iMagazine

Przekleństwo darmowej informacji

03/09/2019, 11:34 · · · 12

Nauczyliśmy się, że informacje w internecie otrzymamy za darmo. Czas ponownie zacząć za nie płacić. Dla własnego dobra.


Ten artykuł pochodzi z archiwalnego iMagazine 07/2019


Dawno temu dostęp do informacji i opinii kosztował. Trzeba było kupić gazetę. Liczyła się wielkość nakładu. Im większy, tym większe przychody, zasięg i prestiż wydawcy. Wysokonakładowych wydawców i dziennikarzy nie było wielu, ale spoczywał na nich główny ciężar sprawowania czwartej władzy w sposób niezależny od trzech pozostałych. Były spory co do faktów, były kłamstwa, były oczywiście różnice w opiniach, ale funkcjonował również pewien standard dziennikarski, który kazał czasami przyznać się do błędu.

Internet to zmienił. Zdemokratyzował opinię. Rozkwitły serwisy tematyczne, blogosfera, sieci społecznościowe – każdy może napisać, co chce i gdzie chce, a algorytmy Google to dla nas wyszukają. Bariera w postaci wydawców zniknęła, a wraz z nią zniknął limit ilości treści, które można wtłoczyć do opinii publicznej. 

Wydawcy i dziennikarze przestali być wąskim gardłem opinii publicznej.

Demokratyzacja opinii nie wydaje się niczym złym. I należałoby się z niej cieszyć, gdyby razem z barierą ilościową nie zniknęła również bariera jakościowa. Tsunami informacji zalało bowiem nie tylko wydawców, ale także dziennikarzy, zespoły śledcze i fact-checkerów, redaktorów czy korektorów. Pieczołowite redagowanie tekstów oraz wnikliwa weryfikacja publikowanych faktów – praktykowane jeszcze gdzieniegdzie z rozpędu przez paru staromodnych wydawców – odchodzi do dziennikarskiego lamusa 1. 

Rzetelność dziennikarska przestała być opłacalna, a konkurowanie z zalewem darmowych informacji wygląda na beznadziejne przedsięwzięcie. Jakość wymaga pieniędzy i czasu. Wymaga śledztw dziennikarskich, mozolnego weryfikowania faktów, zatrudnienia zespołu profesjonalistów. Internet nauczył nas jednak, że wszystko dostajemy natychmiast i za darmo. Przede wszystkim za darmo – darmowy dostęp do treści traktujemy jak nasze święte prawo. Stworzyliśmy sobie kulturę niepłacenia. 

Jednak – parafrazując klasyka kapitalizmu – nie ma czegoś takiego jak darmowa informacja. Nie ma również darmowych usług w internecie. 

Za darmowe usługi płacimy własnymi danymi, czyli prywatnością. Za darmową dietę informacyjną niskiej jakości płacimy własną uwagą i zmarnowanym czasem. Naszą uwagę i czas, podobnie jak nasze dane i prywatność, udało się (teraz padnie modne słowo klucz) zmonetyzować. Mówiąc prościej, można je z powodzeniem sprzedawać. Potentatami w tym zakresie są oczywiście Google oraz Facebook. Przychody z reklamy (czytaj: z handlu danymi użytkowników) stanowią 85% przychodów Google oraz 98,5% przychodów Facebooka. Giganci są więc napompowanymi balonami, które pękną, jeśli zabronimy im żerować na naszej prywatności. Albo jeśli zrobi to państwo lub Unia Europejska. Ich model biznesowy opiera się na słabości regulacji chroniących dane ich własnych użytkowników. 

