iMagazine

Skullcandy Grind Wireless

29/05/2016, 11:16 · · · 4

Są dwa pytania, na które natychmiast odpowiadam „nie”: „kierowniku, poratuj na piwo” i „poleć mi jakieś tanie bezprzewodowe słuchawki”. Z tym drugim mam obecnie kłopot, bo po przetestowaniu Grind moje podejście do słuchawek Bluetooth trochę się zmieniło.

Skullcandy jest rozpoznawalną marką, choć w Polsce nie jest często spotykana. Słuchawki tej firmy mają ten sam problem, co Beats: panuje opinia, że płaci się w nich jedynie za wygląd, bo brzmienie jest nieadekwatne do ceny. W przypadku kosztujących niespełna 400 złotych Grind nie miałem wielkich oczekiwań, taka kwota nie jest wygórowana jak na słuchawki bez kabla, niemniej jednak postanowiłem zmierzyć się z mitem o przeciętnej jakości. I, jak to z mitami bywa, rzeczywistość okazała się zupełnie inna, niż ją malują.

Grind Wireless_2016_Tan Camo Brown_S5GBJW-558_4U7A9957

Skullcandy kieruje swoją ofertę do młodych ludzi, chodzących w słuchawkach po ulicy. Oznacza to, że muszą pasować do ich stylu, a nie jest to takie proste. Uniwersalna czerń czy biel, która za ekstrawagancką uznawana była kilkanaście lat temu, to kolory, których firma unika. Grind występuje w sześciu wariantach kolorystycznych, różniących się zarówno barwą, jak i wzorami. Gdybym musiał wybierać, miałbym problem, bo kilka wersji niesamowicie mi się spodobało i najzwyczajniej w świecie nosiłbym je na zmianę. Sama konstrukcja jest bardzo prosta, wręcz podstawowa – okrągłe nauszniki umieszczono na metalowym, płaskim pałąku, którego długość możemy regulować. Większa część pałąka, opierająca się na głowie, jest szersza, a od spodu ma cienką warstwę gąbki przykrytej oddychającym materiałem. Nauszniki są średniej wielkości, zakrywają niemal całe ucho (niemniej jednak nie chowa się ono do środka). Pomimo to, że Grind wyglądają solidnie, nie są ciężkie. Jakość materiałów nie budzi zastrzeżeń, są dobrze spasowane, plastik nie trzeszczy, nie ma też ostrych krawędzi.

Grind Wireless_2016_Black Chrome Black_S5GBJW-539_2045

Konstrukcja Grind została też nieźle przemyślana pod względem obsługi. Bateria jest ładowana przez standardowe microUSB, dodatkowo w prawym nauszniku znalazło się gniazdo miniJack, do którego można podłączyć znajdujący się w zestawie przewód. Wbudowany akumulator działa przez około 12 godzin, o ile słuchamy muzyki z głośnością nieco niższą niż maksymalna (a słuchawki są naprawdę głośne). Z tyłu nausznika umieszczono trzy przyciski do sterowania odtwarzaniem, działające w dokładnie ten sam sposób, co pilot w EarPods od Apple. Środkowy przycisk odpowiada za przełączanie utworów, a skrajne regulują głośność. Dzięki temu, że każdy z nich ma odmienny kształt, używanie ich nie jest trudne nawet wtedy, gdy się poruszamy. Nie noszę ich cały dzień, ale zdarza się mi spędzić kilka godzin z nimi na uszach. Ich ciężar mi nie doskwierał, jest rozsądnie rozłożony, a po dopasowaniu długości pałąka nauszniki nie uciskają głowy. Jedynym, co dawało się we znaki, były grzejące poduszki z syntetycznej skóry. Po godzinie jest w nich już ciepło, po dwóch potrzebowałem przerwy. Nie, żeby było to coś wyjątkowego – podobny problem mam ze skórzanymi, również nausznymi Bowers & Wilkins P5. Grind to słuchawki na ulicę, tłumiące sporo dźwięków z zewnątrz i zbudowane tak, by łatwo się nie zniszczyły. Obawiałem się, że na matowym plastiku pojawią się rysy, nawet po noszeniu luzem w plecaku nie ma jednak na nich niemal żadnego śladu.

Grind Wireless_2016_Black Black Tan_S5GBW-J543_4U7A8663

Brzmienie Grind zastanawiało mnie od samego początku. Po wygrzaniu słuchawek przez kilkanaście godzin przesłuchałem kilka list, które odpalam, by sprawdzić każdy sprzęt audio. Nie było dla mnie zaskoczeniem, że Grind poradziły sobie dobrze z niskimi tonami, szczególnie w muzyce elektronicznej oraz cięższych, monotonnych brzmieniach z mocnym basem, które towarzyszą mi podczas treningów. Gubiły się natomiast w lekkim rocku, gdy perkusja uderzała delikatniej, ale odgrywała w wielu momentach kluczową rolę. Brakowało im wtedy trochę mocy. Dobrze brzmiały partie wokalne, równie dobrze słucha się na nich audycji radiowych i audiobooków. Wysokie tony nie kłuły, choć potrafiły zlewać się ze sobą. Grind radzą sobie najlepiej z szeroko rozumianym popem, gdzie mocne uderzenie i wokale pełnią najważniejszą funkcję.

Arthur Longo_2016_Grind Wireless_Black Black Tan_S5GBW-J543_2004

Gdybym polegał jedynie na opiniach innych, a nie próbował wyrobić sobie organoleptycznie własnego zdania, prawdopodobnie nigdy nie używałbym iPhone’a, „bo jest drogi i oferuje mało funkcji”. W przypadku Skullcandy było podobnie – po dokładnym przesłuchaniu mogę śmiało polecić słuchawki tej firmy każdemu, kto oczekuje wygodnego słuchania w ruchu. Stosunek ceny do jakości jest świetny, dostajemy bowiem bardzo wytrzymały sprzęt, który brzmi dobrze i niesamowicie długo działa na baterii.

Ten artykuł pochodzi z archiwalnego iMagazine 03/2016

4

Paweł Hać

Ten od Maków i światła. Na Twitterze @pawelhac