przywitał mnie tłum. Było już kilka minut po 19:00, a ludzie nadal wyczekiwali zbawienia w kilkuset metrowej kolejce wijącej się niczym pyton wśród traw. Na samym placyku było ich grubo ponad setka, a końca nie było widać — znikali za rogiem. Udałem się czym prędzej do pana w niebieskiej koszulce i czarnej czapce, obie opatrzone odpowiednim logo, i podpytałem o dostępność drugiej generacji największej zabawki od czasów klocków Lego.
— „Wszystkie modele są nadal dostępne. Proszę udać się na koniec kolejki. Powinieneś się załapać.”
— „A gdzie znajdę ten koniec?”
— „Tam, po lewej, na rogu.”
Odwrociłem wzrok … i rzecywiście w tamtym kierunku podążał sznur ludzi. Obeszliśmy pół przecznicy zanim dotarliśmy do jej końca przy Park Avenue. Jeśli nie znacie okolicy to podpowiem tylko, że do wspomnianego placyku z ponad setką ludzi było ponad 400 metrów, a tak na oko to na jednym metrze mieściło się więcej niż jedna osoba. Sporo więcej.

Życie straciło sens, pojawiły się negatywne myśli … Prawdopodobieństwo, że załapię się na iPada, a co dopiero dwa, była nikła. Przez te dwie godziny pomiędzy 17:00, a 19:00, patrząc na tempo w jakim poruszaliśmy się do przodu, do sklepu musiało wejść przynajmniej 500 do tysiąca osób. A drugie tyle od momentu, gdy do nich dołączyłem. Tempo było imponujące, bo około pół godziny później stanąłem na końcu wspomnianego węża na placyku i do drzwi pozostało mi już tylko drugie tyle — stosunek ludzi do metra kwadratowego zdecydowanie się zwiększył na placu: Tokio, zamiast NYC.

Jak tylko znalazłem się na górze krótkich schodów to pojawił się pracownik Apple’a i skończywszy liczyć kilka osób za mną, poprosił ochronę o zamknięcie kolejki! Wcześniej różni pracownicy kręcili się i pilnując porządku, informowali o stanach magazynowych. Na pierwszy ogień skończyła się 16-tka WiFi. Chwilę później wersja czarna. Następnie zniknęły zupełnie modele 3G w wersji GSM. W każdym razie John, ten który kazał odciąć kolejkę od życiodajnego gadżetu, poinformował nas, że prawdopodobnie dla wszystkich wystarczy iPadów, ale nie ma gwarancji dopóki nie dostaniemy specjalnego biletu. Kolejne minuty przeciągały się niemiłosiernie długo, aż wreszcie upragniony kartonik z pięknie wykonanym, błyszczącym logo Apple, wylądował w naszych rękach. Jeden bilecik to jeden iPad — dostaliśmy po dwa.

Po zejściu do „podziemia”, czyli sklepu, zostaliśmy skierowani do odpowiedniej kolejki — były dwie: płacący gotówką byli odstawiani pod tradycyjne kasy, a kartami kredytowymi do sprzedawców z mobilnymi terminalami, składającymi się z iPodów touch w obudowie z czytnikiem kodów kreskowych i kart kredytowych. Jesse najpierw poinformował o dostępności jedynie białych i czarnych modeli WiFi w odmianach 32 i 64 GB, po czym przyjął zamówienie. Po chwili pojawił się z odpowiednim towarem, przyjął plastik i zaproponował „Personal Setup”. Szybciutko rozpakowałem swojego i udałem się do Petera, który podłączył mnie pod iTunes i zapytał czy ma mi skonfigurować wszystkie moje konta i preferencje — powiedział, że wystarczy żebym pamiętał swoje hasła, a on wszystko za mnie zrobi. Podziękowałem i udałem się na ławkę przy schodach celem dodania ich osobiście. Chwilę później słyszałem już okrzyki o skończeniu się zapasów modeli WiFi — pozostały już tylko Verizon, które w żadnym wypadku nie zbliżyły się popularnością do GSMowych 3G.

Sporo było osób z zagranicy z najprzeróżniejszych zakątków świata. Rosyjski nastolatek czekał z mamą i nie udało mu się załapać, niemiecki businessman kupił tylko jedną sztukę dla siebie — czarny model 3G (GSM), angielscy „dresiarze” brali najtańsze WiFi 16GB. Nic jednak nie przebiło ilość azjatów stojących na zamówienie. W znacznej większości biedni ludzie, zachęceni zarobkiem $50-100 za każdego doręczonego iPada, dosłownie opanowali każdą kolejkę w Nowym Jorku. Jak czytałem później w innych raportach, podobnie było w każdym większym mieście USA. Cały towar oczywiście idzie na handel, zapewne w większości do Chin (w tym Hong Kongu) i tym podobnych rejonów.