Pasiemy się więc tym, co znajdziemy na Facebooku i tym, co algorytmy Google wyrzucą w odpowiedzi na wklepywane przez nas zapytania. Jest to dieta łatwo dostępna, na pierwszy rzut oka smaczna, ale niestety bardzo niezdrowa. Układają ją samouczące się algorytmy. Niestrudzenie analizują każdy nasz krok w internecie, a następnie podejmują decyzje o tym, co pojawi się na naszych ekranach. Każdy dostaje swoją niepowtarzalną selekcję postów i swój prywatny zestaw wyników wyszukiwania. Kryteria doboru tych postów i wyników nie są jednak jasne. Nie wiemy dokładnie, co i dlaczego zostaje odsiane. Można dostrzec jednak prawidłowość. Każdy kolejny post, który przejdzie przez sito, będzie wywoływał w nas emocje oraz starał się utwierdzić nas coraz mocniej w naszych poglądach. Algorytmy nauczyły się, że tak można dłużej utrzymać naszą uwagę. 

W ten sposób każdy dostaje za free swój niepowtarzalny, uszyty na miarę obraz świata. 

W każdym z tych obrazów co innego jest słuszne i złe oraz co innego jest piękne i odrażające. Nie to jednak jest problemem. Różnice ocen i opinii są przecież konieczne w demokratycznym, głośno dyskutującym społeczeństwie. 

Problemem jest to, że w każdym z tych obrazów co innego jest prawdą. 

W zalewie postów nie wiadomo skąd, łatwo padamy ofiarą kłamców i manipulatorów. Czasami są to kłamcy małego kalibru, a czasami są to obce wywiady, usiłujące spolaryzować nas na wszystkie sposoby lub wpłynąć na wynik wyborczy. Oczywiście, można próbować samodzielnie szukać prawdy, ale powiedzmy sobie szczerze – nawet gdyby było to możliwe – nikt z nas nie ma na to czasu. Kultura niepłacenia stworzyła epokę „fake news”. 

Kiedyś mówiło się, że każdy może mieć swoje opinie, ale nie może mieć swoich faktów. Czas wykrzyczeć to ponownie.

Prawdy nie da się zdemokratyzować bez jej wypaczenia. Nie leży ona „pośrodku”, nie da się jej uchwalić w Sejmie lub Kongresie ani w Dumie. Nie da się jej wymóc siłą. Coś albo jest faktem, albo nie jest. Faktów nie da się zmienić za pomocą opinii. Przeciwnie, to opinie należy kształtować na podstawie faktów. Bez ustalenia faktów spór o opinie staje się bezładną szarpaniną. Dobrze widać to na forach internetowych, gdzie nakarmieni spersonalizowaną dietą informacyjną chaotycznie obrzucamy się obelgami, niezdolni do rozsądnej wymiany poglądów na jakikolwiek temat.

Stworzyliśmy sobie świat za darmo, w którym nie wiadomo, co jest prawdą. I co teraz? 

Teraz dla naszego dobra trzeba zacząć płacić za informacje. Płacić tym, którzy sprawdzają to, co mówią, nie publikują tego, czego nie sprawdzili, i potrafią wycofać się, jeśli popełnili błąd. Prasa nadal będzie lewicowa i prawicowa, liberalna i konserwatywna. Ale naszym zadaniem – jako czytelników – jest przestać karmić się kłamstwami i wyrzucić z biznesu tych, którzy nam je serwują. Nadal będą istniały różnice opinii, nadal będą spory o to, co jest prawdą. A czasami prawdy nie da się ustalić. Jeśli jednak zaczniemy płacić za dostęp do prasy z prawdziwego zdarzenia, to umożliwimy jej konkurowanie z zalewem informacyjnych śmieci. Stworzymy wyspy, na których przynajmniej próbuje się zachować elementarny standard prawdomówności. Na których opublikowanie nieprawdziwej informacji będzie porażką zawodową. Tym samym stworzymy platformy umożliwiające realną dyskusję i zrobimy krok w stronę zmniejszenia polaryzacji. W naszym wspólnym interesie. 

  1. Korekta iMagazine sprawdza fakty i weryfikuje informacje, naprawdę – przyp. korekty
12

Gracjan Pietras

Autor jest adwokatem i wspólnikiem w kancelarii „Doktór Jerszyński Pietras” w Warszawie. www.djp.pl