Kindle Voyage – recenzja

15/11/2015, 21:01 · · · 5

Kolejne urządzenie do kompletu? Czytnik specjalnie do książek? Po co mi coś takiego, skoro mam już iPhone’a, iPada oraz komputer? Już śpieszę wytłumaczyć…

Mój pierwszy Kindle (tzw. Classic 4)

Moja historia z Kindle zaczęła się od modelu, który bodajże nazywany jest Classic 4. Zaopatrzyłem się w wersję z reklamami, która oficjalnie nie jest dostępna na polskim rynku. Dlaczego? Bo była tańsza. Bo nie byłem pewien, czy się do niego przekonam. Bo reklamy pojawiają się tylko na wyłączonym ekranie oraz na naszej półce książek, a nie w trakcie czytania.

Używałem go długo, obok iPada i iPhone’a, na których niewiele czytałem. A przynajmniej dopóki nie pojawił się iPad mini, który spowodował, że zacząłem powiększać swoją bibliotekę w iBooks. iPad miał jednak trzy mankamenty. Po pierwsze, trudno się czytało w słońcu. Po drugie, trzeba go ładować raz na dwa dni. Po trzecie, szkoda mi było go brać na plażę czy basen.

Mój pierwszy Kindle był na tyle tani, że nie zastanawiałem się, czy go brać ze sobą, czy nie – po prostu wrzucałem go do pokrowca, a pokrowiec do torby. Gdybym go utopił lub zniszczył, to nie płakałbym specjalnie za nim. Jak się później okazało, nie płakałem…

Aha – wkrótce po tym, jak go kupiłem, pojawił się model Paperwhite.

blogXTAA1493

Mój drugi Kindle – Paperwhite

Niestety Kindle przypadł również do gustu mojej drugiej połowie. Na tyle, że nie miałem do niego dostępu wtedy, kiedy chciałem. Kupiliśmy więc Paperwhite’a, dosyć późno po jego premierze. Podświetlany ekran był daleki od ideału, ale wieczorem nie musiałem zapalać lampki, aby wygodnie czytać.

Jak się okazało, ta cecha była szczególnie istotna w Indiach, gdy wypoczywaliśmy na Goa. Mieliśmy domek na plaży, z ogromnym łóżkiem (prawdopodobnie około 2,5 x 2,5 metra) oraz lampkami nocnymi obok niego. Rzecz w tym, że gdy robiło się ciemno, to wchodziliśmy pod moskitierę, która chroniła od latających i bzykających krwiopijców. To była przeszkoda, która znacząco utrudniała wyłączanie lampek nocnych, więc z lenistwa robiliśmy to przed wejściem do łóżka. Siłą rzeczy, ja mogłem nadal czytać, a Iwona niekoniecznie. Kończyło się więc na tym, że żadne z nas nie czytało. Dlaczego? Domyślcie się sami.

Choć Paperwhite kosztował dwukrotnie więcej niż mój pierwszy Kindle, to wart był tej ceny – jak widziałem ludzi z zewnętrznymi lampkami przyczepianymi do czytnika, to śmiać mi się chciało. To jak jechać kabrioletem na deszczu z otwartym dachem i parasolką…

Prawie zapomniałem – wkrótce po kupnie Paperwhite, na rynek trafił jego następca, czyli Paperwhite 2. Logiczne.

Niestety, oba nasze Kindle trafiły do rąk osób trzecich kilka miesięcy temu, gdy byliśmy w Maroko…

blogXTAA1494

Kindle Voyage

Zdecydowaliśmy się na najnowszy i najdroższy model Kindle Voyage, zamiast jego poprzednika – ten ostatni miał premierę pod koniec 2014 roku. Po pierwsze, nie chcieliśmy kupować dwuletniego Paperwhite 2, a po drugie – Voyage kusił nas kilkoma cechami. Jako topowy model, dwukrotnie droższy od „zwykłego Kindle’a”, liczyłem na to, że dłużej będzie wspierany przez producenta. Przed paroma dniami otrzymał update – dodano wsparcie dla „zaawansowanej typografii” oraz wprowadzono nowy font: „Bookerly”, który już stał się moim ulubieńcem. Po drugie, ma wbudowany czujnik światła, dzięki czemu automatycznie dostosowuje jasność do panujących warunków. Ręczne ustawianie niesamowicie irytowało mnie w Paperwhite. Niestety ma ogromną wadę – jeśli coś mu się stanie, to będę za nim płakał, i to mimo to, że zdecydowaliśmy się na wersję z reklamami.

blogXTAA1499

Ekran

Voyage ma nowy rodzaj ekranu – E Ink Carta HD – o rozdzielczości 1430 x 1080 pikseli (inne źródła piszą o 1448 x 1072) przy 6”, co w przeliczeniu daje nam 300 ppi. Oznacza to, że nie widać pikseli na ekranie – nazwijmy to odpowiednikiem Retiny. Całość jest ponadto przykryta szkłem, które wcale nie wygląda na szkło. Jest w każdym razie gładkie i przyjemne w dotyku. Wiele osób preferuje bardziej szorstki ekran Paperwhite, ale nowe rozwiązanie zdecydowanie przypadło mi do gustu. Największa zmiana jest jednak wizualna – ekran jest równy z ramką jak w iPadzie, a nie zagłębiony o milimetr jak 8-calowy ekran TFT w Compaq Contura z lat 90. ubiegłego wieku.

Regulacja jasności ekranu, przynajmniej w naszych egzemplarzach, działa wzorowo. Płynnie i niezauważalnie zmienia jasność, zupełnie jak w iPadach i przeciwnie do mojego HTC, który skacze z jasnością jak… no, wiecie jak kto i w którym sklepie. Brak tej funkcji tak mnie irytował w Paperwhite, że warto dopłacić do Voyage tylko za nią. Działanie tej funkcji nie jest jednak tak proste, jak „rozjaśnij ekran, bo jest ciemno”.

