Dziecko w rodzinie geeków

17/12/2019, 10:22 · · · 4

Wiecie, jak to jest: żyjecie sobie spokojnie, nie zastanawiacie się, czy Apple TV ma blokadę rodzicielską, czy nie, montujecie w ścianach kable podprowadzające pod biurka wszystkie możliwe końcówki, największym problemem w salonie jest to, na którą ścianę dać ekran i gdzie powiesić rzutnik, a z telefonu zrobiliście przenośną konsolę do sterowania światem za pomocą HomeKita. I wtedy okazuje się, że jesteście w ciąży. Potem pojawia się dziecko. Całkowicie analogowe w Waszym technoświecie. Do dziecka – co gorsze – nie ma magicznej aplikacji, w której wybiera się w pożądanych chwilach ikonkę „off”, a gdy dziecko rozkosznie się uśmiecha, automat sam wykonuje zdjęcia i wstawia je na Instagrama.


Ten artykuł pochodzi z archiwalnego iMagazine 9/2019


Halo, halo, drodzy świeżutcy rodzice, zejdźcie na ziemię. Nie tylko do dziecka nie ma aplikacji. Dla wielu czynności, które wokół dziecka się robi, „there’s no app”. Na dodatek wiele przedmiotów, które w pierwszych dniach życia okazują się absolutnie konieczne, nie zmieniło się od czasów króla Ćwieczka. A dałoby się ten świat nieco „zgeekować”, podkręcić, dorzucić tu i ówdzie jakieś aplikacje, gdzie indziej sterowanie z telefonu, a jeszcze w innym przypadku zrobić po prostu dobre przedmioty od samego początku w duchu Internet of Things.

Do dziecka – co gorsze – nie ma magicznej aplikacji, w której wybiera się w pożądanych chwilach ikonkę „off”.

Moim marzeniem jest na przykład wbudowany w wózek mojego dziecka taki silniczek, którym mogę sterować z aplikacji na telefonie. Ten silniczek porusza wózek, rytmicznie nim bujając. Zwiększam – zmniejszam intensywność bujania na aplikacji, takim ładnym suwakiem, do tego ustawiam timer – buja przez 10 minut lub buja do 22:30. Ja sobie leżę i oglądam serial, gdy aplikacja mi buja dziecko. W wersji premium ma jeszcze rozpoznawanie dźwięków i na odgłos płaczu sam zaczyna bujać delikatnie. Takie „coś” można zrobić samemu w domu – prosty silniczek, Raspberry Pi lub Arduino, bridge do HomeKita i… gotowe. Albo kupić takie „coś”, co buja wózek, ale nie ma do niego aplikacji. Jestem przekonana, że takie urządzonko z aplikacją byłoby znakomitym dodatkiem do wyprawki dla młodych rodziców – którzy wyobraziliby sobie, jak bardzo ich dziecko tego potrzebuje – lub dla starych rodziców – którzy wiedzą, ile wysiłku kosztuje bujanie dziecka o trzeciej nad ranem noc w noc przez kilkanaście miesięcy…

Zapytałam koleżanki z mojej ulubionej mamusiowej grupy fejsbukowej o ich marzenia związane z technologią mającą ułatwić życie rodzicom. Zdecydowanie wygrała następująca odpowiedź: aplikacja wyłączająca dzieci, które, po wybraniu odpowiedniego przycisku, śpią. Do tego informacja o poziomie naładowania baterii dziecka i przypuszczalnej godzinie, kiedy padną. Lub przynajmniej pauza albo choćby funkcja „volume off”. I jeszcze druga: aplikacja, może także z opcją audio, na słuchawkę, tłumacząca „na ludzki” te wszystkie „gu gu gi” i „eje eje”. Czyli aplikacja, co dziecko chce powiedzieć. W nurcie IoT wielokrotnie pojawiła się propozycja takiego wihajstra, który przykłada się do dziecka i dowiadujemy się, co dziecku jest. Że to brzuszek, że niewygodne ubranko, że idzie ząbek, że trzeba przytulić, że to i tamto… („to i tamto” – wiecie, co mam na myśli, co nie?). Piękne marzenia, prawda? Widać wyraźnie, co doskwiera rodzicom. Zmęczenie aktywnością non stop i niemożność zrozumienia, co dzieci chcą nam przekazać. Pomocą mogłyby być właśnie smartprzedmioty i aplikacje, które to bardzo niekiedy trudne rodzicielstwo by ułatwiły. Ale to marzenia, a rzeczywistość… Ech, szkoda gadać.

