iMagazine

Acer Chromebook 13

10/04/2015, 15:52 · · · 0

Spora część moich znajomych wykorzystuje komputer wyłącznie do przeglądania internetu, zdjęć, pisania maili i słuchania muzyki. Żadna z tych czynności nie wymaga olbrzymiej mocy obliczeniowej ani skomplikowanego systemu operacyjnego. Dlaczego więc jako swój następny komputer mieliby nie wybrać Chromebooka?

Android rozprzestrzenił się błyskawicznie i jest obecnie najczęściej spotykanym mobilnym systemem operacyjnym na świecie. W dużej mierze wynika to z faktu instalowania go nie tylko na drogich, ale też na bardzo tanich urządzeniach, które lepiej lub gorzej, ale spełniają pewne podstawowe funkcje. Ta strategia może sprawdzić się również w przypadku Chromebooków, czyli laptopów działających na Chrome OS. Ten z kolei jest prostym systemem operacyjnym stworzonym przez Google, zakładającym pracę wyłącznie w przeglądarce Chrome i aplikacjach internetowych. Mamy więc przeglądarkę, prosty menedżer plików, równie podstawowe ustawienia i… tyle. Uwierzcie lub nie, ale to wystarczy, by zrobić naprawdę wiele.

logo

Chromebooki Acera pojawiły się w Polsce zaledwie kilka miesięcy temu. Do testu otrzymałem najmocniejszą wersję komputera o oznaczeniu CB5-311-T677, wyposażoną w czterordzeniowy procesor Nvidia Tegra K1 o taktowaniu 2,1 GHz, z 4 GB pamięci RAM, SSD o pojemności 32 GB oraz z 13-calowym ekranem o rozdzielczości 1920×1080 pikseli. Specyfikacja urządzenia nie powala, ale jest wystarczająca do przeglądania internetu. Duże znaczenie ma tu zastosowanie modułu WLAN działającego w standardzie 802.11ac, który zapewnia szybkie połączenie z siecią bezprzewodową. To niezwykle ważne w komputerze, którego działanie jest uzależnione od internetu. Pozostałe parametry komputera również prezentują się nieźle. Dzięki plastikowej, ale solidnej obudowie jest lekki (choć producent mógł darować sobie oklejenie jej wokół różnorakimi naklejkami), ma też świetną baterię, która wytrzymuje około 10 godzin pracy. Wyposażono go w dwa porty USB 3.0, jeden po lewej stronie obudowy, a drugi z tyłu, obok złącza HDMI. Umieszczenie tam portów jest, wbrew pozorom, całkiem rozsądne, szczególnie jeśli podłączamy komputer do huba, który integruje kilka dysków twardych i inne akcesoria. Na prawej krawędzi znalazło się natomiast złącze mini Jack i port ładowania. Do sygnalizowania stanu pracy służą natomiast dwie diody – te są niestety zbyt jaskrawe, w związku z czym w nocy rozpraszają.

Do pracy z komputerem wymagane jest konto Google, do którego przypisywane są ustawienia przeglądarki, rozszerzenia oraz aplikacje, które pobieramy. Tylko tyle i aż tyle, bo w systemie nie znajdziemy niczego więcej. Wychodzi więc na to, że logując się do dowolnego Chromebooka swoimi danymi, mamy od razu dostęp do wszystkich swoich aplikacji i danych, co jest po prostu wygodne. Wraz z komputerem dostajemy też 1 TB miejsca w Google Drive na dwa lata, więc niewielki dysk urządzenia przestaje być wielkim problemem. Jest w zupełności wystarczający do pracy na plikach, które jest w stanie obsłużyć Chromebook (użytkownik dostaje do dyspozycji nieco ponad 20 GB), a pozostałe dane zmieścimy bez problemu w chmurze. To filozofia dalece odmienna od tego, do czego przyzwyczajały nas przez lata komputery, męcząca, jeżeli mamy problemy z dostępem do internetu, ale wygodna, jeśli pracujemy na różnych komputerach i współdzielimy z innymi wiele plików. Sam system nie zachęca zresztą do pobierania danych na dysk – menedżer plików nie potrafi nie tylko pokazać podstawowych danych (rozdzielczość zdjęcia – zapomnijcie), ale i nie oferuje podglądu dokumentów zapisanych w pozornie podstawowych formatach (RTF na przykład – nic z tego). W Chrome Web Store, czyli sklepie z rozszerzeniami i aplikacjami Chrome OS, znajdziemy programy otwierające niektóre z nieobsługiwanych formatów, jednak nie zawsze działają one choćby poprawnie. Chromebook nie nadaje się więc do dużych zadań – takich, które wymagają pracy na złożonych plikach, odpada więc wszelkie projektowanie CAD, obróbka wideo i tym podobne operacje. Zakładam jednak, że nikt nie kupiłby w tym celu komputera za niespełna półtora tysiąca złotych, nieważne, na jakim systemie operacyjnym by działał.

