iMagazine

Cała Muzyka – 2015/01

27/03/2015, 11:26 · · · 0

The Hunger Games: Mockingjay, Part 1

Mockingjay-Part1-ScoreNa łamach iMagazine zdarzało mi się już pisać na temat soundtracku, ale zawsze podkreślałem, że nie jestem fanem tego typu albumów. Zazwyczaj na takich płytach mamy numery, które są świetne, ale jako całość to raczej średnio się tego słucha od deski do deski. Poszczególne utwory kojarzą nam się z danym fragmentem filmu i wywołują szczególne emocje odtwarzane w głowie wizualnie. Jednak, jak się okazuje, soundtrack może być rewelacyjny nie tylko jako ścieżka dźwiękowa, ale również jako album. Gdzie leżą podstawy sukcesu „The Hunger Games: Mockingjay, Part 1”? W bardzo dobrych kompozycjach i osobie, która o wszystko zadbała. Mowa o 19-letniej nowozelandzkiej dziewczynie o imieniu Lorde. Jakże wielkim zaufaniem i odwagą kierował się Francis Lawrence, dając tak młodej osobie wolną rękę przy wyborze artystów na nowy krążek! Tak się zastanawiam, co ja robiłem, jak miałem 19 lat?! Nie pamiętam i chyba dobrze, bo coś czuję, że mógłby to być jakiś niewiarygodny wyczyn typu wypicie 10 piw na jednej imprezie. Trzeba przyznać, że Lorde stworzyła wyjątkowy klimat albumu i zdecydowanie czuć, że całość to jej świat – od początku do końca. Nie będzie niespodzianką, że już pierwszy utwór „Meltdown” od razu mnie kupił. Zwrotka Q-Tipa z mistrzowskich Tribe Called Quest, dziewczyny z zespołu Haim oraz główna mistrzyni – Lorde stworzyli numer albumu. Przy słuchaniu utworu „Flicer”, dopieszczonego przez mojego guru Kanye Westa, uświadomiłem sobie, że to strona muzyczna wygrywa dla mnie te igrzyska. Oddałbym sporo za wersję instrumentalną na winylu, mam nadzieje, że takowa wersja pojawi się na sklepowych półkach. Najlepsze jest to, że całość ma wspólny, mroczny pierwiastek, który wciąga, intryguje i nie chce wypuścić z sidła igrzysk śmierci. Poprzednie albumy z tej serii były OK, ale jakoś mam wrażenie, że tym razem jest całkowicie inaczej. I dobrze. Na poprzednich albumach były supergwiazdy, ale to tylko pokazało, że nie tędy droga.

Wu-Tang Clan – A Better Tomorrow

Mockingjay-Part1-ScoreWu-Tang Clan to grupa, a raczej klan, który spokojnie można nazwać Beatlesami rapu. Ich wkład do kultury hip-hopowej można porównać do tego, co zrobił Michael Jordan dla koszykówki. Mija właśnie 21 lat od momentu, kiedy w Nowym Jorku powstał najlepszy rapowy zespoł, jaki kiedykolwiek wszedł razem do studio. Dla psychofanów dzień pojawienia się na sklepowych półkach albumu „A Better Tomorrow” jest jak odbiór porodu długo wyczekiwanego syna. Ostatni raz, kiedy mogliśmy słuchać wszystkich żyjących członków legendarnej grupy, był siedem lat temu. Wtedy światło dzienne ujrzała płyta „8 Diagrams”, której raczej daleko było do takich klasyków jak „Enter the Wu-Tang” czy „Wu-Tang Forever”.

Jednak przez cały ten czas, kiedy wszyscy członkowie ekipy nagrywali solowe albumy i nie mogli dogadać się w sprawie nowej produkcji, słuchacze na całym świecie nadal na swoich odtwarzaczach do znudzenia słuchali jak mantry numerów Wu-Tang. W końcu, po wielu różnych plotkach, zgrzytach i kłótniach o „zielone”, dostaliśmy ten upragniony prezent na święta. Na „A Better Tomorrow” możemy usłyszeć wszystkich żyjących członków grupy: Ghostface Killah, GZA, Inspectah Deck, Masta Killa, Method Man, Raekwon, RZA, U-God, Cappadonna.

Nowy Wu-Tang zaskakuje świeżością i pozytywnym przekazem. Dla tych, którzy spodziewali się mrocznego klimatu nowojorskich ulic, może okazać się rozczarowaniem. Jest dosyć łagodnie jak na Wu-Tang, ale tak w zasadzie na „A Better Tomorrow” możemy usłyszeć wszystko to, co najważniejsze w rapie. Cudowne sample, smyczki, jazzowe klawisze, dęciaki i tona świetnych zwrotek od ośmiu weteranów sceny, którzy znają kulturę hip-hopu jak nikt inny. Najlepszą wizytówką albumu jest numer promujący, niezwykle melodyjny. „A Better Tomorrow” zdradza, w jaką stronę RZA pokierował swoim klanem. To właśnie RZA wyprodukował większość bitów i jak zawsze czuwał nad finalnym efektem, który jest na miarę płyty roku. Wstawki tekstów z filmów kung-fu, które towarzyszą nam przez cały album, są jak polewa czekoladowa na waniliowych lodach. Genialne nawiązanie do historii klanu Wu-Tang Clan!


Dodaj komentarz