Pomimo niewyobrażalnej ilości chętnych, okazało się że nie wszystko zostało wyprzedane. Otóż inne sklepy Apple w NYC nie zdążyły wyprzedać całego zapasu przed zamknięciem i na przykład w Apple Store SoHo na Prince Street ostało się kilkanaście sztuk. Niestety zmęczenie podróżą zrobiło swoje i przed sklepem pojawiłem się dopiero około 8:00. Na godzinę przed otwarciem stało już ponad 50 osób, gdzie ponownie większość stanowili zaopatrujący masowych eksporterów. Rozmawiałem z kilkoma szczęściarzami z pierwszych miejsc i czatowali pod drzwiami od mniej więcej 5:00 rano … Co ciekawe: po iPady CDMA wpuszczali bez kolejki, ponieważ chętnych było jak na lekarstwo … A w sumie u nas z niego można uczynić droższego iPada WiFi z GPSem … Ze dwie godziny później, jak kupujący z innych sklepów dowiedzieli się o dostępności czegokolwiek w tym stosunkowo małym Apple Store, nie było już nic.

W niedzielę pracownicy od razu wszystkich informowali, że dzisiaj nie będzie żadnych dostaw i nie ma po co ustawiać się w kolejki. Nie wszystkich to zniechęciło — zgadnijcie kogo. Poniedziałek z kolei był dniem wielkiego wyczekiwania przez wielu na kolejne dostawy. Tłum w Apple Store’ach przerastał wszelkie wyobrażenia. Na Fifth Avenue było ciasno niczym w puszce z sardynkami.

Poruszyłem przy okazji temat z pracownikami Apple o sprzedaży poniedziałkowych dostaw dopiero we wtorek. Ponoć niektóre sklepy miały się otworzyć o godzinę wcześniej. Manager Apple Store na 5th Avenue — Taf — zdecydowanie odparł, że są to plotki bloggerów i dziennikarzy. Dowiadują się o dostawie dopiero jak ciężarówka wita pod rampą. Przy okazji zdementował także plotki o wcześniejszym otwarciu jako odgórnym przykazaniu i nie mógł ręczyć za całe USA, ale jednoznacznie powiedział, że w NYC na pewno nie ma mowy o takim postępowaniu, chyba że kierownik danego sklepu podejmie taką decyzję. Nie jest ona również podjęta dlatego, że coś więcej wiedzą. Na koniec dodał, że zawsze starają się jak najszybciej dostarczać towar klientom i w żadnym wypadku nie chodzi o tworzenie kolejek pod media i jako reklamę.

Kolejny temat był dosyć mocno wałkowany na forach, blogach i w podcastach: dlaczego nie było w tym roku preorderów? Jestem zdecydowanie przekonany, że jednym, jeśli nie najważniejszym powodem, był fakt, że Apple’owi zależało na zaspokojeniu przede wszystkim potrzeb osób, które pofatygowały się do ich sklepów. Gdyby były preordery to trzeba by było tworzyć dwie osobne kolejki: dla osób, które na pewno wyjdą z iPadem i dla tych którzy być może z nim wyjdą. Mogłoby w mniejszych sklepach, z mniejszym stanem magazynowym, dojść do sytuacji, w której żadna osoba z kolejki bez rezerwacji nie otrzymałaby tabletu. Są oczywiście plusy i minusy takiego rozwiązania, ale nie zmieniają one faktu, że Apple eksperymentuje. Z jednej strony preordery prawdopodobnie wyeliminowałby zmasowany eksport na daleki wschód, ponieważ kolejkowicze byli pozyskiwani przede wszystkim poprzez znajomych. Nie wierzę, żeby boss stojący za tym przedsięwzięciem opanował zakładanie takiej ilości Apple ID. Z drugiej jednak strony, pojawiłoby się kilka kolejnych problemów, w tym oskarżenia o celowym działaniu przeciwko mediom. Uważam, że akurat taki dodatkowy “hype” nie jest priorytetem działu marketingu Apple, ponieważ i bez tego nie brakuje im darmowej reklamy — podobne zdanie ma zresztą kilka innych osób.

Apple rzekomo sprzedał million iPadów przez weekend … a przynajmniej o takich liczbach mówiło się jeszcze dzisiaj (15/03) przed paroma godzinami. Nie wiem niestety jaki procent zakupów trafi poza rynek USA, ale wierzę, że nawet 3 miliony rozeszłyby się jak ciepłe bułeczki. Bułeczki z darmowym, 1-karatowym brylantem.

O moich kilku pierwszych dniach z iPadem będziecie mogli bardziej szczegółowo przeczytać w nadchodzącym dużymi krokami kolejnym wydaniu iMagazine oraz posłuchać (wraz z wrażeniami Norbiego) w jutrzejszym odcinku naszego podcastu — Nadgryzieni.

P.S. Tak, waga robi ogromną różnicę. Te niby, tylko, tycie 80g mniej to kolosalna różnica dla mięśni rąk. Przynajmniej dla osób nie zbudowanych jak “Hardkorowy Koksu” …



29

Wojtek Pietrusiewicz

Wydawca, fotograf, podróżnik, podcaster – niekoniecznie w tej kolejności. Lubię espresso, mechaniczne zegarki, mechaniczne klawiatury i zwinne samochody.