2

Napisałem wystarczająco dużo o tym, czego Chromebook nie może. Gdyby jednak spojrzeć na niego pod kątem konsumpcji treści, to potrafi już całkiem dużo. Jego ekran ma wysoką rozdzielczość, więc wyświetla naraz dużo informacji. Radzę jednak obniżyć ją w ustawieniach o jeden poziom, by zwiększyć czytelność. Pomimo dużej gęstości pikseli wyświetlacz nie zapewnia ostrego obrazu, czemu winna jest powierzchnia ekranu. Ta wygląda trochę tak, jakby znajdowała się na niej folia ochronna, którą należy zerwać – wszystko wygląda przez nią na lekko rozmazane. Kąty, pod którymi ekran nie zniekształca kolorów, również nie są zachwycające, szczególnie w pionie. Odwzorowanie barw jest jednak niezłe. W ogólnym rozrachunku ekran stanowi najgorszy element całego komputera – nawet w urządzeniach w zbliżonej cenie można znaleźć sporo lepszą matrycę. Pomimo tego do przeglądania internetu i oglądania filmów na YouTube wystarcza, da się do niego nawet przyzwyczaić. O ile ekran nie wypada szczególnie dobrze, to już klawiatura okazała się jedną z najlepszych, na jakich pisałem. Wyspowa, z dość szeroko rozmieszczonymi przyciskami o krótkim, wyraźnym, aczkolwiek trochę głośnym skoku, z rzędem przycisków funkcyjnych, działających bez konieczności wciskania dodatkowego klawisza. Ma co prawda zamieniony miejscami Control i Alt (względem klawiatury MacBooka), na dodatek nie działają one konsekwentnie (możemy wprowadzać znaki alternatywne jedynie za pomocą prawego przycisku Alt). Zamiast Caps Locka klawiatura posiada klawisz wyszukiwania, który wywołuje listę zainstalowanych aplikacji bądź skrótów do aplikacji przeglądarkowych (brakuje informacji, która jak działa). To akurat dobre rozwiązanie, ponieważ działa w całym systemie, niezależnie od tego, czy jesteśmy w oknie aplikacji, przeglądarki czy menedżera plików. Mam natomiast pewien zarzut do przycisków funkcyjnych. O ile rozumiem umieszczenie wśród nich regulacji głośności i podświetlenia ekranu, to za nic nie potrafię sobie wytłumaczyć obecności tam strzałek do przechodzenia między stronami w przeglądarce (wstecz/dalej) oraz odświeżania. Znacznie wygodniej korzystać z touchpada oraz dużo bardziej intuicyjnych kombinacji klawiszy.

Właśnie – touchpad. To kolejny udany element Chromebooka. Jest duży, gładki, nie robi się lepki, a do tego obsługuje gesty. Wokół niego zostało jeszcze trochę miejsca, więc zakładam, że może udałoby się go powiększyć, ale nawet obecne wymiary są wystarczające do wygodnej pracy. Nie ma też przycisków wokół – zamiast tego wciskamy jego całą powierzchnię, podobnie jak w MacBookach. Ma jeszcze jedną zaletę – jest położony symetrycznie na środku, co sprawia, że używanie go staje się bardziej intuicyjne.

