Wymiana zepsutego iPhone’a po gwarancji na nowego

21/05/2017, 08:14 · · · 14

Przez lata mojej „kariery” pisacza technologicznego udało mi się mówić źle o Apple w praktycznie każdym kontekście. Narzekałem na ich politykę cenową. Na ich manię ograniczania systemowo starszych urządzeń. Na jakość ich sprzętów. Raz nawet wściekłem się na sposób w jaki zwrócili się do mnie w mailu. Nigdy za to nie miałem zażaleń do tego jak funkcjonuje ich wsparcie. Wczoraj obliczyłem, że każdy iPhone, którego kupiłem, prędzej czy później lądował w serwisie przez jakąś wadę fabryczną. Ale każdy z nich był wymieniany na nowy (chociaż wszyscy wiemy, że to są raczej odświeżone sprzęty). Przywykłem po prostu do tego, że dopóki mam gwarancję, mogę liczyć na nową sztukę jeśli starej coś się stanie. Właśnie, dopóki mam gwarancję…

Rzecz dzieje się w słoneczny piątek w Barcelonie, kiedy to w końcu zebrałem się, żeby naprawić swojego popsutego iPhone’a 5s. To telefon, którego właścicielem stałem się pod koniec 2015 roku lub na początku 2016. Nieważne. Istotne jest, że gdy go rozdziewiczałem miał przed sobą 3 miesiące gwarancji – pochodził bowiem z wymiany w ramach ubezpieczenia w T-Mobile. Mniej więcej pół roku później zaczął sprawiać problemy. Co jakiś czas wywalał komunikat o braku karty SIM, mimo że była w środku, by wreszcie kompletnie zignorować istnienie slotu. Objawiało się to w absurdalny sposób – telefon usilnie szukał sieci nawet jeśli kartę się z niego wyjęło. Przedyskutowałem sprawę z Jarkiem z MacLife i diagnoza była prosta: padła płyta główna. Niestety, nie da się jej naprawić, zazwyczaj wymienia się cały telefon, a taka operacja jest droższa od zakupu nowego, zafoliowanego iPhone’a. Ostatecznie olałem temat i używałem go jak iPoda (tzn. leżał w szufladzie).

O jego istnieniu przypomniałem sobie, gdy Play uruchomiło Wi-Fi Calling. Gdyby udało mi się choć na chwilę sprawić, by telefon zobaczył moją kartę, mógłbym używać nowej usługi i oszczędzić trochę na roamingu (mieszkam za granicą). Przez dobre 17 minut wkładałem, wyciągałem kartę, włączałem, wyłączałem telefon, aż wreszcie się udało. Zalogował się do sieci, ale nie mogłem uaktywnić Wi-Fi Calling. Usługa wymagała nowszego iOS niż miałem zainstalowany. „Nic prostszego”, pomyślałem. Jednak próba zrobienia aktualizacji z poziomu telefonu skutkowała „nieznanym błędem”. Jak się domyślacie, efekt popsutej płyty głównej. Nie dałem za wygraną. Pobrałem oprogramowanie na komputer, włączyłem iTunes i na siłę zrobiłem aktualizację.

A przynajmniej tak mi się wydawało. Mniej więcej pod koniec instalacji dostałem błąd 48 i proces się przerwał. Telefon wisiał na logo Apple, a po chwili wyświetlił monit o podłączenie do iTunes. Kilkukrotnie próbowałem go przywrócić, lecz zawsze efekt był ten sam. Mój iPhone już nie mógł nawet służyć za iPoda. Teraz był przyciskiem do papieru i musicie wiedzieć, że w tej roli sprawdził się wyśmienicie. Przytrzymał mi niejeden list i przynajmniej kilka dokumentów.

Wróćmy jednak do tego słonecznego piątku. Niespecjalnie pełen nadziei podreptałem do Apple Store i zapisałem się na listę oczekujących na spotkanie z Geniusem. Co prawda mogłem się umówić na konkretną godzinę przez internet, ale nawet nie pytajcie dlaczego tego nie zrobiłem. „Dobrze, Michał, wyślemy Ci SMS-a jak będziemy gotowi Cię przyjąć”, usłyszałem i wyszedłem. Mekka fanów Apple w Barcelonie jest zlokalizowana w centrum miasta, a czas można zabić popijając cafe con leche w jednej z okolicznych kawiarni lub kupując podrabiane Ray Bany na La Rambli. Mniej więcej półtora godziny po opuszczeniu Kościoła, nabuzowany kofeiną i z kieszeniami wypchanymi okularami, dostałem wyczekiwaną wiadomość – są gotowi, by mnie przyjąć.

