iMagazine

Hollow Knight – powrót do korzeni

21/02/2019, 16:39 · · · 0

Nie sposób znaleźć uniwersalnej recepty na udaną grę. Otwarty świat, rozwój postaci, mnóstwo zadań pobocznych i sekretów występują teraz niemal w każdym uznanym tytule. Nie są jednak niezbędne, czego przykładem jest Hollow Knight.


Ten artykuł pochodzi z archiwalnego iMagazine 1/2019


Tegoroczne wielkie tytuły łączy jedno: są niesamowicie rozbudowane, a przez to czasochłonne. Wraz z tym idzie rozrzedzenie rozgrywki, nieustanne wykorzystywanie tych samych mechanik do realizowania podobnych zadań, a tym samym sztuczne wydłużanie czasu potrzebnego do ukończenia gry. Hollow Knight nie należy do najkrótszych gier, bo do ukończenia potrzeba ok. 30 godzin, czas jest jednak wypełniony nowościami po brzegi. Gra niewielkiego studia Team Cherry należy do powracającego ostatnio gatunku metroidvanii, charakteryzującego się częstym eksplorowaniem tych samych lokalizacji po to, by dzięki odblokowywanym umiejętnościom robić w nich nowe rzeczy, otwierać przejścia i popychać rozgrywkę naprzód. Z tego też powodu nie sposób przebiec przez nią, pomijając wątki, które nas nie interesują – Hollow Knight zmusza do eksploracji, ale świat zbudowano w ten sposób, że poznając go, nie nudziłem się ani przez chwilę.

Gra nie jest nowa, już w ubiegłym roku pojawiła się na Nintendo Switch i PC, od niedawna natomiast można w nią zagrać również na Xboksie One oraz PlayStation 4. Gdyby nie dynamiczna akcja wymagająca pada, mogłaby wyjść też na urządzenia mobilne, ekran Switcha jest dla niej zupełnie wystarczający. Na telewizorze podłączonym do dużej konsoli prezentuje się jeszcze lepiej. Dwuwymiarowa grafika zdecydowanie służy temu tytułowi. Utrzymana w ciemnej tonacji, z wyraźnymi konturami postaci, pięknymi tłami i doskonałymi efektami świetlnymi. Mrok jest stałym elementem gry, zarówno wizualnie, jak i w panującej atmosferze. Wcielamy się w robaka-rycerza, przemierzającego podziemne światy najeżone przeciwnikami, pułapkami i zagadkami do rozwiązania. Po krótkim wprowadzeniu trafiamy do Dirtmouth, określonego mianem znikającego miasta. Jego historia nie jest do końca znana, wiadomo jednak, że pustoszeje, a jego mieszkańcy zdecydowali ukryć się pod powierzchnią ziemi. Jeśli Was to nie interesuje, to przez całą grę właściwie wcale nie trzeba zgłębiać fabuły. Uważam, że warto ją poznać, bo nadaje zdarzeniom sens, pokazuje tragizm wydarzeń i zmusza do refleksji, bez tego tła Hollow Knight jest jedynie bardzo dobrą zręcznościówko-rąbanką.