1

Praca na Chromebooku jest początkowo męcząca – komputer nie radzi sobie ze wszystkimi formatami plików, oferta Chrome Web Store jest niezwykle uboga, trudno znaleźć choćby porządną aplikację do pisania, a na dodatek trzeba przyzwyczaić się do odmiennie działającej klawiatury. Do przeglądania internetu służy Chrome, który od wersji na OS X czy Windows nie różni się praktycznie niczym. Niektóre aplikacje, jak na przykład Pocket, otwierają się jako oddzielne okna, inne natomiast jako oddzielne karty w przeglądarce – robi tak na przykład Spotify. Te w nowych, osobnych oknach działają zdecydowanie płynniej niż ich przeglądarkowe odpowiedniki. Komputer miewa ogólnie problemy z płynnością przewijania stron, i to nie tylko tych „ciężkich”, ale i prostych. Sporadycznie na ekranie pojawiają się też artefakty – trudno mi powiedzieć, czy jest to wina grzejącego się komputera. Po kilku dniach przywykłem jednak do niedogodności oraz odmienności, które serwuje Chromebook i zacząłem całkiem wydajnie pracować. Do pisania korzystam z Simplenote, którego mam też na innych urządzeniach – jest świetny i synchronizuje dane w chmurze. Muzyki słucham ze Spotify, artykuły czytam w Pocket, a dokumenty edytuję w przeglądarkowym iWorku lub Google Docs. Grafiki do tekstów przygotowuję w prostym (ale i okropnym) edytorze Photo Editor 4 Free, który oferuje kilka podstawowych narzędzi, ale działa przy tym różnie (a dokładniej zaś – działa lub nie). W Chrome Web Store trudno jednak znaleźć coś lepszego, w ogóle trudno tam cokolwiek wyszukać. Trafiałem na takie hity jak Czerwony Ball 1 (gra zręcznościowa z czerwoną kulką, znana z telefonów komórkowych sprzed 15 lat) czy Owoce Pokrój (klon Fruit Ninja). Obok tego mamy jednak Angry Birds czy Cut the Rope, czyli proste gry, odpowiednie do uruchomienia w przeglądarce i obsługi za pomocą touchpada i klawiatury. Panuje tam bałagan, a koślawe tłumaczenia opisów nie pomagają go poskromić. Dopiero po przejrzeniu kilku artykułów na portalach związanych z Chrome OS byłem w stanie odnaleźć sensowne aplikacje.

W systemie zaimplementowano kilka świetnych funkcji, które znacznie ułatwiają nawigację. Wprowadzono między innymi odpowiednik znanego z OS X Expose, wywoływanego przyciskiem funkcyjnym lub gestem przesunięcia czterech palców w górę touchpada. Ten drugi sposób nie działa jednak zawsze, więc ograniczyłem się do stosowania przycisku. Sama funkcja wyświetla obok siebie wszystkie, otwarte aktualnie okna programów, co jest bardzo użyteczne. Kolejnym, równie wygodnym dodatkiem jest specjalny klawisz trybu pełnoekranowego. Chrome OS może wyświetlić okno na całej szerokości wyświetlacza, z widocznym dolnym paskiem aplikacji, bądź też na pełnym ekranie, gdzie pasek wysuwa się z dołu dopiero po nakierowania kursora na krawędź. Przycisk jest znacznie szybszy niż klikanie na niewielkie ikony umieszczone w (nieprawidłowym) narożniku okna. Są też inne smaczki, jak choćby przewijanie stron z bezwładnością oraz zmiana kierunku przewijania na zgodny z logiką (tu nazwane mianem „australijskiego”). Napotkałem też kilka pomysłów, które są fajne, ale nie działają. Obok zegara w prawym, dolnym rogu widnieje cyfra symbolizująca liczbę powiadomień. Te jednak nie wyświetlają choćby informacji o nowej poczcie (tej, która przychodzi na powiązane z komputerem konto). System nie jest też w pełni spolszczony, co widać w nielicznych ustawieniach, a próba wyświetlenia informacji o baterii w menu konfiguracji powoduje jednoczesne otwarcie ustawień prywatności. Niedoskonała jest również obsługa podłączanych urządzeń – Windows i OS X wykrywa mojego iPhone’a jako aparat fotograficzny, natomiast Chrome OS pokazuje, że nie ma na nim żadnych zdjęć. Nie wiem dlaczego, ot tak po prostu nie działa.

Czy Chromebook jest laptopem dla mnie? Zdecydowanie nie – wymagam od komputera więcej niż to, by był przeglądarką internetu z ubogimi możliwościami pracy na plikach. Niemniej znam wiele osób, którym funkcje tego laptopa zupełnie by wystarczyły. Podłączę do niego głośniki i puszczę muzykę, napiszę posta na Facebooku, zrobię wpis na blogu, poczytam wiadomości i obejrzę film na YouTube, i to nawet na podłączonym do Chromebooka telewizorze. Okazjonalnie wyślę maila i porozmawiam przez Hangouts, zrzucę zdjęcia z aparatu, wrzucę na Google Drive i udostępnię znajomym. Tak dużo i tak niewiele zarazem.

Ten artykuł pochodzi z archiwalnego iMagazine 02/2015

0

Paweł Hać

Ten od Maków i światła. Na Twitterze @pawelhac


Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o