iMagazine

Recenzja Sony Alpha 7R II

28/04/2017, 11:18 · · · 0

Kilka lat temu Sony wprowadziło na rynek pierwszy pełnoklatkowy aparat bez lustra. Niedługo później zadebiutowała jego druga generacja. Od tamtej pory czekałem na okazję, żeby go przestrzelić. Doczekałem się. Nie zawiodłem się, ale mam kilka mieszanych uczuć.


Ten artykuł pochodzi z archiwalnego iMagazine 12/2016




Trochę kontekstu

W kwietniu 2015 roku kupiłem Fuji X100T o matrycy APS-C i niewymienny obiektyw 23 mm f/2 (odpowiednik 35 mm na pełnej klatce), aby mieć aparat, który będę ze sobą częściej zabierał. Mój Nikon D700, nawet z obiektywem 35 mm f/2, był za duży, aby go zabierać „do kieszeni” czy nawet do torby. Miałem do niego specjalny plecak, z miejscem na obiektywy, filtry i akcesoria. Komplet ważył skromne 10 kilogramów (5–7 kg, jak nie zabierałem ze sobą wszystkiego) i odkąd w domu zawitał Fuji, to Nikon się kurzył. Nie korzystałem z niego w ogóle…, więc go sprzedałem.

Od tamtej pory rozglądam się za czymś, co go zastąpi i na rynku obecnie są tylko trzy aparaty, które wzbudziły moje zainteresowanie: Sony A7R II, Fuji X-Pro2 i Fuji X-T2. Tylko ten pierwszy ma matrycę pełnoklatkową, na której zależy mi tylko z jednego powodu – możliwości uzyskania małej głębi ostrości. Matryce APS-C z ostatnich lat są na tyle dobre, że w zupełności mi wystarczają pod względem tak zwanego IQ (z ang. image quality), ale żeby za ich pomocą uzyskać tak małą GO, jak w aparacie pełnoklatkowym, należy mieć obiektyw o półtorej działki jaśniejszy (w dużym skrócie!). Ogólnie optyka i matematyka za tym całym zagadnieniem jest ciut bardziej skomplikowana, ale dla celów tego artykułu rozpisywanie się na ten temat nie ma sensu. Zamiast tego porównajmy głębię ostrości dwóch popularnych aparatów i ogniskowych, aby obliczyć głębię ostrości obiektu (człowieka) stojącego dwa metry dalej:

  1. Aparat pełnoklatkowy + obiektyw 85 mm f/1.8 = 57 mm głębia ostrości.
  2. Aparat APS-C + obiektyw 56 mm f/1.2 = 59 mm głębia ostrości.

56 mm to odpowiednik 84 mm na pełnej klatce (będę używał też zapisu FF – full frame), ponieważ mnożnik matrycy APS-C wynosi 1,5x. Jeśli to nie jest dla Was jasne, to zapraszam do serii „Podstawy fotografii” w iMag Weekly.

Sony A7R II – specyfikacja

Alpha 7R II to wyjątkowy aparat na rynku. To jedyny pełnoklatkowy bezlusterkowiec ważący mniej niż wiele lustrzanek z matrycami APS-C – 625 gramów. Jego matryca jest typu BSI-CMOS (podświetlana) – pierwsza tak duża wykonana w tej technologii – bez filtru dolnoprzepustowego, o rozdzielczości 42 MP. To oznacza, że aparat wypluwa zdjęcia w rozdzielczości 7952 x 5304 pikseli. Zakres ISO jest dostępny od 50 do 102400, a matryca jest dodatkowo stabilizowana w pięciu osiach. Za wizjer służy elektroniczny wyświetlacz – jeden z największy na rynku – o mnożniku 0,78x, większy nawet od optycznych, na przykład w najnowszym Canonie 1D X Mark II (ciekawostka: nawet Fuji X-T2 ma większy wizjer od tego Canona). Dla moich oczu to ogromna ulga – doceniałem jego rozmiar w każdej sekundzie kadrowania. Jest też kwestia autofocusa, tak krytykowanego przez wielu – A7R II ma 399 pół AF opartymi o detekcję fazy. To o 338 więcej niż Canon 5D Mark IV. Liczby to jedno, ale ciekawy byłem, jak to się sprawdzi w praktyce.

