iMagazine

Apex Legends – dojrzały battle royale

04/04/2019, 20:51 · · · 0

Producenci gier, zwłaszcza ci najwięksi, rzadko robią niespodzianki graczom. Tymczasem EA bez zapowiedzi wydało Apex Legends – bezpłatne battle royale, które od razu może konkurować z najlepszymi.


Ten artykuł pochodzi z archiwalnego iMagazine 3/2019


Battle royale zyskało na popularności dzięki PUBG, Fortnite’owi oraz Black Ops 4. Każdy z tych tytułów jest trochę innym podejściem do tematu, każdy też jest już dostępny od jakiegoś czasu i zdążył zdobyć liczne grono zwolenników (lub przeciwników). Apex Legends wszedł w to towarzystwo niespodziewanie, EA wydało grę natychmiast po jej prezentacji i pozostawiło ją do oceny graczom. Tworzenie gry od podstaw i zupełna rezygnacja z kampanii marketingowej czy otwartych testów beta jest szaleństwem, EA oparło jednak rozgrywkę na sprawdzonych rozwiązaniach ze swojego innego tytułu, Titanfall. Apex Legends jest podobne do niego do tego stopnia, że poruszanie się i strzelanie wypadają niemal tak samo (zrezygnowano jednak z biegania po ścianach), mamy nawet dostęp do tych samych broni, zbliżona jest też oprawa graficzna. Podejrzewam, że powodem, dla którego zamiast Titanfall 3 powstał właśnie Apex, była chęć stworzenia nowej marki, wydawanej bezpłatnie z regularnymi aktualizacjami, a tym samym z dłuższym cyklem życia, niż bardziej tradycyjne FPS-y z kampanią dla jednego gracza i meczowym trybem multiplayer.

Gdy tytuł pojawił się w PS Store, pobrałem go od razu i ku mojemu zaskoczeniu, bez najmniejszego problemu rozegrałem kilka rund. Serwery działały wzorowo, gra nie miała też żadnych błędów, które udałoby mi się wychwycić – EA dobrze przygotowało się do premiery, gdyby wszak polegli już tutaj, prawdopodobnie nie zyskaliby aż 10 milionów graczy w trzy dni od premiery, a odzyskanie ich zaufania nie byłoby proste. Biorąc pod uwagę to, że konkurencja jest obecnie bardzo silna i graczy nie tyle trzeba było zachęcić, ile oderwać od innych tytułów battle royale, ten wynik jest imponujący. Po spędzeniu z grą dłuższego czasu wcale się temu nie dziwię – Apex Legends to najlepiej przemyślane battle royale, w które obecnie można zagrać. Owszem, ma bardziej kolorową oprawę niż Black Ops 4 czy PUBG, jednak nie na tyle, by odrzucać nią osoby zainteresowane poważniejszym podejściem do strzelania niż w Fortnite. Co więc jest takiego w grze, która pojawiła się znikąd i natychmiast zdobyła tak ogromną liczbę graczy?

Apex Legends nie ma żadnej kampanii dla jednego gracza, ale twórcy zarysowali tło fabularne dla zmagań graczy. Co prawda historia jest równie toporna, co fabuła filmów z Jasonem Stathamem, ale niczego lepszego tu nie trzeba. Trzyosobowe drużyny są zrzucane na ograniczony obszar i walczą z innymi oddziałami o popularność, owocującą statusem owej legendy (czy raczej czempiona areny). Składy zawsze liczą tyle samo członków, jeśli więc nie mamy z kim grać, przed meczem zostaniemy dodani do innej, niekompletnej drużyny – nie ma też możliwości grania w mniejszym lub większym składzie. Na arenie ląduje naraz 60 graczy, a więc też znacznie mniej niż w pozostałych tytułach battle royale. Przed rozgrywką każdy gracz wybiera jedną z dziesięciu postaci, którą będzie grał – specjaliści różnią się bardzo mocno, od robota Pathfinder, który może poruszać się za pomocą linek, przez Gibraltara, będącego ciężko opancerzonym żołnierzem, po Bloodhund wyszukującą na mapie przeciwników. To chyba pierwszy battle royale, w którym tak mocno zaimplementowano elementy hero shootera. Początkowo obawiałem się, że przez to balans gry będzie zaburzony, ale wystarczyło pograć trochę, by zmienić zdanie. Umiejętności bohaterów dobrze się kompensują, a jedyna przewaga z używania danej postaci wynika ze stopnia opanowania jej przez gracza. Tak uczciwego systemu dawno nie spotkałem, co więcej, na tym ułatwienia dla początkujących się nie kończą. Gra wybacza błędy: nie da się zginąć od jednego strzału, a nawet jeśli bohater umrze, to członek drużyny może zebrać jego znacznik i odrodzić go w jednym ze służących do tego punktów (lądujemy wtedy na mapie z podstawowym wyposażeniem).

