iMagazine

Wielka ekspansja nadgryzionego jabłka

18/06/2015, 13:00 · · · 0

Napisałem to 10 marca. Dzień po „Spring Forward”, ostatniej konferencji Apple, którą oglądaliśmy wspólnie z redakcją i czytelnikami iMagazine w warszawskim klubie Chwila. Na początku więc wielkie podziękowania dla wszystkich, którzy przyszli na iOglądanie. Dla blisko 200 osób. Nie chcę pisać podsumowania opartego na technicznym malkontenctwie, ale zwrócić uwagę na to, że nadchodzą ciekawe czasy #iLife. Można nie czytać, nikogo nie zmuszam.

Ekspansja prostoty

Apple dziś nie jest już firmą, jaką było za czasów, gdy Steve Woźniak a potem Bill Atkinson i grono komputerowych maniaków projektowali pierwszy komputer z nadgryzionym jabłkiem. Nie jest także firmą, która co roku pokazuje światu produkt tak rewolucyjny, że zmienia on całe gałęzie gospodarki, jak to było za czasów Jobsa. Jest za to zbiorem perfekcyjnie współpracujących ze sobą trybów i kół zębatych, które przypominają mechanizm szwajcarskiego zegarka. Zegarka, który przy okazji zbiera każdy możliwy procent, dla firmy „procencik”, w zamian za swoje działanie. A może wypada powiedzieć po prostu: działa jak Apple Watch, bo to on ma być teraz wyznacznikiem doskonałości, gwoździem do szwajcarskiej trumny.

Tegoroczny Spring Forward pokazał, że Cook i Ive mają konkretną wizję – wprowadzania marki Apple na zupełnie nowe rynki z nastawieniem na maksymalną zależność ludzi od ich produktów. Dla wielu to niebezpieczna wizja i wcale się temu nie dziwię. Nie każdy potrafi umiejętnie korzystać z technologii. Zaprezentowana na początku usługa ResearchKit to otwarcie Apple na branżę medyczną. Oczywiście nie chodzi tutaj o to, że od teraz będziemy biegali z iPhone’ami i sprawdzali, czy nie cierpimy na chorobę Parkinsona. Podobnie jak w przypadku Apple Pay, potrzeba szerszego spojrzenia. Apple daje otwartą usługę, bo jest właścicielem najpopularniejszego i najlepiej sprzedającego się smartfonu na świecie, który dodatkowo jest produktem kultowym. iPhone’a chce mieć każdy, a do lekarza nie chce się chodzić prawie każdemu. Zależność jest prosta – Apple mówi użytkownikom: „Nie musisz pamiętać o karcie kredytowej. Masz iPhone’a w kieszeni. Nie zastanawiaj się, czy podwyższone tętno jest niepokojącym objawem, Twój lekarz wkrótce Ci to wyjaśni. Przecież już o tym wie!”. No a wiadomo – jeśli przeziębienie, to nie warto zostawiać wyziębionego domu na cały dzień. Od tego mamy mieć Home Kit, w którym natychmiastowo podniesiemy temperaturę w domu. Przecież tak zalecił nam lekarz, a powiadomienie na iPhonie nie kłamie.

Spora część ludzi, którzy oglądali z nami keynote w Chwili, była zawiedziona brakiem nowego Apple TV. Apple wolało pokazać ekskluzywną usługę HBO Now, bo HBO kochają prawie wszyscy. Tim Cook bardzo wyraźnie stawia na współpracę i partnerstwo. Jobs miał niezwykłą zdolność zmieniania rzeczywistości technologicznej, Cook ma niesamowity dar wyszukiwania tzw. „złotych obszarów” dla inwestycji ogromnego kapitału Apple. Te obszary ogniskują wokół siebie naszą codzienność. Zdrowie, finanse, rozrywkę i aktywność, pracę, komunikację interpersonalną, zmysł twórczy czy w końcu komunikację sensu stricte, ponieważ nie mam wątpliwości co do tego, że za kilka lat zobaczymy Apple Car. Stanie się to w momencie, gdy jakaś inna firma zbuduje samochód przyszłości, który będzie skomplikowany, prądożerny i brzydki. Wówczas Apple pokaże prostą konstrukcję pozbawioną ekspresu do kawy i katapultowanego fotela kierowcy, ale taką, która jest naturalnym uzupełnieniem naszego iŻycia.

Nadgryziona moda

Mam wrażenie, że Apple boi się powiedzieć otwarcie: „Apple Watch jest piękny. Jest doskonały pod względem konstrukcji i stylu. Dlatego go kupicie”. Wielu bowiem oczekiwało wylewnego tłumaczenia się Cooka z tego produktu. Jest ono jednak zbędne, tak samo jak nikt nie tłumaczył ludziom, dlaczego słuchawki są białe, a nie czarne. Oczywiście to inna skala, ale ten sam kierunek. Apple to nie tylko świetnie stworzony i współpracujący wewnętrznie ekosystem oprogramowania i sprzętu. To także moda. Nie oszukujmy się, że wiele osób kupuje sobie MacBooki dla świecącego jabłka, które w nowym modelu zostało wykastrowane (wystarczy wpisać w Google ten fakt, aby zdać sobie sprawę, jak wielki wpływ mają posunięcia giganta z Cupertino na wiele rynków). Ot, nagle nie będzie się czym chwalić z daleka. Idźmy dalej.

