iMagazine

Test i recenzja – Philips Fidelio M1

20/12/2012, 09:56 · · · 2

Ten artykuł pochodzi z archiwalnego iMagazine 10/2012

Kilka miesięcy temu, do czerwcowego numeru iMagazine (6/2012), miałem przyjemność testować słuchawki Philips Fidelio L1 – flagowy model firmy. Oceniłem je na 5/6. Dzisiaj trochę tego żałuję i dałbym im 6/6, ponieważ są zaledwie 300 zł droższe od słuchawek, które obecnie mam na uszach: Fidelio M1 – modelu zdecydowanie bardziej przenośnego.

Budowa

Philips i tym razem nie zawiódł, dostarczając wysokiej jakości konstrukcję. Metalowy pałąk w odcieniach ciemnych szarości pokryty jest skórą, która przyzwoicie układa się na głowie. Głośniki ukryto natomiast w plastikowej obudowie, która z odległości wygląda znakomicie. Szkoda, że nie zastosowano również metalu w okrągłym fragmencie pałąka odpowiedzialnego za umocowanie części głośnikowej.

Fidelio M1 przeznaczone są do noszenia na uszach, więc liczyłem na wygodne dopasowanie. Nie pomyliłem się. Pomimo że w pierwszym momencie miałem wrażenie, że nie trzymają się stabilnie, to w żadnym momencie podczas spacerowania nie próbowały ulec grawitacji. Nauszniki wykonano ze skóry sztucznej, ponoć czasami nazywanej ekologiczną. Jest tak wysokiej jakości, że dowiedziałem się o tym fakcie dopiero ze specyfikacji technicznej, a pomimo wysokich temperatur, nie odparza uszu. Nie ma też mowy o żadnym uciskaniu – to jedne z najwygodniejszych słuchawek leżących bezpośrednio na uchu, jakie miałem na głowie.

Podobnie jak w modelu L1, M1-ki posiadają w komplecie jeden kabel z końcówką 3.5 mm, który można odpiąć od samych słuchawek. Niestety, wraz z ceną obniżono jego jakość. Jest cieńszy, końcówki nie są metalowe, lecz plastikowe i brakuje mu jednego bardzo ważnego, dla mnie, elementu – regulacji głośności na pilocie! Szczerze mówiąc kompletnie nie rozumiem, dlaczego pominięto tak istotną cechę pilota, który w tej wersji ma tylko jeden przycisk służący do pauzowania, przewijania i tym podobnych czynności, skoro słuchawki za kilkadziesiąt złotych je mają. Niestety, poziom dźwięku można tylko regulować bezpośrednio w urządzeniu, do którego jesteśmy aktualnie podłączeni i należy brać to pod uwagę przy zakupie, ponieważ dla niektórych może to o nim zadecydować.

Dźwięk

Największym problemem jest ogromna doza subiektywizmu, jakiemu podlegamy przy jakimkolwiek odsłuchu. Każdy słyszy trochę inaczej, zwraca uwagę na inne tony i ma inne potrzeby. Jedni lubią przesterowane Beats by Dr Dre, a inni z kolei preferują znacznie bardziej neutralnie brzmiące słuchawki. Do tego dochodzi ludzka cecha dostosowywania się do otoczenia – mam tutaj na myśli, że jeśli posłuchamy M1-ek zaraz po Sennheiserach HD 800 to możemy doznać załamania, ale jeśli przesiądziemy się prosto z dostarczanych z iPhonem słuchawek, to doznamy olśnienia. Niestety Fidelio M1 porównywałem z topowymi L1-kami …

Najbardziej zwróciłem uwagę na nieco przytłumioną „górę”. Wysokie tony zdają się dobywać niejako z tunelu – nie są tak krystalicznie czyste jak w wyższym modelu. Środek mają za to bardzo poprawny i przypadł mi on do gustu. Bas natomiast jest bardziej podbity niż w L1, z tą różnicą, że przy mocniejszych kawałkach, niskie tony zdają się ze sobą zlewać. Paradoksalnie, z powodu bardziej klarownego dźwięku, L1-ki wydają się mieć mocniejszy bas, chociaż taki nie jest. Ogólnie ich charakterystyka bardzo by mi się podobała, gdyby tylko wysokie tony były bardziej wyraziste i czystsze. Osobiście uważam, że najlepiej brzmią przy muzyce popularnej i rockowej, a najgorzej wypadają przy klasycznej – mój ulubiony Ludovico Einaudi niestety nie brzmi tak jakbym tego sobie życzył.

