Cała Muzyka – 2013/07

03/10/2013, 09:21 · · · 0

Kanye West – Yeezus

yeezus-new-coverPamiętam bardzo dobrze dzień, w którym na jednym z zagranicznych portali aukcyjnych znalazłem winyl „The College Dropout”. Debiutancki album Kanye’go Westa, w którym zakochany byłem na tyle, że cena 350 zł nie zrobiła na mnie wrażenia. Okazało się, że album przyszedł w szarej okładce wytwórni Roc-A-Fella Records z dopiskiem „For promotional use only – Not for sale”, a jego jakość – delikatnie mówiąc – daleka była od lossless. Mimo wszystko ten album wraca na mojego Technicsa tak często, jak „Szklana pułapka” na ekrany telewizora. Na bank to jedna z najbardziej zgranych płyt w całej mojej kolekcji. Dzisiaj, słuchając szóstego albumu Kanye’go nazwanego „Yeezus”, czuję, że jako starzec będę mógł z dumą powiedzieć: „Znam jego twórczość od samego początku”. Trzeba szczerze powiedzieć, że przez ostatnie dziesięć lat pan West zrobił wiele dobrego dla muzyki i śmiało można go stawiać w gronie kandydatów do artysty dekady. Wszystko za sprawą jego produkcji, które są tak świeże, że zawsze wyprzedzają konkurencję przynajmniej o rok. Kanye to wizjoner muzyki, który do perfekcji opanował sztukę samplingu. Wszystkie jego dotychczasowe płyty znacznie różnią się od siebie i to pokazuje tylko, jak wielkie możliwości w nim drzemią. „Yeezus” to najbardziej osobista płyta w dorobku Westa – ciężki i mroczny klimat, przyprawiony często wykrzykiwanymi tekstami o wszystkim, co złe na tym świecie. Mocne tematy o show-biznesie, relacjach damsko-męskich oraz masowej konsumpcji nie mogły dostać lepszej oprawy muzycznej niż ta na „Yeezus”. Jak zwykle fantazja Kanye’go nie zna granic i połamane brudne bębny miesza z syntezatorami w taki sposób, że w zakładach psychiatrycznych z taką muzyką liczba samobójstw wzrosłaby spokojnie o 100%. Jednak w całym tym szaleństwie potrafi idealnie wpasować klasyczny, po całości zerżnięty sampel, co w rezultacie tak załamuje ciężkie dźwięki, że tworzą kolejne, niewiarygodnie dobre tracki w bogatym CV rapera z Chicago. Kanye w jednym z utworów rapuje, że jest muzyczną wersją Michaela Jordana i patrząc na dokonania obydwu panów trzeba się z tym zgodzić. Michael Jordan nosi sześć pierścieni mistrza NBA, a Kanye West szóstym albumem „Yeezus” właśnie dorównał wielkiemu mistrzowi. Różnica jest tylko taka, że to na pewno nie ostatnie słowo Kanye’go.


Kixnare – Red

KixnareRedTen tekst powinienem zacząć tak, jak zaczyna się większość rodzimych informatorów turystycznych: „Cudze chwalicie, swego nie znacie”. Nie chodzi o ciekawe zakątki naszej ziemi, a raczej o piękne zakątki naszej muzyki. Niestety nieprzypadkowo użyłem słowa „zakątki”, ponieważ na polskiej scenie nadal króluje kiczowata muzyka nazywana (nie wiem dlaczego) rozrywkową. Jeśli jednak przyjrzymy się muzyce alternatywnej, to nagle wszystko wywraca się do góry nogami. Trzeba głosić wszem i wobec, że naprawdę nie mamy czego się wstydzić – przed żadnym narodem żyjącym na planecie Ziemia. Nie przypadkowo WiMP posiada playlistę „Młoda Polska elektronicznie”, bo to właśnie polska scena elektroniczna zasługuje na bardzo dużą uwagę. Świadczy o tym chociażby lista najlepszych artystów z całego świata, którzy odwiedzili nasz kraj w ostatnich dwóch latach. Przed koncertami tych największych często można było posłuchać tego, co potrafi młody chłopak z Częstochowy – Kixnare, którego album „Red” wybrałem do tego numeru iMagazine. Kixnare to producent do niedawna znany w kręgach hip-hopowych, twórca świetnych bitów i utalentowany DJ. Jako że nigdy nie chciał zamykać się muzycznie, postanowił wybrać drogę wielu znanych rapowych producentów i zaczął bawić się elektroniką. Efekt jest powalający na kolana, a dowodem tego jest bardzo dobrze przyjęta płyta „Red”. Prawie 40 minut powiewu świeżości, gdzie sample, syntezatory i hip-hopowe tempo znajdują wspólny język, tak w jednym zdaniu można napisać o tym wydawnictwie. Kixnare świetnie żongluje połamanymi bitami i wokalami rodem z R&B, z czego po dodaniu szybszych perkusji w rezultacie powstaje elektronika. Nie bez znaczenia są też syntetyczne dźwięki z niskimi basami londyńskich klubów i to właśnie te przeciągnięte niskie tony nadają ton, w jakim ten album gra. „Red” ma w sobie klimat, który załamuje czas. Wkładasz słuchawki i nagle, po trzech godzinach orientujesz się, że tego numeru słuchasz już piąty raz. Nie ma słabych pozycji, a jako całość można nazwać to dzieło miksem. Oczywiście mam swoje perełki, dlatego właśnie teraz słucham, po raz nie wiem który, „Goin’ Home”.

0