Apple postawiło na comeback kultowego produktu, jakim był MacBook. Kiedyś plastikowy i najtańszy, dziś luksusowy, dostępny w trzech kolorach (w tym w złotym – o gustach się nie dyskutuje), zawierający najnowocześniejsze rozwiązania, których żadna inna firma nie odważyła się wprowadzić na masową skalę. Kult przetrwał, ludzie czekali na 12-calowego MacBooka i otrzymali go. Ten sprzęt nie odniesie sukcesu dzięki ekranowi Retina, dzięki nowoczesnemu złączu USB typu C, które za kilka lat stanie się standardem, a na które dziś wielu narzeka (podobnie było z wykastrowaniem z MacBooków napędów optycznych, a wcześniej stacji dyskietek). Nie odniesie też sukcesu ze względu na nowy typ klawiatury czy gładzika. Te wszystkie sprawy są oczywiście istotne i wielu je doceni. Jednakże sukces leży w naszych głowach. Tego produktu oczekiwaliśmy i go otrzymaliśmy. W najlepszej z możliwych form. Brak świecącego jabłka nie jest problemem, bo nadal mamy kultowy, najcieńszy i najnowocześniejszy komputer osobisty na świecie. Specjalnie nie piszę najszybszy, bo tak nie jest i nie będzie. Od tego są inne serie produktowe – Pro i na razie Air.

Podobnie sprawa ma się z nadgryzionym zegarkiem. Wielu szydzi z myszki Miki, która będzie wskazywała godzinę na Apple Watch. Ale też nie spotkałem osoby, która przechodzi obok tego obojętnie. I o to właśnie chodzi Apple. „Gdy spojrzysz na swojego Watcha, będziesz się śmiał. Będzie Ci wesoło” mówił Tim Cook. To kolejny raz, gdy produkt ma mocno oddziaływać na nasze uczucia. To kierunek obrany przez Apple – pokazać ludzką twarz technologii. Apple Watch nie będzie nazywany w tłumie „najszybszym, najbardziej technologicznie wypasionym zegarkiem na świecie”. Będzie nazywany najładniejszym i najlepszym zegarkiem, jaki kiedykolwiek powstał. Dlaczego? Bo zadziała stara zasada, na którą postawił Jobs. Nie liczą się gigaherce. Liczy się doświadczenie użytkownika. A to, w przypadku Apple Watcha, ma być tak naturalne jak chodzenie czy mówienie.

Apple Watch to produkt modowy, który doskonale połączy wygląd i użyteczność. Dlaczego Apple nie odświeża iPodów? Bo nie są już produktem, który nosi się, „bo wygląda”. Dziś, w dobie iPhone’a, nikt nie bierze dodatkowo iPoda z biblioteką muzyczną. To niewygodne i niepotrzebne. To właśnie takich produktów jak Apple Watch musimy się teraz spodziewać od Apple, choć mam wrażenie, że nie jesteśmy na nie do końca gotowi. Tak pod względem usprawiedliwienia wydatków, jak i akceptacji niemal całkowitej cyfryzacji naszego życia.

Zegar tyka

Znajdzie się wielu, którzy spróbują walczyć z ekspansją jabłkowej armii. Wielu powie: „To za dużo, Apple wchodzi mi do łóżka”. Czeka nas pięć naprawdę ciekawych lat. Myślę, że będzie to czas największej rewolucji w dziedzinie elektroniki użytkowej od czasów iPhone’a, w których pierwsze skrzypce będzie grało Apple. Cook jest wielkim strategiem, a Ive posiada wizję prostoty, którą można sprzedać za naprawdę wielkie pieniądze. A użytkownicy? Szukają ułatwień, szukają zaoszczędzonego czasu, szukają posłuchu. To wszystko mogą, ale nie muszą, przyjąć od Apple.

Nie narzekajmy, nie wytykajmy gigaherców. Odpowiedzmy sobie na pytanie: Czego oczekujemy od produktów? Potem decydujmy. To będą lata wielkiej odpowiedzialności za samych siebie. Nikt nie zmusi nikogo do jedzenia dobrych jabłek.

Ten artykuł pochodzi z archiwalnego iMagazine 04/2015


Krzysztof Kołacz

Pasjonat Apple. Redaktor iMagazine.pl. Test Manager w Miquido. 🎙 Podcaster: www.boczemunie.pl. Mówca publiczny Toastmasters International. Perfekcjonista. 👉 www.krzysztofkolacz.pl.


Dodaj komentarz