iMagazine

Cała Muzyka – 2013/05

02/08/2013, 14:00 · · · 0

Snoop Lion – Reincarnated

Snoop-Lion-ReincarnatedSnoop nie jest już psem z dzielni, rapującym o gangsterskim życiu prosto z Compton. Snoop jest teraz lwem. Brzmi to trochę komicznie, ale sprawa jest poważna, bo jedna z ikon rapu zmieniła nie tylko ksywę, ale – jak sam mówi – zmienił się cały. Muszę to zacytować: „Zawsze powtarzałem, że jestem inkarnacją Boba Marleya. Czułem, że zawsze byłem rastafarianinem. Moje trzecie oko nie było po prostu otwarte, ale teraz jest”. Snoop pojechał do magicznego Kingston na Jamajce, no i efektu możemy posłuchać na najnowszym albumie szalonego rapera. Oj przepraszam, to chyba nieaktualne określenie. Zawsze był nieobliczalny i nigdy się nie zamykał, co bardzo mi imponowało. Miał już projekty country, pomagał gwiazdeczkom pop, a z rapem zrobił wszystko, co było możliwe, więc przyszedł czas na rasta Snoopa. „Reincarnated” to wszystko, co możesz usłyszeć na Jamajce, a to bardzo szeroki przekrój muzyki reggae i nie tylko. Od klasycznego reggae po mocny dancehall, a nawet rozrywkowe klimaty popu, taki po prostu jest Snoop. Już sama lista gości takich jak Drake, Akon, Iza Lach czy Busta Rhymes daje do myślenia i może zdradzać, że będzie ciekawie. Oczywiście słyszałem w swoim życiu około dwóch tysięcy bardziej spójnych albumów, jednak Snoop dał radę jakoś pozbierać do kupy tyle odmiennych głosów i stworzył coś, czego całkiem fajnie się słucha. Główny organizator zamieszania, z tak niepowtarzalnym głosem i tak dobrym uchem, oczywiście ma naturalne predyspozycje właśnie do reggae, więc nic a nic nie zdziwił mnie dobry efekt końcowy. Luz, żadnego napinania się, fajne bujające głową rytmy tworzą obowiązkową pozycję na zbliżające się ciepłe dni. Trzy wyróżnienia wędrują do: klasycznego reggae’owego „So Long”, mocniejszego z pięknymi bębnami „Remedy”, w którym Busta Rhymes swoją zwrotką pozamiatał wszystkich gości, oraz do „La La La”, czyli utworu, który aż się prosi o zapalenie. Peace and love.

Kavinsky – Outrun

Kavinsky OutrunOglądaliście film „Drive”? Jeśli tak, to dobrze, jeśli nie, to zaraz po przeczytaniu tekstu odróbcie proszę lekcje. Świetny obraz z rewelacyjną muzyką, dzięki której spora część ludzkości dowiedziała się o francuskim producencie Kavinskym. Wszystko za sprawą numeru „Nightcall”, który idealnie pasował do nocnych przejazdów po mieście głównego bohatera zagranego przez Ryana Goslinga.

Nic więc dziwnego, że po tej kompozycji wszyscy czekali na album Kavinsky’ego, nad którym pracował już od dłuższego czasu, a podobno było to 6 długich lat. „Outrun” ukazał się w końcu i od razu zyskał wielu słuchaczy i wielbicieli – na taką muzykę czekał każdy, kto lubi nocą wędrować samochodem po ulicach śpiących miast. Cały album od początku do końca tworzy klimat, o jakim każdy z nas niejednokrotnie myślał. Tylko noc, samochód i ja, nic innego się nie liczy, przy tej muzyce można przejechać setki kilometrów, nie omijając żadnego numeru.

Album nie tylko jest samą muzyką, ale również niesie ze sobą historię, jaką stworzył Kavinsky. Otóż młody kierowca zasiada za kierownicą swojego wymarzonego Ferrari Testarossa i ulega poważnemu wypadkowi, wskutek którego powinien odejść na tamten świat. Jednak tak się nie dzieje, a zamiast tego staje się zombie – może i kiczowate, ale muzyka stworzona pod tę historię broni się sama. Wszystkie utwory są elektroniczne i zbudowane na bazie syntezatorów dobrze znanych z lat 80. Kojarzą się też ze starymi grami na automatach. Jednak Kavinsky doskonale miesza syntezatorami, wplątując gdzieniegdzie fajny wokal oraz melodyjny francuski house. Nie da się uniknąć porównań ze starymi nagraniami Daft Punk, a nawet odważniej z Jeanem Michelem Jarrem. Niewątpliwym atutem płyty jest jej niesamowita spójność, która z 13 utworów tworzy jedno rewelacyjne nagranie. Mam wrażenie, że klimat, jaki stworzył Kavinsky, ma swoje duże odbicie pod postacią nocnych wyścigów po mieście. Mogę postawić spore pieniądze na to, że w co drugim ścigającym się samochodzie gra jeden z numerów zawartych na „Outrun”.


Dodaj komentarz