iMagazine

Koniec aplikacji, jakie znamy

05/08/2015, 11:55 · · · 5

Po ostatnim WWDC oraz po konferencji Google I/O jestem bardziej niż pewny, że świat aplikacji mobilnych w swym obecnym kształcie przejdzie do historii, i to szybciej, niż by się mogło wydawać. Proaktywne iOS 9, ulepszone Siri i wyszukiwanie to sygnał, że nadchodzą zmiany. Wielkie zmiany.

Z ostatniego WWDC każdy wyciągnie z pewnością coś dla siebie. Jedni będą się rozpisywać o Apple Music. Inni o multitaskingu w OS X i iOS 9 (tylko na iPadach, i to nie wszystkich). Kolejni natomiast najwięcej czasu poświęcą na analizowanie watchOS. Znajdą się tacy, i słusznie, którzy całkowicie skupią się na tym, że Swift stał się open-source’owy. A Norbert będzie chlipał w kącie, że Apple definitywnie żegna się z iPodem.

Ja natomiast skupię się na czymś innym – początku końca świata aplikacji mobilnych, jaki teraz znamy. Według mnie właśnie następuje zmierzch pierwszego etapu rozwoju oprogramowania dla urządzeń mobilnych. Nazwałbym go okresem marksistowskim, ponieważ u jego podstaw leży przekonanie, że ilość z czasem przejdzie w jakość.

Właściciele mobilnych OS-ów zachęcali do tej pory, aby kto żyw tworzył własną aplikację. I trzeba przyznać, że namawiali skutecznie. Takie liczby jak 100 miliardów pobrań z App Store czy 1,5 mln programów dostępnych w tym sklepie robią wrażenie. Tak samo jak tempo rozwoju – prąd dotarł do pierwszych 50 mln ludzi w ciągu 100 lat, telewizja w ciągu 13 lat, a App Store… 17 miesięcy. Okres marksistowski, jak go sobie nazwałem, charakteryzuje się tym, że całość doświadczenia korzystania z urządzeń mobilnych kręci się wokół tych kilkudziesięciu programów, jakie każdy z nas ma na swoim iPhonie.

Doprowadziło to do tego, że z jednej strony powstały takie programy jak Yo – proste, a wręcz prostackie, które tak właściwie spełniają wyłącznie jedną funkcję. Z drugiej mamy do swej dyspozycji kombajny takie jak Facebook, w których zawierają się różne funkcje i różne multimedia. Zaczęły powstawać całe biznesy, czasami warte dziesiątki miliardów dolarów, które istnieją tylko dzięki temu, że ktoś kiedyś wpadł na to, żeby powstało coś, co dziś nazywamy ekonomią aplikacji mobilnych.

Weźmy takiego Ubera. Czy koniecznie to musi być osobna aplikacja? Nie. Równie dobrze cały system mógłby się opierać na mobilnej stronie internetowej. I właśnie w tę stronę teraz zmierzamy. Nie do końca będą miały znaczenie pojedyncze, osobne aplikacje, ale na pierwszy plan będą wybijały się konkretne treści i funkcje.

Żeby się przekonać o tym, że obecny świat aplikacji zmierza ku swemu przeznaczeniu, wystarczy obejrzeć uważnie prezentację możliwości iOS 9, dokonaną w trakcie głównego wystąpienia na konferencji WWDC 2015. Jestem przekonany, że teraz zaczął się proces przechodzenia z okresu marksistowskiego (czy też ilościowego – to chyba jednak zgrabniejsze określenie) do okresu jakościowego – i nie mam tu wcale na myśli jakości tzw. standalone apps, czyli aplikacji jako bytów niezależnych. Teraz w centrum doświadczenia korzystania z urządzeń mobilnych będzie jakość doznań użytkownika.

