Jak oszukałem przeznaczenie w Nowej Zelandii… dwukrotnie…

13/07/2020, 13:03 · · · 0

W ubiegłym roku dwukrotnie odwiedziłem Nową Zelandię. Podczas każdej z wypraw niemal nadwyrężyłem hojność losu. I na razie nie zamierzam kolejny raz testować swojego szczęścia w „Śródziemiu” 


Ten artykuł pochodzi z archiwalnego iMagazine 2/2020


W marcu objechałem sporą część Południowej Wyspy, z kolei na przełomie listopada i grudnia odwiedziłem aktywne wulkanicznie rejony Wyspy Północnej. Plan na Wyspę Południową był prosty. Zaczynam w Christchurch, stamtąd ruszam w Alpy Południowe, na trekking u podnóża Mount Cook/Aoraki. Następnie południe, Queenstown, fiordy i zachodnie wybrzeże z lasami tropikalnymi, pętlę zamykam dzięki malowniczej podróży ekspresem TranzAlpine z powrotem na zielone równiny Canterbury. W Christchurch wylądowałem 15 marca po całonocnym locie z Hongkongu. Gdy podróżuję, jeśli tylko jest taka możliwość, z lotniska dojeżdżam do miejsca zakwaterowania komunikacją publiczną. Tym razem zrobiłem tak samo. Miałem lokalną kartę SIM, ale zdecydowałem się przełożyć ją dopiero w hotelu, lekki jetlag i tak nie sprzyjał surfowaniu tuż po przylocie, a zdjęcie trasy autobusu zrzuciłem do notatek jeszcze w domu. Z letargu wyrwało mnie wzrastające poruszenie wśród pasażerów, gdy autobus zbliżył się do centrum. Minęło nas kilka radiowozów w krótkich odstępach czasu, a na kolejnym skrzyżowaniu autobus zatrzymał się, choć sygnalizacja wskazywała zielone światło. Wreszcie ruszył, ale zamiast jechać prosto, zgodnie z trasą, skręcił w lewo, poruszając się powoli. Na skrzyżowaniu stali policjanci, kierując ruchem. Tymczasem wielu pasażerów wyjęło telefony i skierowało je w kierunku chodnika po przeciwnej stronie ulicy. Zauważyłem, że stoi tam kilka radiowozów, a także nieoznakowane policyjne auta z kogutami, policjanci wydawali się poddenerwowani, biegając we wszystkich kierunkach. Pomyślałem: poważna interwencja, może to napad. Pojechaliśmy tymczasem dalej i po kilku minutach wysiadłem na dworcu autobusowym. Od hotelu dzieliło mnie jakieś półtora kilometra pieszo, w sam raz, żeby zobaczyć część miasta. Założyłem plecak i opuściłem dworzec. W 2011 r. Christchurch nawiedziło silne trzęsienie ziemi, w wyniku którego całe kwartały i ulice zabudowy miejskiej zostały zniszczone, zginęło prawie 200 mieszkańców, a kilka tysięcy zostało rannych. Miasto w dalszym ciągu było jednym wielkim placem budowy, a w niektórych miejscach kontenery służyły za tymczasowe magazyny i punkty usługowe. Moją uwagę przykuła jednak dziwna pustka na ulicach. Nowa Zelandia nie jest najgęściej zaludnionym krajem na Ziemi, a że na co dzień mieszkam w Hongkongu, w wielu krajach, gdzie w promieniu kilkuset metrów nie otaczają mnie tysiące ludzi, czuję się jak na odludziu. Nawet biorąc ten fakt pod uwagę, zdziwiło mnie to, że na ulicach nie spotkałem praktycznie nikogo, z rzadka przejechał tylko jakiś samochód, często policyjny. Dotarłem wreszcie do hotelu, gdzie młoda recepcjonistka z wypiekami na twarzy poinformowała mnie, że w mieście dosłownie godzinę temu wybuchła strzelanina, policja ciągle szuka sprawców, a zdarzyło się to chyba w meczecie. W międzyczasie podłączyłem się do Wi-Fi i runęła na mnie fala powiadomień o nieodebranych połączeniach i wiadomościach od znajomych z Hongkongu i Polski, pytających, czy wszystko ze mną w porządku. Wszedłem na stronę CNN i BBC. Ciągle spływały chaotyczne informacje, ale wygląda na to, że w Christchurch w kilka minut po moim przylocie doszło do zamachu terrorystycznego, obecnie trwa obława na sprawców, a lotnisko wprowadziło wzmożone środki bezpieczeństwa. A ja nieświadomy niczego, odcięty od informacji przez tryb samolotowy, być może minąłem się ze sprawcami na odległość kilku ulic. Po raz pierwszy w życiu aktywowałem facebookowy status „jestem bezpieczny”, a reszta dnia upłynęła mi na śledzeniu informacji i uspokajaniu bliskich, który pisali do mnie z kilku stref czasowych. Pozostała część wyjazdu przebiegła w cieniu żałoby narodowej, wzmożonych środków ostrożności i kontroli drogowych, ale już na szczęście bez niespodzianek.

