Garmin Vivoactive

30/05/2016, 19:01 · · · 1

Apple Watch i Garmin Fenix uświadomiły mi, jak wielka przepaść dzieli smartwatche i zegarki sportowe. Każde z tych urządzeń jest świetne w swojej klasie, ale w tym drugim zakresie radzi sobie… cóż, tak sobie. Vivoactive ma być pośrodku i, choć początkowo byłem sceptyczny, to faktycznie sprawdza się jako smartwatch.

Wypada zacząć od tego, czym jest Vivoactive. Garmin znany jest ze sprzętu sportowego i w tym przypadku również bazował na swoim olbrzymim doświadczeniu w tej kategorii urządzeń. Widać to głównie w oprogramowaniu, bo wizualnie Vivoactive można pomylić choćby z LG G Watch. Ma prostokątną, plastikową kopertę, dwa fizyczne przyciski na bocznych krawędziach i dwa dotykowe pod wyświetlaczem, pasek natomiast zrobiono z gumy i opatrzono klasyczną klamerką. Jest niezwykle lekki i płaski, co nie jest domeną sportowych zegarków z GPS (a Vivoactive go ma). Złącze ładowania umieszczono na dekielku koperty i, podobnie jak w przypadku innych urządzeń Garmina, wymaga ładowarki przeznaczonej wyłącznie do tego modelu. Nigdy nie zrozumiem, dlaczego przy tak dużej liczbie dość podobnych modeli firma nie zdecyduje się na opracowanie jednego standardu, który ułatwiłby choćby doładowanie zegarka u znajomego.

vivo-4

Na zdjęciach Vivoactive wygląda bardzo topornie, ale na żywo robi dobre wrażenie, głównie za sprawą kompaktowych wręcz wymiarów. Nie jest też aż tak kanciasty, a błyszczące przyciski dodają mu nawet nieco elegancji. Prezentuje się zdecydowanie lepiej niż większość sportowych zegarków, a jednocześnie nie przeraża wymiarami. Dla osób wahających się nad zakupem z pewnością będzie to argument „za”. W zegarkach sportowych zdecydowanie preferuję obsługę za pomocą przycisków, ekran dotykowy daje większą swobodę podczas poruszania się w menu, ale wymaga też większej precyzji i patrzenia na niego. To z kolei nie sprawdza się podczas treningu, gdy nie chcę się zatrzymywać. Vivoactive ma zarówno dotykowy ekran, jak i przyciski, co w tym przypadku jest rozsądnym kompromisem. Ma bowiem być czymś więcej niż sprzęt sportowy i obsługiwać choćby powiadomienia z telefonu. Tymi zdecydowanie łatwiej zarządzać za pomocą interfejsu dotykowego. Przyciski fizyczne służą do wywoływania menu, włączania podświetlenia (istotne) oraz pauzowania i wznawiania treningu (bardzo istotne). Pomiędzy ekranami danych przełączamy się już dotykowo, gestami, co ostatecznie można zaakceptować. Dotykowy interfejs Vivoactive zawiera zarówno znane już z innych modeli elementy, jak i kilka nowości. Zegarek obsługuje aplikacje Connect IQ, można więc do niego doinstalować kilka przydatnych oraz mnóstwo zbędnych aplikacji. To olbrzymia zaleta, funkcje urządzenia można bowiem dość łatwo dopasować do swoich wymagań. Do dodania są zarówno pola danych w aplikacjach treningowych, widżety (takie jak kalendarz, informacje o tętnie, pogodzie czy wysokości) oraz cyferblaty. Sam ograniczam się raczej do podstawowego zestawu aplikacji, w sklepie znalazłem jednak przynajmniej kilka wartych sprawdzenia (wszystkie pozycje w sklepie są bezpłatne). Connect IQ dostępne było dotąd jedynie na najwyższych modelach Garmina (takich jak Fenix, Forerunner 920XT czy Epix), ale z uwagi na to, że Vivofit ma być „smart”, zaimplementowanie tej platformy również tutaj wydawało się oczywiste.

vivo-3

W Vivoactive dodano menu, które przypomina smartfony i smartwatche. Wysuwa się ono po wciśnięciu prawego bocznego przycisku odpowiadającego za trening. Widoczne są w nim ikony wszystkich aplikacji treningowych, znajdowanie telefonu (za pomocą włączenia na nim alarmu), a także historia aktywności. Na zegarku są zapisywane wszystkie treningi, ale pełne ich dane można przeglądać jedynie z poziomu specjalnej aplikacji na smartfona bądź na stronie Garmin Connect, uprzednio trzeba je jednak zaimportować po synchronizacji zegarka z komputerem lub telefonem. Vivofit nie ma Wi-Fi, nie robi tego więc automatycznie, ale dzięki Bluetooth może to zrobić zaraz po włączeniu aplikacji.