Warto? To zależy …

Mam bardzo mieszane uczucia co do przeznaczenia tych słuchawek. Nie przepadam za modelami wkładanymi do ucha i preferuję słuchawki nauszne. Niestety w przypadku Fidelio L1 największym problemem korzystania z nich poza domem jest ich rozmiar. Są po prostu gigantyczne, a spojrzenia i miny przechodniów są bezcenne. Tutaj model M1 spisuje się idealnie – rozmiar jest idealny dla mobilnych ludzi, ale grają jednocześnie gorzej od modelu wyższego. Nie sądzę też, aby ktokolwiek miał ochotę kupić oba modele, więc należy dokładnie sprecyzować swoje własne potrzeby. Uważam też, że w przypadku bardziej stacjonarnym przeznaczeniu, zdecydowanie warto dopłacić 300 zł od droższego z braci.

Powiedziawszy to, żaden z bezpośrednich konkurentów Fidelio M1 nie może pochwalić się takim wyglądem czy jakością wykonania. W szczególności mam tutaj na myśli niezrozumiały dla mnie pęd za Beats Solo HD, które są w podobnej cenie. M1-ki przewyższają je pod każdym względem, a dźwięk z nich jest o lata świetlne lepszy od barwnego inaczej produktu podpisanego ksywką rappera.

Pozostaje mi zatem Philips Fidelio M1 polecić osobom mobilnym, które znacznie częściej słuchają muzyki w ruchu niż w domu, na przykład podczas codziennych dojazdów do pracy komunikacją miejską. Ich miejscem przeznaczenia pozostanie miejska oraz ta prawdziwa dżungla.

Dane techniczne

Producent: Philips
Model: Fidelio M1
Cena: 899 zł

W zestawie:

  • słuchawki
  • przewód z pilotem (posiada jeden przycisk bez możliwości regulacji głośności)
  • wysokiej jakości woreczek do przechowywania słuchawek

Ocena: 5/6

Plusy:

  • ogólnie bardzo dobry dźwięk (szczegóły w artykule), przewyższający wielu konkurentów
  • świetna jakość wykonania
  • już tradycyjnie dla marki Fidelio, pięknie wykonane pudełko z nie gorszym wnętrzem

Minusy:

  • przytłumione wysokie tony
  • zlewające się ze sobą niskie tony
  • brak przycisków do regulacji głośności na pilocie
2

Wojtek Pietrusiewicz

Wydawca, fotograf, podróżnik, podcaster – niekoniecznie w tej kolejności. Lubię espresso, mechaniczne zegarki i zwinne samochody. Niedawno rozpocząłem prowadzenie kursów Lightrooma i fotografii na Pikselowe.pl – zapraszam.

morid1n

Dodaj komentarz

mat napisał(a):

Nie lepiej zainteresować się czymś z serii Grado, AKG lub Beyerdynamic? W tej cenie to zdecydowani faworyci.

Jeśli chcesz wesprzeć redakcję iMagazine, podoba Ci się nasza praca, to zapraszamy do iMag Weekly

dołącz

W archiwum iMag Weekly znajdziecie ponad 500 felietonów, artykułów, recenzji, opisów, przepisów oraz relacji z podróży – w sumie do przeczytania jest ponad 500 tysięcy słów. Wykupienie dostępu do niego jest „dożywotnie” (czyli tak długo jak będzie funkcjonował iMagazine) i wystarczy to zrobić raz. Nasz tygodnik był wydawany do dnia 27/01/2017.

Osoby, które miały wykupioną jakąkolwiek subskrypcję otrzymały pełny dostęp do archiwum.