Stąd wynika zaprezentowana proaktywność iOS 9, wprowadzenie głębokiego linkowania w ramach systemowej wyszukiwarki czy upgrade Siri. Aplikacje, jako pojedyncze twory, szybciutko, bo już za kilka miesięcy, powoli zaczną tracić na znaczeniu. Z czasem okaże się, że dzięki głębokiemu linkowaniu na przykład dobrze zaprojektowana mobilna strona internetowa będzie dawała lepsze doświadczenie niż pobrana aplikacja. Bo dostęp do produktów z kategorii mobile web jest prostszy niż do tych z kategorii mobile apps. Nie musisz nic ściągać. Po prostu chcesz zrealizować swoją potrzebę, a mobilny system operacyjny podsunie Ci rozwiązanie.

Nie wiem, czy znacie usnutą przez Google teorię mikromomentów. W skrócie chodzi o to, że dzisiaj wszyscy twórcy rozwiązań mobilnych konkurują o uwagę użytkowników, która zamyka się w owych mikromomentach. Po nasze smartfony sięgamy często, ale zazwyczaj nasze interakcje z nimi nie są zbyt długie. Chcemy zrealizować konkretną potrzebę – sprawdzić prognozę pogody czy wynik meczu, dowiedzieć się, jak samodzielnie naprawić pralkę czy gdzie znajduje się najbliższa knajpa z tajskim żarciem. Ową konkurencję o uwagę w ciągu mikromomentu wygrywają ci, którzy najlepiej zaadresują potrzeby użytkowników.

Idąc dokładnie tym tropem, Google w Androidzie wprowadziło funkcję Now on Tap, a Apple zmienia iOS w proaktywnego, prywatnego asystenta z prawdziwego zdarzenia. Następny krok to już tylko optymalizacja kosztów i stawianie na efektywne rozwiązania, które będą najlepiej realizowały potrzeby użytkowników, zapewniały najlepsze doświadczenia. I wcale nie muszą to być mniej bądź bardziej kobylaste aplikacje mobilne.


Ten artykuł pochodzi z archiwalnego iMagazine 07/2015

5

Paweł Luty

Jestem kuratorem treści – wyszukuję ciekawych tematów w czeluściach internetu i innych rzeczywistości, a później albo sam je opisuję i swoimi spostrzeżeniami dzielę się pisząc artykuły lub dzielę się linkami na Twitterze.


5
Dodaj komentarz

avatar
2 Comment threads
1 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
3 Comment authors
Stanisław OlszakkaefpeOlek Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Olek
Gość
Olek

Mam nadzieję że jeszcze długo nie będziemy zmuszeni do korzystania z aplikacji webowych. Doświadczenie pokazuje że aplikacje natywne są po prostu lepsze, działania płynniej i szybciej bądź też udostępniają funkcje nie do zrealizowania w inny sposób. Nie mówiąc już o tym że Siri nie obsługuje wielu języków ;)

kaefpe
Gość

aplikacje webowe przede wszystkim potrzebują dostępu do sieci, co w przypadku niektórych aplikacji jest bez sensu np. Pixelmator – do edycji obrazu nie jest mi potrzebny przecież internet

Stanisław Olszak
Gość
Stanisław Olszak

Jakość? A wydajność takiej aplikacji nie wpływa na jakość? Zawsze różnica będzie na korzyść aplikacji natywnej. Takie strony trzeba optymalizować pod różne platformy (no chyba, że je zablokujemy dla Chrome, Firefox i Edge) czyli skończy się pisanie na określony i niewielki zbiór urządzeń. Pozostaje jeszcze kwestia bezpieczeństwa — jak Apple będzie weryfikować i egzekwować od twórców przestrzegania warunków (najśmieszniej by było gdyby zupełnie inne warunki dla jednej strony narzucił Google)? Nie twierdze, że nie ma na to szans… ale jakoś tego nie widzę ;)

Jeszcze wisienka na torcie. Czytałem niedawno artykuł, w którym dowodzono przeciwnej tezy — koniec stron internetowych, portali i aplikacji webowych, wszystko ma zostać zastąpione aplikacjami natywnymi :)