vivo-1

Właśnie, aplikacja: po ostatniej aktualizacji stała się świetna, bardzo czytelnie pokazuje aktywności, wliczając w to trasę, wykresy prędkości, wysokości i tętna, daje też dostęp do wielu innych informacji. Pozwala także porównywać swoje wyniki z innymi użytkownikami Connect oraz synchronizować kalorie, dystans i kroki z systemową aplikacją Zdrowie na iOS. Z telefonu ponadto można dodawać nowe tarcze i aplikacje z Connect IQ, komputer jest do tego całkowicie zbędny. Ścisła współpraca ze smartfonem zaowocowała też obsługą powiadomień, ta, niestety, jest jedynie poprawna. Urządzenie ma sporadyczne problemy z połączeniem Bluetooth, dlatego też kilka razy komunikat pojawił się u mnie z opóźnieniem. Nie było to jednak problemem, przesunięcie w czasie sięgało maksymalnie minuty. Gorzej, że z powiadomieniami można niewiele zrobić. Przeczytanie SMS-a – żaden problem. Zerknięcie, kto mnie śledzi na Instagramie – podobnie. Długiego maila nie da się przeczytać, bo po kilku przewiniętych ekranach tekst jest ucinany, ale smartwatch przecież nie do tego służy. Bardzo brakuje mi jednak opcji szybkiej odpowiedzi, takiej, którą definiuję z góry, a później tylko wybieram z krótkiej listy. Na większość SMS-ów odpowiadam „tak” lub „nie” i podejrzewam, że nie jestem jedynym, któremu to wystarcza.

vivo-5

Urządzenie ma pięć podstawowych widżetów, z których korzystałem. Oprócz wspomnianych już powiadomień oraz niewymagających komentarza kalendarza i przełączania utworów w odtwarzaczu mamy też aplikację pogody i aktywności. Ta pierwsza przydaje się do planowania treningu, miewa jednak problemy z pobieraniem danych z telefonu (i to nawet wtedy, gdy pozostałe aplikacje się synchronizują). Aktywność wyświetla natomiast na półkolistym wykresie dzienny postęp, spalone kalorie, liczbę zrobionych kroków oraz to, jak długo byliśmy bezczynni. Zegarek potrafi przypomnieć nam, by wstać, nie robi tego jednak nachalnie i w przypadku, gdy go ignorujemy, nie atakuje alarmem co chwilę. Z tego widżetu można włączyć też monitorowanie snu (zegarek nie wykrywa sam momentu zaśnięcia), a dane o jego fazach synchronizowane są z Connect.

vivo-2

Vivoactive to przede wszystkim zegarek sportowy, czego nie widać od razu, ale po zagłębieniu się w opcje dostrzegamy, że zakres jego zastosowań w dużym stopniu pokrywa się z tym, co oferują modele przeznaczone do treningów. Na urządzeniu zainstalowano kilka aplikacji do biegania, jazdy na rowerze oraz pływania, zarówno na zewnątrz, jak i w zamkniętym pomieszczeniu (różnica jest taka, że tryby „na zewnątrz” korzystają z GPS, a pozostałe bazują jedynie na czujniku ruchu). Każdy program może wyświetlać do trzech ekranów danych, zawierających po trzy informacje. Łącznie da się więc monitorować dziewięć parametrów – jak dla mnie to aż nadto, ale nie należę do grona profesjonalnych biegaczy. Zegarek pozwala mierzyć dystans, tempo i prędkość, wszystkie z podziałem na okrążenia lub z całego treningu, pokazuje też rytm, tętno i jego strefy, o ile powiążemy z nim pasek na klatkę piersiową. Wyświetla też różnice wysokości, spalone kalorie, kroki i temperaturę. Dodatkowo można także włączyć alarm wysokiego bądź niskiego tempa – to dla mnie jedna z ważniejszych funkcji. Podczas biegu zmiana wybranego ekranu danych jest nieco męcząca – zdecydowanie wolę przyciski niż dotyk, ponadto biegając w rękawiczkach, obsługa ekranu jest niemożliwa (chyba że są one dostosowane do takich wyświetlaczy). Dane mogą też przełączać się automatycznie, co jest pewnym rozwiązaniem, nie pozwala ono jednak kontrolować tego, co aktualnie widzimy. O ile pod względem funkcji Vivofit jest całkiem bliski zegarkom biegowym z wyższej półki, to sprzętowo trochę od nich odstaje. GPS potrzebuje ponad minuty, by złapać zasięg; testowałem już kilka zegarków Garmina i każdy miewał problemy z sygnałem, o jednak nie było regułą. W tym przypadku jest niestety słabiej. Na pochwałę zasługuje natomiast ekran, który nawet bez podświetlenia jest czytelny, ma też niezłe kąty widzenia. Obudowa jest wodoszczelna do ciśnienia 5 ATM – według producenta można z nim pływać, zanurzenie się głęboko pod wodę lub bardzo dynamiczne pływanie może się jednak źle skończyć.

Smartwatch stał się dla mnie czymś równie naturalnym co wcześniej zegarek. Możliwość podejrzenia powiadomień na nadgarstku sprawiła, że bardzo rzadko sięgam po telefon. Dzięki temu, że Vivofit również to robi, nie miałem „syndromu odstawienia” Apple Watcha. Zegarek Garmina radzi sobie co prawda znacznie gorzej z komunikacją z iPhone’em i nie jest tak uniwersalny, niemniej jednak daje dostęp do tych informacji, które na zegarku odczytuję najczęściej (i nie, nie jest to tylko godzina). Deklasuje natomiast smartwatcha Apple w kwestii treningów, co jest zasługą wbudowanego GPS-a oraz wygodnych i łatwych w konfiguracji ekranów danych. Nawet gdyby był pozbawiony funkcji „smart”, mógłbym go z czystym sumieniem polecić. Powiadomienia i widżety to jedynie dodatek do solidnych aplikacji treningowych.

Ten artykuł pochodzi z archiwalnego iMagazine 04/2016



1

Paweł Hać

Ten od Maków i światła. Na Twitterze @pawelhac