Podczas zrzutu na mapę jedna osoba dowodzi skokiem, pozostali członkowie drużyny lecą za nią, ale mogą się też odłączyć (rozdzielanie się to jednak pewna śmierć, bo większość składów porusza się razem). Każdy z obszarów jest opisany tym, jakiej jakości przedmioty można na nim znaleźć i, choć są generowane losowo, to wylądowanie na zawieszonym w powietrzu statku daje na przykład większą szansę na znalezienie lepszej snajperki i ulepszeń do niej. System ulepszeń broni również wychodzi naprzeciw graczom: w zależności od jakości ulepszenia, ma ono inny kolor (a więc zwykłe przedmioty są białe, a te najlepsze błyszczą na złoto). Co więcej, jeśli chcemy zmienić broń na inną, a mamy już zamontowane na niej dodatki, to są one automatycznie przenoszone na podniesiony sprzęt (o ile są kompatybilne). Jedynym elementem, który może utrudniać początkującym rozgrywkę, jest zarządzanie amunicją – zajmuje miejsce w ekwipunku, jest jej kilka typów, a typ broni nie zawsze wiąże się z tym, czym strzela. Tu również wszystko oznaczono kolorami, ale zdecydowanie wygodniej pamiętać, czego potrzebujemy. Sama broń jest bardzo zróżnicowana, świetnie strzela się właściwie ze wszystkiego. Łatwe do opanowania są nawet karabiny snajperskie, dużo łatwiej trafiać z nich z dużej odległości, bo celownik się nie buja, a kule nie opadają wraz z pokonywaną odległością. Problemem jest jednak to, że w danej klasie jedne bronie są zdecydowanie lepsze od innych – tu balans jest zdecydowanie do poprawy, ale to normalne w grach online, ich poprawianie trwa miesiącami po premierze.

Kojarzę gry EA z systemem oznaczania przeciwników i celów. W Apex Legends znacznie go rozbudowano, czyniąc go jednym z najważniejszych elementów gry. Komunikacja z członkami drużyny jest w battle royale kluczowa, ale ze względu na to, że większość osób gra z „randomami” (czyli z losowymi graczami), często nieużywającymi mikrofonu bądź mówiącymi w innym języku, rozgrywki takie nie mają żadnego sensu. EA obeszło problem w bardzo inteligentny sposób: pod przyciskiem R1 (na PS4) mamy wydawanie komend i oznaczanie celów. Jeśli wskażemy na przeciwnika, pojawi się na mapie, znacznik będzie też na chwilę w miejscu, w którym go widzieliśmy, co więcej, nasz bohater powie, że widzi wroga. Tak samo jest ze wskazywaniem przedmiotów, w tym broni i amunicji, skrzyń z zaopatrzeniem (słyszymy nawet, czy jest otwarta, czy nie), wyznaczaniem kierunku, w którym idziemy czy… proszeniem o ekwipunek. W menu plecaka możemy wskazać puste pole przy broni, które oznacza na przykład celownik – drużyna dostanie wtedy informację, że czegoś nam brakuje. System działa doskonale – za przykład niech posłuży mecz z dwoma Francuzami, którzy nie mówili po angielsku, a pomimo tego dogadywaliśmy się na tyle dobrze jedynie za pomocą tego systemu, że skończyliśmy rozgrywkę na drugim miejscu.

Do grania w Apex Legends musiałem się przekonać. Do tej pory jedynym battle royale, w które regularnie grałem, było Black Ops 4. Apex Legends nie jest ani lepsze, ani gorsze – to zupełnie inna gra. Wolniejsza, mniej realistyczna, ale dająca masę frajdy z poruszania się po mapie, strzelania i współpracy z członkami drużyny. Co więcej, w Apex Legends system mikrotransakcji wpływa wyłącznie na aspekty wizualne, nie dając żadnej przewagi w grze. Tymczasem w Black Ops 4, które jest pełnopłatnym tytułem z również płatnym karnetem sezonowym, Activision upakowało tyle mikrotransakcji, że zwyczajnie odechciało się mi w to grać (a ostatnia aktualizacja, dodająca lootboxy, tylko mnie w tym umocniła). Wiem, że to dopiero początek i każda gra musi na siebie zarabiać, niemniej jednak jeśli nawet w Apex Legends pojawią się bardziej agresywne mikrotransakcje, to będę względem nich dużo bardziej tolerancyjny. Uważam, że warto dać temu tytułowi szansę, zwłaszcza że jest bezpłatny, bardzo dopracowany i dający ogrom frajdy, nawet wtedy, gdy gramy z losowymi osobami.

0

Paweł Hać

Ten od Maków i światła. Na Twitterze @pawelhac


Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o