Moim marzeniem jest na przykład wbudowany w wózek mojego dziecka taki silniczek, którym mogę sterować z aplikacji na telefonie. Ten silniczek porusza wózek, rytmicznie nim bujając.

Takich smartprzedmiotów dla dzieci jest bowiem jak na lekarstwo – w porównaniu do liczby smartprzedmiotów dla „dużych dzieci”. Termometry, monitory oddechu i snu, elektryczne nianie – te już mamy na telefon. A takie elektryczne wózki są w całkowitej defensywie na naszych ulicach, niemal zupełnie niewidoczne, choć już dostępne u dystrybutorów. Niech zgłosi się choć jedna osoba, która choć raz w życiu pchała wózek po polskich chodnikach i nie marzyła przy tym, by ten wózek wyposażono w silniczek… A propos polskich chodników, to opatentować warto byłoby specjalne gąsienice do wózków, które pozwalałyby swobodnie pokonywać wózkiem dziurawe chodniki, kałuże po kostki i krawężniki o wysokości 20 cm. Przy okazji wózek z gąsienicami mógłby także mieć funkcję czołgu, gdy grozi starcie z autem zaparkowanym na chodniku. Kto wtedy jest górą? Wózek z niemowlęciem czy kierowca parkujący tam, gdzie chodzą bezbronne matki?

Wózek jest w ogóle newralgicznym przedmiotem całej wyprawki. Jak na przykład pokonać cztery piętra w dół lub do góry z wózkiem pełnym niemowlaka? Może taka winda jak dla wózków dla niepełnosprawnych byłaby rozwiązaniem? Ejże, ejże, nie w każdym bloku da się takie usprawnienie wprowadzić (a szkoda!). Może więc taki mały system trzech kółek z silniczkiem (znowu silniczek!), który pozwoliłby pokonywać te schody, co najmniej dwa razy dziennie – raz na dół i raz do góry. Matka jest podobno najsilniejszym człowiekiem świata, ale najczęściej to właśnie matka odczuwa jeszcze długo po narodzeniu dziecka skutki dziewięciomiesięcznej ciąży i porodu. Warto, by nie nosiła, nawet jeśli dziecko wymaga wyjścia na spacer, a lodówka zionie pustką.

Takich smartprzedmiotów dla dzieci jest bowiem jak na lekarstwo – w porównaniu do liczby smartprzedmiotów dla „dużych dzieci”.

Dużo takich propozycji i pomysłów się pojawiło w rozmowie z koleżankami z supergrupy mamusiowej. Zdałam sobie sprawę, że z jednej strony żyjemy w niewiedzy, co świat technologii oferuje rodzicom, a z drugiej strony – stajemy wobec braków w ofercie skierowanej do technologicznie zorientowanych rodziców. Otwierając cykl #techparenting (przyznajcie: #techcierzyństwo nie brzmi tak dobrze), zapowiadam, że będę recenzowała, co można znaleźć na rynku technologii dla rodziców, ale także fantazjowała na temat produktów istniejących, które można by zrobić lepiej, dzięki istniejącym technologiom. Jeśli wiecie o czymś, czego nie znalazłam – koniecznie dajcie znać. Jeśli macie jakieś sugestie, czego poszukać, co recenzować i o czym marzyć – jestem jak najbardziej otwarta. A jeśli chcielibyście razem z nami zrobić takie sprzęty, aplikacje czy wprowadzić usługi, które mogłyby pomóc rodzicom w trudnym losie rodzicielstwa, to też jesteśmy gotowi do pracy. Dlaczego by nie wypuścić na rynek brandowanego iMagazine wózka dla geek-dziecka!



4

Anna Gabryś

Byłam flecistką, wydawczynią, historyczką, muzealniczką. Jestem IT PM. Nie wiem, kim jeszcze zostanę. #piszęSobie #smartkultura #polszczyzna