Do Nowej Zelandii wróciłem po pół roku i znowu udało mi się oszukać przeznaczenie, tym razem w stopniu, który do dziś wywołuje u mnie gęsią skórkę. Od czasu odwiedzin jeziora Mývatn na Islandii, które leży na aktywnym obszarze wulkanicznym, chciałem wrócić w podobne miejsce. Po kilku latach zatęskniłem do zastygłych pól lawy, wrzących cieków i źródeł, aktywnych kominów buchających gorącą parą pełną drażniących związków chemicznych. Spora część nowozelandzkiej Wyspy Północnej to także aktywny obszar wulkaniczny, oferujący podobne atrakcje. Już trzeciego dnia podróży, po krótkim zwiedzaniu Auckland i „Hobbitonu”, rozpocząłem eksplorację Bay of Plenty i terenów wokół miasta Rotorua, kończąc kilkudniowy pobyt w regionie wizytą w nieodległej puszczy Whirinaki. To jeden z ostatnich skrawków pierwotnych lasów deszczowych strefy umiarkowanej z gigantycznymi paprociami-drzewami i unikalnymi ptakami. Z Bay of Plenty skierowałem się na południe do Mordoru (dosłownie – Tongarino National Park jest obszarem wytyczonym wokół dwóch potężnych wulkanów, które zagrały m.in. krajobrazy Mordoru), a następnie do stolicy kraju. 9 grudnia, gdy kończyliśmy kilkugodzinny trekking wokół Wellington, przewodnik przejrzał wiadomości w telefonie i rzucił, że na White Island wybuchł wulkan. Na zwykle bezludnej wyspie przebywała akurat kilkudziesięcioosobowa wycieczka i trwa akcja ratunkowa, mało na razie wiadomo. Nogi się pode mną ugięły. Odwiedziłem White Island dosłownie tydzień wcześniej. Śledząc w kolejnych godzinach informacje spływające od służb ratowniczych, organizatorów wycieczki, a nawet ochotników, którzy w pierwszych kilkudziesięciu minutach polecieli na wyspę prywatnymi śmigłowcami, by nieść pomoc poszkodowanym, dowiedziałem się, że wulkan wybuchł bez ostrzeżenia. W tym momencie na wyspie i w pobliżu krateru nadal znajdowała się połowa wycieczki – ponad 20 osób. Po dziś dzień za zaginionych i zmarłych uznaje się 19 osób. Na szybko odtworzyłem wtedy w pamięci moją wizytę. Przed rejsem poinformowano nas, że od kilku tygodni panuje podniesiony, drugi poziom zagrożenia w czterostopniowej skali, ale poniżej poziomu trzeciego wycieczka ciągle jest możliwa, podpisaliśmy też stosowne oświadczenia. White Island nie jest zwykłą wyspą albo wulkanem. To wyspa-wulkan, położona prawie 50 km na północ od wybrzeża North Island, w pierwszej połowie XX w. funkcjonowała tam przez kilka lat kopalnia siarki. Wyspa znajduje się obecnie w prywatnych rękach, będąc jednak pod stałą obserwacją państwowych służb geologicznych. Jest to jeden z kilku aktywnych wulkanów morskich na świecie udostępnionych zwiedzającym. Wizyta na wyspie była jednym z głównych punktów mojej podróżny. Wycieczkę rozpoczęliśmy z Whakatane, skąd nowoczesny jacht motorowy w ciągu godziny dostarczył grupę około czterdziestu osób w