iMagazine

Cała Muzyka – 2013/09

11/12/2013, 11:30 · · · 0

Mayer Hawthorne – Where Does This Door Go

mayer-hawthorne-where-does-this-door-goDawno temu, opisując pierwszy solowy album Mayera „A Strange Arrangement” obiecałem, że będę opisywał każdą następną płytę tego artysty. Obietnicę spełniam po dziś dzień, opisałem drugi album: „How Do You Do”, a teraz przyszedł czas na trzeci twór pod nazwą „Where Does This Door Go”. Mayer jak zwykle korzysta z wehikułu czasu i podróżuje po najpiękniejszych czasach w historii muzyki. Pachnie pięknym soulem, rhythm’n’bluesem z lat 60., który nakręca obecna praktycznie w każdym numerze świetna perkusja. Jak na każdym krążku mamy też utwory żywcem wyrwane z błyszczących dyskotek pamiętnych lat siedemdziesiątych, a jak dobrze wiecie – przy czymś tak zaaranżowanym nie da się usiedzieć bez tupania nogą. „Where Does This Door Go”, w porównaniu do poprzednich albumów, zyskało jeszcze epokę wczesnych lat 80., dlatego słyszymy syntezatory połączone z przyjemnym funkiem. Sam twórca twierdzi, że chciał nagrać po prostu ładne numery, których przyjemnie się słucha i to stwierdzenie chyba najbardziej na świecie pasuje do całej twórczości Mayera Hawthorne’a. Trzeba pamiętać, że „A Strange Arrangement” było nagrane dla zabawy, dla znajomych, a Mayer nie spodziewał się takiego obrotu sprawy. Płyta zaszokowała, była czymś megaświeżym i tego już nie da się powtórzyć. Teraz trzeba tylko udoskonalać projekt odgrzewania muzyki z dawnych, cudownych lat. Dlatego piszę o udoskonalaniu, ponieważ ten album technicznie i wokalnie jest przepaścią między tym, co słyszeliśmy w dwóch poprzednich. Mayer odrobił lekcję jak cholera, zaczął panować nad wokalem i słychać, że poświęcił się temu bezgranicznie. Po pierwszym przesłuchaniu byłem w ciężkim szoku, jak bardzo dobrze śpiewa ktoś, kto jeszcze 4 lata temu nagrał sobie coś dla żartów. Teraz to prawdziwy wyrachowany wokalista, popisujący się swoimi umiejętnościami w każdym numerze. Nigdy nie brakowało mu dobrego smaku i czułego słuchu, ale dopiero teraz, gdy dodał do tego technicznie dobry wokal, stał się prawdziwym artystą. Ten album sprawdza się wszędzie, pasuje na grilla ze znajomymi tak samo dobrze, jak do samotnej przejażdżki samochodem, a dodatkowo gdy z trzech płyt stworzymy playlistę, to udana impreza jest gwarantowana. Uwielbiam tego człowieka!

Jay Z – Magna Carta Holy Grail

Jay Z - Magna Carta Holy GrailW poprzednim iMagazine był nowy album Kanyego, a w tym nie może zabraknąć nowego Jaya. Musicie wybaczyć mi tę monotonność gatunkową. Nie mógłbym ominąć takiego wydarzenia, przecież to Shawn Carter, Jay Z, Hova, król Nowego Jorku. Jay Z to ikona, człowiek, który dosłownie z ulicy trafił na sam szczyt, po pierwsze dzięki muzyce, po drugie dzięki swoim umiejętnościom odpowiedniego zarządzania gotówką. Jest jednym z najbardziej wpływowych ludzi w całych Stanach Zjednoczonych, sprzedał ponad 50 milionów swoich płyt, a statuetkę Grammy otrzymał piętnastokrotnie. Umówmy się, Shawn już nic nie musi. Shawn może. A ponieważ mógł, to zrobił to po raz dwunasty. Na dzień dobry najbardziej powala na kolana lista gości, którzy popisują się swoimi umiejętnościami na „Magna Carta Holy Grail”. Justin Timberlake, Pharrell Williams, Nas, Timbaland, Beyonce, Frank Ocean, Swizz Beatz, No I.D. Śmiem twierdzić, że koszty wynagrodzeń tylu gwiazd mogą być większe niż koszty pokrycia wszystkich płyt wydanych w tym roku w naszym kraju. Oczywistą sprawą była forma rapowa Jaya – to pewniak jak dzień po nocy. Technicznie jest jednym z najlepszych raperów w historii. Pytanie tylko było, na jakich bitach artysta nam się tym razem zaprezentuje. Podczas gdy jego kolega Kanye mocno kombinuje i szuka nowych dźwięków, Jay raczej woli klasyczne brzmienia.

Od początku do końca czuć, że jest to album hip-hopowy. Oczywiście widać, że Hova dobrze zna grę i zmienia się razem z nią, ale o jakichś rewolucjach raczej nie ma tu mowy. Wszystkiego na tym albumie jest po trochu – są śpiewane refreny Justina i Beyonce, ale mamy również mocne numery z ciężkim basem jak „F*ckwitchmeyouknowigotit”. Mimo że album nie miał wcześniej singli, to ewidentnie przynajmniej trzy numery będą pojawiać się na wszystkich listach przebojów – „Holy Grail”, „Picasso Baby”, „Part II (On The Run)”. Mnie osobiście zniszczył kosmicznie rewelacyjny „Picasso Baby”.

0

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o