Załóżmy, że czytamy Kindle przy zapalonej lampce, gdy na dworze jest już ciemno – po jej zgaszeniu ekran najpierw odpowiednio się ściemni, ale nie na tyle, żeby różnica jasności była nieprzyjemnie nagła. Później rozpocznie powolne i stopniowe ściemnianie ekranu, które trwa wiele minut, aby nasze oczy stopniowo się przyzwyczajały do coraz mniejszej ilości światła, a jednocześnie tak, by tego nie odczuły w żaden sposób. Dla porównania, jeśli włączylibyśmy Kindle w ciemnym pokoju, to ekran byłby znacznie ciemniejszy, ponieważ zakładałby, że źrenice mamy już wyraźnie bardziej rozwarte. Niby szczegół, a robi sporą różnicę.

Bateria

Ładuję go nie częściej niż raz na dwa tygodnie. Zastrzeżeń brak.

blogXTAA1496

PagePress

Okazuje się, że na świecie są osoby, które lubią fizyczne przyciski do „przerzucania kartek” na swoich Kindle, oraz osoby, które preferują robić swipe na ekranie (lub jednorazowym dotknięciem). Należę do tej pierwszej grupy i bardzo ceniłem sobie krawędziowe przełączniki w Kindle 4. Niestety te zniknęły w Paperwhite, co oczywiście wywołało burzę wśród ich bardziej zagorzałych fanów. Ja się po prostu dostosowałem. Rozumiem, że brak ruchomych elementów poprawia bezawaryjność i umożliwia stworzenie cieńszego urządzenia, a to też pożądane cechy.

Voyage otrzymał hybrydę, łączącą fizyczne przyciski z czymś na wzór Apple’owego Force Touch – nazywają to PagePress. Jeśli ściśniemy krawędź urządzenia w miejscu oznaczonym pionowym cienkim paskiem, to przerzucimy stronę do przodu, a jeśli na kółku powyżej, to się cofniemy. Wykonanie funkcji dodatkowo potwierdzone jest przez haptic feedback – siłę wibracji możemy regulować w opcjach. Przyzwyczajenie się do tego zajęło mi kilka godzin i już nie przerzucam stron w inny sposób. Iwona, dla kontrastu, preferuje pacać paluchem w ekran i nie ma najmniejszego zamiaru korzystać z PagePress – dobrze, że znowu mamy wybór.

Wymiary zewnętrzne, waga i wykonanie

Kindle Voyage jest sporo cieńszy niż Paperwhite, a przy okazji nieznacznie lżejszy. Zrzucił 25 gramów względem Paperwhite i jest cieńszy o półtora milimetra. Stał się też niższy o 7 milimetrów oraz węższy o 2 milimetry. To niedużo, ale jak trafnie ujęła to Iwona: „Różnica jest ogromna!”.

Jakość obudowy jest wyraźnie lepsza w dotyku. Dla wielu osób nie ma to większego znaczenia, ale osobiście preferuję dotykać miłych materiałów. Plecy niestety nadal zbierają odciski palców tak, że żaden przestępca nie zdecydowałby się na jego kupno, a błyszczący element na ich górze jest po prostu brzydki. Na szczęście rzadko na niego patrzymy.

blogXTAA1497

Software

Ostatnia duża zmiana nastąpiła przed paroma dniami – o wprowadzeniu fontu Bookerly oraz zmian w typografii już wspomniałem wcześniej. Poza tym niewiele się zmieniło przez ostatnie lata – system jest prosty i stosunkowo intuicyjny. Mamy też możliwość zablokowania ekranu PIN-em. Nie korzystam z tego, bo to za bardzo denerwuje i prawdopodobnie będę żałował, jeśli go kiedyś zgubię (idę odpukać w niemalowane).

Na koniec

Oczywiście zaraz po kupnie naszych Kindle Voyage, Amazon wydał trzecią generację Paperwhite. Charakteryzuje się nadal zagłębionym ekranem, ale już w nowej technologii E Ink Carta HD i w rozdzielczości dorównującej Voyage. Nie ma czujnika światła. Jest oczywiście znacznie tańszy, ale nie żałujemy wyboru.

Voyage to prawdopodobnie pod każdym względem najlepszy czytnik na rynku, ale jednocześnie Amazon może jeszcze bardzo dużo poprawić. iBooks i jego typografia na iPadzie jest tak przyjemna dla oczu, że zawsze mi łzawią przy bezpośrednim porównaniu. Nadzieję daje funkcja „Enhanced Typesetting” – jeszcze nie mam żadnej książki z nią, więc może wkrótce będę mógł to ocenić (dodam, że trzeba na nowo pobrać książkę, aby poprawiona typografia zaczęła działać – jest częścią książek).

Zatem podsumowując już ostatecznie… Tak, warto mieć niezależny czytnik. Tak, warto kupić Voyage, ale jeśli szkoda Wam pieniędzy, to powinniście być też zadowoleni z Paperwhite. Nie, nie kupujcie dzisiaj czytnika bez podświetlania ekranu.

A teraz wracam do czytania, bo trylogia „Mistborn” Brandona Sandersona tak mnie wciągnęła, że nie mogę się od niej oderwać.

* * *

Ten artykuł pochodzi z archiwalnego iMagazine 9/2015



5

Wojtek Pietrusiewicz

Wydawca, fotograf, podróżnik, podcaster – niekoniecznie w tej kolejności. Lubię espresso, mechaniczne zegarki, mechaniczne klawiatury i zwinne samochody.