iMagazine

Cała Muzyka – 2013/04

29/07/2013, 13:36 · · · 0

Justin Timberlake – The 20/20 Experience

Justin Timberlake The 2020 ExperienceNowy album Justina to jedna z takich pozycji, której absolutnie nie mogliśmy przeoczyć w tym numerze iMaga i sądzę, że nie jesteśmy w tej kwestii jedyni.

Jak to jest możliwe? Jak ten człowiek to wszystko robi? Niech ktoś mi to wytłumaczy, proszę, bo jeśli się nie mylę, to mamy do czynienia z niezłym fenomenem. Zacznijmy od tego, że swoją muzyczną karierę zaczynał w boysbandzie, co nie jest łatwym startem i nie przypominam sobie, żeby ktoś po takim starcie był w tym miejscu, gdzie teraz jest JT. Kolejna sprawa to intensywność albumów, jaką Szanowny Pan Timberlake raczył nas obdarzyć w ciągu 15 lat, a jest ich aż 3, słownie: trzy. Dodajmy, że na ten nowy kazał wszystkim czekać 7 lat! Na koniec najgorsze, i to już jest duża przesada, jak tylko moja kobieta zobaczy bądź usłyszy Justina, mówi „O! Mój drugi chłopak”.

„WTF?!” chciałoby się powiedzieć, ale odpowiedź jest w sumie prosta. Ten koleś robi świetną muzykę, dobrze wygląda, a do tego ma w sobie to „coś” – strasznie proste, prawda? Patrząc na tracklistę The 20/20 Experience możemy się czuć trochę oszukani, po 7 latach czekania dostajemy tylko 10 numerów. Jednak jak tylko przesłuchamy cały materiał, to szybko zorientujemy się, że w tych 10 numerach jest więcej dobrej muzyki niż w niejednym 30-numerowym albumie. Kluczem jest czas i to, w jaki sposób jest on zagospodarowany w każdym utworze. Żadnej nudy i żadnego zbędnego przeciągania, nawet wtedy, gdy numer ma 8 minut. Każdy utwór to swego rodzaju odyseja muzyczna, która co chwilę przenosi nas w inny gatunek i inne czasy, ale finalnie tworzy jedną fajną całość. Mile zaskoczył uśpiony w ostatnich czasach Timbaland, który w dużej mierze przyczynił się do tego, jak ten album brzmi, ale na szczęście to nie jest ten typowy Timbaland, jakiego znamy. Myślę, że połączenie sił i muzycznych zdolności tych dwóch panów to najlepsze, co mogło trafić się każdemu z nich. Od strony wokalnej Justin nic się nie zmienił, nadal jest czarujący, cukierkowy i w każdej sekundzie pokazuje, jak bardzo czuje muzykę. Puenta może być tylko jedna! Justin, prosimy częściej.

Depeche Mode – Delta Machine

Depeche Mode Delta MachineNigdy wcześniej w historii działu „Cała Muzyka” wybór albumów do opisania na nowy numer nie przyszedł tak łatwo. W tym miesiącu po prostu nie dało się opisać czegoś innego – te dwie pozycje były absolutnymi pewniakami. Tak samo jak na nowy krążek Justina Timberlake, wszyscy czekali również na kolejną, trzynastą już płytę Depeche Mode zatytułowaną Delta Machine. Trzeba przyznać, że po 33 latach na scenie brytyjska grupa nie musi już nic udowadniać. Każda z wcześniejszych płyt była dobra, oczywiście były te lepsze i te gorsze, ale najważniejsze, że wszystkie trzymały poziom. Dlatego każdy, czekając na Delta Machine, bał się, czy dorobek DM nie zostanie naruszony czymś po prostu słabym, a tego wielu fanów by nie przeżyło. Najnowszy album to swego rodzaju podsumowanie tych wielu lat na scenie i tej drogi, jaką przebyli po świecie muzyki, ciągle szukając czegoś nowego. Mamy klasyczne Depeche, gdzie żywe instrumenty tworzą ten charakterystyczny melancholijny klimat, ale również takie, którymi fascynuje się świat muzyki klubowej. W jednym numerze potrafią przenieść nas do nieba, tylko po to, żeby później wskrzesić nas do żywych za pomocą basu rodem z dub-stepu. Oczywiście w tym wszystkim nie pozwalają zapomnieć nam o swoich wszystkich syntezatorach, które co chwilę łączą te dwa wcześniej wspomniane światy. Niesłychane, jak świetnie udało się połączyć tak odległe bieguny. Świetnie do tego stopnia, że to właśnie spójność jest jednym z największych plusów Delta Machine.

Uwielbiam właśnie takie płyty, gdzie każdy numer jest równy i mimo że nie ma tu turbo hitu, to jako całość słucha się tego rewelacyjnie. Wszystko za sprawą tego, że nie ma słabych kompozycji, a w każdej można znaleźć coś nowego, chociaż czasami trzeba tego przesłuchać trzynaście razy. Może dlatego na początku nie do końca byłem przekonany co do tej płyty, ale to właśnie taki rodzaj muzyki, której trzeba poświęcić więcej czasu. Najlepiej ten czas zarezerwować tylko dla siebie i koniecznie w tym czasie mieć ze sobą słuchawki. Te dwa czynniki pozwalają zatonąć w dźwiękach, jakie brytyjska grupa przygotowała dla słuchaczy. Miejmy tylko nadzieję, ze ostatni numer „Goodbye” nie oznacza końca, a raczej – „Do zobaczenia”.

0