pobliże wyspy, na którą dostaliśmy się w kilku rzutach małą łodzią motorową RIB. Rozdano nam proste aparaty oddychające, a przed zejściem na ląd załoga oceniła z bezpiecznej odległości skład chemiczny i intensywność gazów wulkanicznych wydobywających się z kominów i szczelin w kilku punktach wyspy. Podzielono nas na dwie grupy (każda po kilkanaście osób) prowadzone przez dwóch przewodników. Z uwagi na podniesiony stopnień ryzyka mieliśmy przebywać na wyspie w sumie nie więcej niż 45 min, z tego 5 min przy samym kraterze. Poza niebieskim niebem w oddali krajobraz White Island przypominał powierzchnię obcej planety bez nadającej się do życia atmosfery. Gdzieniegdzie dało się dostrzec cieki, ale z pewnością nie płynęła tam woda wolna od związków chemicznych, poza tym stożki skalne, kamienie, zapadliny. Dominował żółtawy i beżowy kolor, nigdzie nie było gleby. Obchodziliśmy kominy, z których buchały chmury gazu wulkanicznego, nawet przez kilka warstw odzieży technicznej czułem, że jest tu cieplej, płynna lawa znajdowała się na tyle blisko powierzchni, że ogrzewała od spodu skorupę. Sam krater, położony na drugim, niedostępnym skraju wyspy, był ogromnym zagłębieniem otoczonym ostrymi wzniesieniami, który przypominał bajoro wypełnione beżowo-szarym szlamem. Chmury dymu i gazów, bąble na powierzchni, w kilku miejscach z zapadlin buchały nowe porcje gęstej cieszy. Nawet z odległości kilkuset metrów (bliżej nie pozwolono nam, ale też nie bardzo chcieliśmy, podejść), widok był upiorny. Gdy wracaliśmy pontonem na statek, widziałem w oddali drugą grupę, która dotarła do połowy trasy. Pamiętnego 9 grudnia wrażenia turystów były zapewne podobne do tych, które właśnie opisałem. Z wiadomości wywnioskowałem, że erupcja nastąpiła właśnie w momencie, gdy pierwsza grupa była już na statku-matce, a druga kończyła obchód wyspy. Wspomniałem już, że moją wycieczkę prowadziło dwóch przewodników. Kelsey i Tipene byli bardzo otwarci, mieli ogromną wiedzę na temat wyspy i geologii, z każdym z uczestników zamienili po kilka słów. Tipene, student z pobliskiego Whakatane, był na tyle zawadiacki, a jednocześnie uprzejmy, że namówił mnie na kilka fotografii przy jednym z kominów. W kilka dni po wycieczce, przeglądając materiały po kolejnym trekkingu, odkryłem, że przed zrobieniem zdjęć mnie, dla dowcipu Tipene zrobił sobie najpierw selfie. Uśmiechnąłem się do siebie i zachowałem plik. Nie pamiętam już teraz, ale chyba 11 lub 12 grudnia dotarłem do druzgocącej informacji – Kelsey i Tipene byli na wyspie także tego feralnego dnia. Prowadzili drugą grupę. Kelsey udało się uratować, z poparzeniami 45% powierzchni ciała nadal przebywa w szpitalu. Uśmiechnięty Tipene z selfie, którego na szczęście nie zdecydowałem się usunąć z rolki aparatu, nigdy nie wrócił z White Island do rodzinnego Whakatane. 

0