Podstawą gry jest eksploracja oraz walka, te są ze sobą ściśle połączone. Poruszanie się po świecie gry wymaga zręczności, a pośpiech i próby wykonania czegokolwiek na siłę błyskawicznie skutkują utratą punktów zdrowia (których początkowo mamy pięć, ale z czasem je niemal podwajamy). To nie Asasyn, w którym postać sama wyskakuje przy samej krawędzi i magicznie chwyta się nawet całkowicie płaskiej powierzchni – tu precyzja jest niezmiernie ważna, jej brak może skutkować nawet koniecznością nadrabiania kilkunastu minut rozgrywki, bo śmierć karana jest powrotem do ostatniego punktu zapisu (a tych jest bardzo mało). Walka jest jeszcze bardziej wymagająca, bo każdy przeciwnik charakteryzuje się odmiennym stylem walki, poruszania się, a nawet reagowania na protagonistę. Niektóre stwory nie atakują same, poruszają się swoimi ścieżkami i możemy spokojnie je ominąć. Inne widzą nas z daleka, atakują szybko i wycofują się, dając bardzo mało czasu na reakcję. Zdarza się, że obrywamy też z dystansu, ugryzie nas wielka roślina bądź przeciwnik wygrzebie się znienacka z pobliskiej kępy krzaków – nie sposób się nudzić, zwłaszcza gdy mierzymy się z kilkoma zupełnie różnymi wrogami jednocześnie. Niezapomniane są też pojedynki z silniejszymi, niepowtarzalnymi przeciwnikami, którzy nie dość, że są znacznie wytrzymalsi, to maję też przynajmniej kilka schematów zachowań i ataków, a zabicie ich wymaga wielu prób. Hollow Knight to Bloodborne w dwóch wymiarach – śmierć jest stałym elementem rozgrywki. Tu podobieństwa się nie kończą, pomimo przyjemnej dla oka, rysunkowej oprawy graficznej, gra jest trudna, momentami nawet bardzo. Walki wymagające ogromnej zręczności i cierpliwości są przeplatane z wielokrotnym odwiedzaniem tych samych obszarów i wymyślaniem, czy możemy zrobić w nich coś nowego po nauczeniu się kolejnej rzeczy. Hollow Knight dostarcza mnóstwo okazji do frustracji, wyłączenia konsoli i przebiegnięcia kilku kilometrów, by ostudzić emocje, a jednocześnie powoduje równie wielką satysfakcję, gdy udaje się przebrnąć te najtrudniejsze momenty.

Nie tylko walka jest wymagająca – wszystkie mechaniki gry wymagają od gracza podejmowania decyzji i planowania dalszych ruchów. Zaczynamy jedynie z mieczem, umiejętnością atakowania nim, odnawiania zdrowia (o ile zdobędziemy odpowiednią ilość energii, używanej też do innych rzeczy) i pojedynczego skoku. Potrzebujemy mapy? Musimy znaleźć kartografa, a następnie kupić ją od niego. Chcemy wiedzieć, gdzie na niej są punkty zapisu albo szybkiej podróży? Za to również trzeba zapłacić. Podobnie jest zresztą z amuletami, które dają nam dodatkowe umiejętności, ale możemy używać naraz tylko kilku. Wraz z postępem w rozgrywce zwiększamy zadawane obrażenia, uczymy się też nowych sposobów poruszania (na przykład podwójnego skoku czy odbijania się od ścian). Wszystko dzieje się jednak wolno i wynika bezpośrednio z naszych akcji – nie ma sytuacji, w której musimy nazbierać odpowiednią ilość pieniędzy na zakup umiejętności pozwalającej nam dostać się w dane miejsce. Team Cherry nie zapomniało o najwytrwalszych graczach, którzy przechodzą Dark Souls z zamkniętymi oczami, a do pokonania ostatniego przeciwnika w Bloodborne używają tylko małego palca u stopy. Po ukończeniu gry (która ma ponoć aż cztery różne epilogi) dostępny jest tryb, w którym rozpoczynamy rozgrywkę, mając tylko jedno życie. Śmierć jest więc permanentna i oznacza rozpoczęcie gry od nowa.

Przyznaję, że po mniejsze gry sięgam stosunkowo rzadko. Ostatnim „indykiem”, przy którym tak dobrze się bawiłem, było Inside (dostępne też na iOS). Hollow Knight jest bardzo wymagający, ale odwdzięcza się niesamowitym klimatem i ogromną satysfakcją z odkrywania świata i pokonywania kolejnych przeciwników. Fakt, jest w stanie równie mocno sfrustrować, przez co może nie trafić do graczy przyzwyczajonych do niekarania za błędy w rozgrywce (spójrzcie na ostatnie wielkie tytuły i znajdźcie choć jeden, w którym ponosi się odczuwalne konsekwencje pomyłek). Wyłączyłem go nerwowo już kilka razy, jednak za każdym razem wracałem, bo w przeciwieństwie do mnóstwa tytułów, które mam obecnie na konsoli, w tym za każdym razem odkrywam coś nowego.

0

Paweł Hać

Ten od Maków i światła. Na Twitterze @pawelhac


Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o