iMagazine

Cała Muzyka – 2014/07

01/01/2015, 09:00 · · · 0

Chromeo – White Women

white-womenCo roku wielbię moment, kiedy wstaję rano i czuję, że to już jest to!

Chodzi mi oczywiście o lato. Mimo że do kalendarzowego jeszcze trochę brakuje, a słupki rtęci czasami płatają figle, to ja już wiem, że zaczyna się lato. Wkładam krótkie spodenki, przeciwsłoneczne okulary i z uśmiechem na twarzy ruszam do pracy. Właśnie w tym momencie muszę mieć odpowiednią muzykę, a wytyczne są proste, bo uznaję tylko dwie zasady. Po pierwsze: coś nowego, po drugie: coś pozytywnego.

W tym roku w tym pięknym starcie lata towarzyszył mi zespół Chromeo. Duet z Montrealu wydał właśnie swój czwarty studyjny album o nazwie „White Women”, za co muszę im podziękować, klęcząc przed nimi i błagając o więcej. „White Women” to kwintesencja tego, co napisałem wcześniej. Pozytywne dźwięki i zabawne teksty, które powodują uśmiech na twarzy w słoneczne dni. Chromeo grają elektrosoul, który często podjeżdża pod wszelakiej maści disco, to dobrze znane z lat 70. i nawet to trochę zapomniane italiano.

Dwaj przyjaciele z liceum mówią o sobie, że są pierwszą w historii udaną kooperacją żydowsko-arabską, a ja dodam, że te różnice kulturowe idealnie zatarli dzięki łączącej ich miłości do muzyki. Znają się od tak dawna, że w każdej sekundzie „White Women” wyraźnie to słychać. Chłopaki mają taki groove, że gdyby ZTM puszczał ich utwory w metrze nawet o 7:34 rano, byłoby to najbardziej roztańczone metro na świecie. Chromeo dla mnie jest wakacyjną wersją Daft Punk, a „White Women” to ich imprezowa wersja „Random Access Memories”.

Już widzę tysiące rozbawionych ludzi, którzy nie mogą opanować swoich kończyn podczas gdyńskiego Open’era. Polecam z całego serca nie skupiać się tylko na głównych gwiazdach podczas tegorocznego festiwalu, tylko wstąpić do wypełnionego cudownymi dźwiękami namiotu, gdzie zagra Chromeo. Gwarantuję wyjątkowe zapomnienie w szalonym tańcu.

Eldo – Chi

eldo-chi-2014W wielu tekstach o historii hip-hopu możemy natknąć się na stwierdzenie, że muzyka rap jest współczesną formą poezji. Oczywiście musimy podzielić to przez siedem, ale koniec końców, pomijając te wszystkie złe rzeczy, których najlepiej nie słuchać i omijać szerokim łukiem, ja zawsze wyznaję właśnie to hasło.

Rap jest współczesną formą poezji, trzeba tylko trafić na odpowiedniego poetę, a tych niestety jest coraz mniej. Na naszej rodzimej scenie bez wątpienia honoru prawdziwych poetów rapu broni Eldo. Każdy album rapera ze stolicy niesie ze sobą przekaz i historie, których słucha się z zaciekawieniem i uwagą. Siódmy album „Chi” idealnie utożsamia się z hasłem „rap jest współczesną formą poezji”. Eldo wspiął się na wyżyny swoich możliwości jako poeta i płyta bogato ozdobiona jest słownikiem języka polskiego. Jeśli dodamy do tego idealnie dobrane metafory i dobrze ułożone refreny, to w rezultacie mamy świetny materiał na wieczory w słuchawkach. Muzyczną formą ten album najbardziej przypomina nieco ominięty, ale dla mnie jeden z najlepszych krążków „Człowiek, który chciał ukraść alfabet”.

Jazzujące nieco uśpione bity stworzył Flawola, a Eldo na tym podkładzie czuje się świetnie i płynie w muzyce niczym doświadczony żeglarz przy idealnym wietrze. Trochę mnie poniosło, ale to wszystko wpływy słuchania „Chi”. Jednak warto wspomnieć, że „Chi” to nie tylko album na samotne wieczory w słuchawkach, ponieważ Leszek przygotował również numery bardziej żywe. Takie numery jak „Ms Batory” z gościnnym udziałem Tomsona czy „Miasto słońca” sprawdzą się perfekcyjnie w ciepłe dni na działce przy grillu. Właśnie taka zagrywka może zrobić tę różnicę między albumem „Człowiek, który chciał ukraść alfabet” a „Chi” i dzięki temu dużo więcej słuchaczy zdecyduje się na zakup krążka.


Dodaj komentarz