iMagazine

Cała Muzyka – 2015/07

05/08/2015, 13:08 · · · 0

Cała Muzyka to dział w naszym miesięczniku iMagazine. Prowadzą go bracia Jarosłow i Norbert Cała, prezentując ciekawą muzykę z najprzeróżniejszych gatunków dla wszystkich.

Major Lazer – Peace Is The Mission

mayor lazerTrzydzieści dwa stopnie w cieniu, zachód słońca, cała plaża wypełniona najpiękniejszymi kobietami, jakie w życiu widziałeś i impreza, jakiej nigdy nie przeżyłeś. To obraz, jaki mam przed oczami, słuchając każdego numeru zawartego na „Peace Is The Mission”. Za tym wszystkim stoi król imprezy i niezwykle prężnie działający producent, o którym mogłeś nawet nigdy nie słyszeć. Diplo, kalifornijski DJ, producent, dzięki któremu do świata mainstreamu na stałe weszły tak gorące gatunki jak dancehall i reggaetone. Pracował z każdym znanym nazwiskiem z branży, nawet nie będę wymieniał, wystarczy, że napiszę o współpracy z Justinem Bieberem. Ten argument powinien wystarczyć.

„Peace Is The Mission” jest trzecią odsłoną projektu Major Lazer, która dokładnie tak jak wcześniejsze ma przynieść światowy pokój zbudowany na fundamencie muzyki. Muzyki wybuchowej jak polityczne dyskusje z rodziną przy stole wigilijnym. Jednak jeśli ktoś kojarzy poprzednie wydawnictwa, to może odnieść wrażenie, że Diplo ten swój świat Jamajki trochę sprzedał amerykańskiemu popowi. Ta jego wybuchowa muzyczna ekspresja została stworzona z mniejszą dawką trotylu. Jak to zazwyczaj bywa przy tego typu operacjach, takie „sprzedanie” swojego stylu przyniesie mu odpowiednie profity, a muzyczny przekaz sięgnie jeszcze dalej niż dotychczas. Nawet gdy sprawdzimy tracklistę, to widać po zaproszonych gwiazdach, że ten materiał jest zdecydowanie bardziej komercyjny. Przekrój sceny jest olbrzymi, od popowych gwiazd takich jak Ellie Goulding i Ariana Grande, po obwieszonych złotem raperów Pusha T i 2Chainza. Nowy Major Lazer jest po prostu europejską wersją jamajskiego jointa. Nadal jest to dobry gatunek magicznego ziela, tylko że nie w czystej postaci, a zmieszany z tytoniem. Efekt jest taki, że na Jamajce wyszłaby z tego średnia impreza, ale na naszym terenie to prawdziwe szaleństwo, przy którym puszczają wszystkie hamulce.

Muse – Drones

museHistoria zespołu Muse jest klasyczną brytyjską opowieścią o chłopakach, którzy chcieli stać się wielkimi gwiazdami grającymi na największych światowych scenach i ich marzenia stały się rzeczywistością. Krok po kroku, śladami swoich kolegów po fachu, wykonali swoje zadanie w dwustu procentach. Nie dość, że grają na całym świecie, to w dodatku robią to w takim stylu, że przez wielu słuchaczy uznawani są za najlepszy koncertowy zespół globu. Co zresztą potwierdzili na tegorocznym festiwalu Orange. Analogii do podobnych zespołów jest wiele, ale tą najważniejszą jest frontman zespołu. The Rolling Stones mieli Jaggera, Queen – Freddy’ego Mercury’ego, U2 mają Bono, a Muse na szczyt poprowadził geniusz Matthew Bellamy’ego. Charyzmatyczny wokalista z energią małej elektrowni atomowej, którego horyzonty muzyczne są bardziej urozmaicone niż elektorat Pawła Kukiza. Styl, w jakim gra Muse, zawsze był trudny do określenia, ponieważ na każdej płycie można było usłyszeć coś nowego, coś przełamującego wszelkie standardy. Jednak tym razem, jak zapowiadał Matthew Bellamy, miało być inaczej. Siódmy studyjny album, nazwany „Drones”, miał być powrotem do korzeni – z prostszymi kompozycjami, opartymi na klasycznym rocku. Oczywiście znając Muse, trzeba takie zapowiedzi podzielić przez sześć i pół, bo o prostym graniu nie może być tu mowy.

Faktycznie poszczególne utwory są zbudowane na mocnych gitarowych riffach, ale na szczęście mistrzowskie mieszanie różnych styli nadal jest tym, co napędza Muse.

Słuchanie „Drones” jest jak przejazd po jurajskim parku, w którym zamiast dinozaurów usłyszymy legendy brytyjskiej sceny. Każdy znajdzie coś dla siebie, od fragmentów do złudzenia przypominających Queen, po takie, gdzie usłyszymy nawet Dire Straits. Oprócz muzycznych aspektów w tym przypadku ważne jest również przesłanie albumu. Tytuł „Drones” nie jest przypadkowy i w pewnym stopniu odzwierciedla czasy, w jakich przyszło nam żyć. Taką nazwę albumu najlepiej tłumaczy Matthew Bellamy: „Drony to dla mnie metaforyczni psychopaci, którzy mogą bez konsekwencji zachowywać się jak psychopaci. Światem rządzą drony, które wykorzystują drony, aby uczynić z nas drony. Płyta jest dokumentacją podróży człowieka, od całkowitej utraty nadziei do indoktrynacji przez system, aby stać się kimś na kształt ludzkiej wersji drona, a potem do ucieczki człowieka od oprawców”.

0

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o