Szczegółową specyfikację techniczną znajdziecie na stronie producenta, tutaj.

Obsługa

Interfejsy aparatów to ciągłe zmiany i ewolucja. Nie znam dwóch takich samych aparatów tego samego producenta, z różnych kategorii, które posiadałby takie samo rozmieszczenie przycisków. Za systemem Canona nie przepadam – wymaga częstego odrywanie wzroku od wizjera – a Nikon z kolei błądzi z roku na rok. D700 zaadoptował system przełączników i przycisków z D3, czyli „profesjonalny”, ale D750 już przejął interfejs z amatorskiego D7000. Brak spójności i logiki jest tutaj przerażający (dlatego między innymi nie kupiłem D750). Z kolei Fuji zdecydował się na ewolucję przy każdej kolejnej generacji. Zmiany pomiędzy Fuji X100, X100S, a X100T były delikatniejsze niż u dużych graczy, ale znacznie bardziej zorientowane na komfort pracy fotografa zamiast na przypadek losu. A jak to wygląda w Sony?

Największą zaletą wszelkich przycisków na obudowie Sony jest to, że można ich przeznaczenie zmienić pod swoje potrzeby. Potrzebowałem jednak dobrego tygodnia, aby przyzwyczaić się do nowego układu funkcji i też nie do końca rozwiązałem problem z przestawieniem AF pod jakiś tylny przycisk. To dla mnie kluczowa funkcja – spust migawki służy do robienia zdjęć, a kciukiem włączam lub wyłączam autofocus. Powód stojący za tym jest prosty – w określonych sytuacjach ustawiam sobie wcześniej AF i wiem, że nie przegapię ujęcia, bo aparat nie będzie błądził po scenie. Wiem też, że AF mnie nie zawiedzie, bo jak go raz ustawię, to więcej nie muszę z niego korzystać do danego ujęcia, chyba że obiekt zmieni położenie (co rzadko się zdarza w przypadku budynków lub pejzaży).

Jeśli chodzi o same przyciski i body, to całość sprawia wrażenie bardzo solidne. Implementacja całości jest na tyle dobra, że bez problemów obsługiwałem aparat w bawełnianych rękawiczkach średniej grubości. To miła odmiana, bo z innymi aparatami często się męczyłem w niesprzyjających warunkach pogodowych.

Autofocus

Mam wrażenie, że mój Nikon D700 potrafił (zależnie od obiektywu) ostrzyć szybciej, chociaż jednocześnie przyznaję, że A7R II używałem głównie w bardzo nieciekawych sytuacjach oświetleniowych, co wynikało z obecnej aury. Niemniej jednak mnie nie zawiódł – nie udało mi się zrobić ani jednego zdjęcia, gdzie system wyostrzył nie na to, co chciałem. Podsumowując – jest precyzyjnie i wystarczająco szybko do fotografii ulicznej, pejzaży i architektury. Do sportu, jeśli ktoś go fotografuje zawodowo, raczej szukałbym czegoś szybszego, ale jednocześnie podpowiem, że ktoś, kto robi to dla przyjemności, poradzi sobie bez problemów.

Ręczne łapanie ostrości

Są sytuacje, w których lubię ręcznie łapać ostrość lub doostrzać. Większość lustrzanek w tej sytuacji sprawuje się wzorowo – AF łapie ostrość, a my potem możemy ją poprawić odpowiednim pierścieniem na obiektywie. Być może A7R II ma też taką możliwość, ale nie udało mi się do niej dojść – niestety system menu w tym aparacie to jego pięta achillesowa.

