iMagazine

Cała Muzyka – 2014/01

07/03/2014, 17:43 · · · 4

Sokół i Marysia Starosta – Czarna Biała Magia

sokol-marysia-starostaSokół na zawsze każdemu słuchaczowi w naszym kraju będzie kojarzył się z WWO i nic tego nie zmieni. Jednak ta historia dawno już została zamknięta, a od tego momentu, kariera Wojtka to, krótko mówiąc, nic ciekawego. Wszystko zmieniło się w roku 2011, kiedy swoje siły na scenie (i nie tylko) połączył z wokalistką Marysią Starostą. Na co dzień para stworzyła duet, który na naszej scenie rapowej jest ewenementem. Medialny bum, jaki towarzyszył wydaniu nowego albumu takiej pary, już w dniu premiery zaowocował statusem złotej płyty. Można pomyśleć, że wszystko się zgadza, znana para nagrywa drugą płytę, będzie kilka hitów do radia i na listy przebojów, a później wystarczy w domu liczyć pieniążki. Jest tylko jeden problem – „Czarna Biała Magia” jest albumem kompletnie niekomercyjnym. Absolutnie żadnego hitu do radia, a raczej cięty język i momentami bardzo ciężki klimat. Sokół jak zawsze popisuje się twardą narracją, zajmuje się sprawami ciężkimi i jak zawsze przekazuje szorstki opis życia codziennego. Jego flow standardowo zmienia się tak, jak paczka fajek Marlboro, czyli od pierwszego do ostatniego wersu jest dokładnie taki sam. Na szczęście posiada swoją drugą połowę, czyli Marysię, która zdecydowanie robi różnicę. Nie wiem, jak parze układa się w życiu prywatnym, ale w studiu to związek idealny. Marysia ciężkie fragmenty w refrenach ubarwia swoim stale polepszającym się głosem. Trzeba przyznać, że na nowej płycie wokalistka pokazuje spory progres, który poczyniła przez dwa lata. Na koniec najlepsze, czyli otoczka, w jakiej swoje głosy przekazuje nam para. Muzyka jest dla mnie najmocniejszą stroną albumu. To nie tylko hip-hopowe bity, takie jak ten od legendarnego DJ Premiera, a również spora dawka żywych instrumentów. Dużo zabawy z dźwiękami, od trip-hopu po electro-rock, a nawet elektronikę. Niczym wróżbita Maciej przewiduję, że to nie jest ostatni krążek od Wojtka i Marysi i ta wróżba bardzo mi się podoba.

Disclosure – Settle (Special Edition)

2 godz. 58 min 11 s. Dokładnie na tyle dwaj bracia z Londynu przenoszą swoich słuchaczy do podziemnego klubu, który nazwali Disclosure. 22-letni Guy oraz 19-letni Howard wzięli się, jak to ostatnio najczęściej bywa, z internetu. Na początku wrzucali remiksy, a później przyszedł czas na swoje produkcje, które nagle zostały przesłuchane na całym świecie tyle razy, że nawet internet nie potrafi do tylu liczyć. Nagle, nie wiadomo kiedy, wszystkie największe kluby świata puszczają takie numery jak „Latch” czy „You & Me”. Miliony ludzi, zamiast stać po kolejnego drinka, bawią się w amoku całą noc. Dziwi mnie to trochę, bo pamiętam, jak dekadę temu spocony jak maratończyk nad ranem schodziłem z prawie pustego parkietu, bawiąc się przy UK garage. Nikt nie wiedział wtedy, dlaczego z grupką znajomych wpadamy w taki szalony wir zabawy. W muzyce Disclosure nie ma nic nowego, to stare patenty z nowojorskich klubów, gdzie garage house w małych miejscówkach brzmiał dzień w dzień. Trzeba jednak pochylić mocno głowę przed braćmi Lawrence, bo to, co zrobili albumem „Settle”, daje duży oddech dla elektronicznej, klubowej muzyki. Pokazali całemu światu, przy jakiej muzyce wszyscy powinni się bawić. Zgarnęli najlepsze house’owe wokale i włożyli w solidy garage, układając w ten sposób swoje hity. „Settle” to 36 utworów, przy których nawet najbardziej odludny informatyk tupnie nogą i pobuja głową, ba – może nawet pojawi się na parkiecie. Co prawda w tych 36 utworach jest sporo różnych wersji poszczególnych numerów, ale często te remiksy są lepsze niż oryginały, więc warto uważnie przesłuchać. Oby scena klubowa posłuchała tego, co chcą nam przekazać bracia z Disclosure i poszła właśnie w taką stronę muzyki elektronicznej, błagam.

Bardzo trudno mi się ten album opisuje, siedząc w domu z piwem, pod kocem. To prawdziwa katorga. Głowa nieustannie lata na boki, a stopy pracują jak u kierowcy rajdowego. Ja chcę na imprezę! Idę, cześć.


Dodaj komentarz