Stawiłem się w kolejce w Storze, gdzie miły pan w zielonej koszulce pokazał mi ławeczkę, na której mam czekać na swój przydział Geniusza. Jakąś godzinę później usłyszałem „Miczal?” i wiedziałem, że mój czas nadszedł. Chudy, wysoki, starszy typ z króciutko ściętymi włosami, spiczastym nosem, okrągłymi okularami, w dżinasach i New Balance’ach zaprowadził mnie do stołu i spojrzał na mój telefon. „Tak, zdecydowanie nie działa”, stwierdził patrząc na komunikat błagający o podpięcie pod iTunes i poszedł po komputer. Próby przywrócenia systemu wywoływały ten sam błąd co u mnie. Nie dał za wygraną i zaczął przegrzebywać internet w poszukiwaniu odpowiedzi. Otwierał coraz to kolejne fora, gdzie hiszpańsko-piszący użytkownicy tłumaczyli o co chodzi z Error 48.

Wreszcie otworzył bazę wiedzy Geniuszy. Diagnoza była taka sama jak wcześniej: padła płyta główna. Tym razem na amen. Nawet w Apple Store’ach nikt nie podejmuje się jej naprawy, trzeba wymienić cały telefon. „Twój jest po gwarancji, więc będziesz musiał zapłacić”, poinformował mnie. „Ile?”, zapytałem. „Jakieś 290 euro, ale niech się upewnię” i zaczął grzebać w iPadzie. Od początku byłem przygotowany na płacenie, ale liczyłem, że operacja zamknie się w dwóch stówkach.

Sobowtór Jobsa wydał z siebie okrzyk zdumienia. „Co się dzieje?”, zapytałem jednocześnie patrząc na jego iPada. Widziałem tam dwie ceny: niecałe 250 euro i 0,00 euro. Geniusz jeszcze raz sprawdził system przed przekazaniem mi dobrej wiadomości: z jakiegoś powodu, mimo braku gwarancji, Apple chce wymienić mi iPhone’a za darmo. Spróbowaliśmy raz jeszcze przeinstalować system i gdy ponownie otrzymaliśmy Error 48, poszedł po nowy telefon. Dopóki nie spakowałem do torby w pełni działającego, nieużywanego (choć pewnie odświeżonego) iPhone’a 5s, dopóty nie wierzyłem, że to się dzieje.

Czytałem wiele historii jak to Apple uszczęśliwiało klientów wymieniając im sprzęty na nowe, jednak nigdy rzecz nie działa się tak długo po upływie gwarancji. Gdyby Apple nie chciało mi pomóc z moim telefonem, nie miałbym żadnych podstaw, żeby od nich tego zażądać. A mimo to ktoś poświęcił czas, by przyjrzeć się staremu, popsutemu iPhone’owi i potem wydać mi sprawne urządzenie. To wszystko bez żadnych dodatkowych opłat.

Żeby dodać opowieści morału opowiem Wam, co robiłem czekając na tej ławeczce przez godzinę. Obserwowałem sklep. Jak wspomniałem, jest zlokalizowany na środku Barcelony, co oznacza, że głównymi petentami są – mimo wszystko – turyści. Przychodzą tam, żeby naładować telefony. Przychodzą tam, by sprawdzić na wystawionych komputerach jak dojść do La Sagrada Familia czy na plażę. Podłączają się do Wi-Fi i aktualizują swoje Instagram Story. Za to wszystko nikt nie bierze od nich ani centa. Oczywiście, „nie ma darmowych obiadów”, więc płacimy my, użytkownicy sprzętów i usług Apple. Patrząc na to ile razy otwarte Wi-Fi w Apple Store lub możliwość naładowania telefonu (lub AirPodsów!) uratowały moje wycieczki małe i duże, dochodzę do wniosku, że chętnie „przepłacę” za swojego kolejnego iPhone’a. Pewnie, cały Apple Store to olbrzymi zabieg marketingowy, ale wychodzi z niego coś przydatnego, a taka reklama jest najlepsza.

Zdaję sobie jednak sprawę, że w Polsce ten argument jest wart tyle, co stek w zamrażarce u wegetarianina. Bez Apple Store’a na miejscu nie ma opcji, żebyśmy doświadczali, cóż, Apple Store’a. Zamiast tego mamy iSpoty, gdzie – mam wrażenie – jest wytyczna, żeby klienta traktować najgorzej jak się tylko da. Raz sprzedawca zrobił sobie prywatny, koszmarnie drogi bazar z nowych iPhone’ów („chętnie sprzedam Ci ten telefon, ale za 30% drożej”). Innym razem mnie wygoniono za to, że miałem czelność oglądać iPada, którego chciałem kupić. Dopłacanie za tę obsługę klienta, nad którą się tak dzisiaj rozpływam może nie mieć żadnego sensu, przynajmniej z punktu widzenia Polaka. Niemniej, życzę nam wszystkim, żeby pierwszy Apple Store w Polsce pojawił się jak najszybciej. Dla mnie to ważniejsze niż te niedoczekane Apple Pay czy Siri, bo z niego przynajmniej będzie pożytek.

14

Michał Zieliński

Star Wars, samochody i Taylor Swift.

mikeyziel