Ogromne wrażenie zrobił na mnie tryb ręcznego ostrzenia z włączonym peakingiem. Peaking polega na tym, że brzegi elementów, które są ostre w danym kadrze, podświetlane są w wizjerze na wybrany przez użytkownika kolor (czerwony, biały, żółty i być może jeszcze jakiś jeden). Dzięki dużemu wizjerowi i świetnie działającemu peakingowi używałem go prawie non-stop, z ogromnym komfortem. Dla kontrastu mój Fuji również ma peaking, ale nie korzystam tam z niego w ogóle. Nie potrafię nawet powiedzieć dlaczego, ale rozwiązanie Sony’ego jest dla mnie rewelacyjne. Głównym powodem niezadowolenia z Fuji jest prawdopodobnie fakt, że kręcenie elektronicznym pierścieniem ostrości na obiektywie nie przypomina wrażeń z pierścienia mechanicznego. Sony również stosuje focus-by-wire, ale działa on praktycznie wzorowo – różnica dla mnie względem fizycznego systemu była praktycznie niezauważalna.

Prawie jak Leica

Jest jeden aspekt aparatu, którego nie da się zawrzeć w żadnej specyfikacji technicznej – to, jak czujemy go w ręce. To oczywiście bardzo, bardzo (bardzo!) subiektywna kwestia, bo każdy z nas ma inne oczekiwania, doświadczenia i sposób postrzegania rzeczywistości.

Jak pierwszy raz, prawdopodobnie grubo ponad 25 lat temu, wziąłem do ręki Olympusa OM-2, to miałem wrażenie, że to czołg wśród aparatów. Szczególnie w porównaniu do plastikowego Pentaxa z serii idiotenkamera, którego rodzice mi kupili. Później, jak go pierwszy raz upuściłem, okazało się, że czołgiem niestety nie jest, ale nie o to chodzi. W ręce po prostu sprawiał wrażenie sprzętu premium, dopracowanego pod każdym względem z zegarmistrzowską precyzją. Drugi aparat, który wywarł na mnie podobne wrażenie, był Leiką M9-P – wrażenie nie do opisania. Niektóre aparaty najzwyczajniej na świecie wywołują emocje u użytkownika – wystarczy je wziąć do ręki i ewentualnie przyłożyć do oka. Trudno to przełożyć na słowo pisane, ale różnica jest mniej więcej taka, jak pomiędzy Casio za 100 złotych i mistrzowskim Patek Phillipe za 1… milion… euro. Czasami jednak na rynek trafi produkt, który nie kosztuje fortuny, a który również wzbudza takie emocje. Ten wyczyn udał się Fuji kilkukrotnie – za każdym razem czuję mrowienie w lewej pięcie, jak do rąk biorę X100 lub X-Pro1.

Tego uczucia w przypadku A7R II nie miałem. Jak go wziąłem do rąk, to nie porwał moich zmysłów. To mogło wynikać z kilku kwestii, w tym rozmiaru obiektywu, jaki był do niego doczepiony – Sony FE 85 mm f/1.4 GM to piękne szkło, ale waży 820 gramów, czyli o 200 więcej niż sam aparat. Podejrzewam, że przy obiektywach, które preferowałbym do niego podpinać, mieszczących się w granicach 120-240 gramów, miałbym inne odczucia. Ale jak go podniosłem do oka, to już nie miałem wątpliwości.

O ile Fuji wywołuje u mnie emocje dzięki designowi retro, to Sony przede wszystkim zdobył moje uznanie za „gęstość”. Jak się go bierze do ręki, to czuć, że nie jest to plastikowa zabawka. Na pierwszy rzut oka wygląda jak aparat ważący nie więcej niż 300 gramów, ale w dłoni te 620 gramów, pomimo że nie obciąża nadgarstków, to daje poczucie bezpieczeństwa swoją jakością. Ponownie nie potrafię tego odpowiednio ubrać w słowa… więc po cichu liczę, że rozumiecie, co mam na myśli.

Sony FE 85 mm f/1.4 GM

W komplecie z A7R II dostałem obiektyw z serii G Master – topowej serii nowych obiektywów Sony – przeznaczonych między innymi do Alphy. Miałem w swoim życiu wiele pięknych szkieł, a to plasuje się na samym szczycie, jeśli chodzi o jakość wykonania. Co ważniejsze, pięknie rysuje, a przy pełnej dziurze nadaje rejestrowanym scenom tak rzadko spotykaną trójwymiarowość. No i jest ostre jak żyleta przy f/1.4 – to się rzadko zdarza, szczególnie przy matrycy o tak wysokiej rozdzielczości, która potrafi gorsze jakościowo obiektywy całkowicie zdemolować, ujawniając ich każdą najmniejszą wadę.

Są niestety też wady

Sony Alpha 7R II wywarł na mnie pozytywne wrażenie pod prawie każdym względem. Niestety, w dwóch kwestiach jest gorzej.

Pierwszym problemem jest oprogramowanie aparatu. Menu i to jak jest ułożone, jest tragiczne. Podobnie myślałem o tym w Nikonie i Fuji – pod tym względem chyba Canon ma najlepszych projektantów – ale zmieniłem zdanie. Menu w A7R II wchodzi na kompletnie inny poziom abstrakcji. Był moment, w którym autentycznie poświęciłem piętnaście minut na szukanie jednej funkcji. Z czasem się do niego przyzwyczaiłem i stało się mi obojętne, ale to tutaj Sony powinno włożyć największy wysiłek, aby poprawić UI.

Drugim problemem jest wsparcie dla zapisywania plików RAW. Jak wspominałem, aparat robi zdjęcia w 42 MP, a użytkownik może się zdecydować na jeden z dwóch sposób ich zapisywania: bez kompresji lub z kompresją stratną. Ani jedno, ani drugie, nie jest do zaakceptowania dla mnie. W tym pierwszym przypadku otrzymujemy pliki ważące po 86 MB (jedno zdjęcie!), a w drugim tracimy na jakości. Każdy inny producent oferuje 14-bitowe pliki RAW, z bezstratną kompresją. Ich rozmiar jest oczywiście większy niż tych skompresowanych z utratą jakości, ale mniejszy niż w ogóle nieskompresowany. To jedyna opcja, którą w pełni akceptuję. Idealny kompromis. Nie rozumiem, dlaczego Alpha nie ma takiej funkcji, tym bardziej że 86 MB pliki powinny wtedy zmniejszyć rozmiar do około 56 MB, czyli o około 35%. To ogromna różnica. Bez utraty jakości!

Trzecią (potencjalną) wadą jest oczywiście wysoka cena, szczególnie jeśli się fotografuje dla przyjemności. Czternaście tysięcy złotych to sporo, ale jednocześnie całkowicie do zaakceptowania, patrząc na konkurencję.

Podsumowanie

Patrzyłem na A7R II jako na aparat dla osoby podróżującej lub często się przemieszczającej i w takiej konfiguracji spisuje się wzorowo. Oczywiście nie z 85-tką Sony’ego – jest za ciężka – ale z mniejszymi obiektywami. Zajmuje mniej miejsca, waży mniej i pomimo znacznie mniejszej oferty obiektywów niż u konkurencji jest prawie wszystko, czego człowiek zapragnie. Osobiście w ofercie firmy brakuje mi obecnie 35-tki f/2.0 – jest ta ogniskowa w konfiguracji f/2.8 i f/1.4, ale pierwsza jest za ciemna, a druga za duża. f/2 to mój ulubiony kompromis. No i nie tracimy nic na jakości zdjęć, a wręcz mamy jeszcze lepszą niż w popularnych lustrzankach.

Realnie, jeśli ktoś nie potrzebuje dzisiaj aparatu do zawodowego fotografowania ślubów, dzikich zwierząt albo sportu, nie widzę żadnego powodu, aby się pchać w duże i ciężkie lustrzanki.

Alpha „robi robotę”.


Wojtek Pietrusiewicz

Wydawca, fotograf, podróżnik, podcaster – niekoniecznie w tej kolejności. Lubię espresso, mechaniczne zegarki i zwinne samochody. Niedawno rozpocząłem prowadzenie kursów Lightrooma i fotografii na Pikselowe.pl – zapraszam.


Dodaj komentarz