Jak zgubić i odnaleźć po pół roku iPhone’a 11 Pro

14/05/2021, 15:28 · · · 3

Historia z kategorii tych nieprawdopodobnych, jednak zdarzyła się naprawdę. Mój bliski znajomy zgubił swojego iPhone 11 Pro nad jeziorem i… po pół roku go odnalazł.


Ten artykuł pochodzi z archiwalnego iMagazine 4/2021

W sieci możemy znaleźć kilka podobnych historii, nawet ostatnio Krzysiek Kołacz opisywał jedną z nich na stronie iMagazine. Wszystkie z tych opowieści zdarzyły się za granicą i, przyznam szczerze, traktowałem je trochę jak legendy miejskie. Tymczasem opowiem Wam historię, która wydarzyła się pod Warszawą.

6 września 2020 roku. Niedziela. Piękna pogoda. Znajomy wybrał się na spacer z psem nad pobliskie jezioro. Pies wodny – lubi pływać. Jezioro spore. Okolica spokojna, niezamieszkała. Pies, jak to ma w zwyczaju, lubi aportować, zatem znajomy chodzi wzdłuż linii brzegowej i rzuca mu patyki. W którymś momencie niepostrzeżenie wypada mu z kieszeni telefon. Dopiero w domu orientuje się, że go nie ma, po jakimś czasie.

Dzwoni do mnie zestresowany z pytaniem, co ma zrobić. Tradycyjnie polecam mu chodzić w okolicy, gdzie mógł go zgubić i dzwonić oraz uruchomić Find My iPhone. Ale to nie takie proste. Na to sam wpadł. Dodał od razu, że… telefon mu się prawdopodobnie rozładował, bo jak wychodził z domu, miał już rezerwę. No to klops. Faktycznie, telefon jest martwy. Nigdzie go nie widać ani nie słychać. Przez myśl oczywiście od razu przeszło, że może ktoś był w okolicy i go znalazł. Poszkodowany od razu umieszcza ogłoszenie na Facebooku na grupie okolicznych mieszkańców, jednak bez odzewu. Telefon został zgłoszony w Apple jako zgubiony i wydawało się, że temat tak się zakończy.

Mija dokładnie sześć miesięcy, 6 marca dzwoni do znajomego nieznany numer. Odbiera. Gość po drugiej stronie przedstawia się, mówiąc, że znalazł ogłoszenie na Facebooku sprzed pół roku i chciałby zweryfikować, czy telefon, który znalazł podczas fotografowania ptaków nad jeziorem, może należeć do mojego znajomego. Wszystko się potwierdza. To zguba. Szok! Okazuje się, że przeleżał nietknięty w krzakach na podmokłym terenie przez pół roku… pod śniegiem.

Znajomy od razu dzwoni do mnie, cieszy się ze znaleziska. W trakcie rozmowy zaczęliśmy zastanawiać się, co z nim zrobić. Może uda się odzyskać z niego chociaż jakieś dane, bo nie był przez dłuższy czas przed zgubieniem backupowany do iCloud. Dzwonię do chłopaków z MacLife i pytam się, co zrobić w takiej sytuacji. Czy przywieźć go do nich, aby go oczyścili i może dane wyciągnęli? Tymczasem odpowiedź z ich strony jest prosta i szybka:

„iPhone 11 Pro jest turbowodoszczelny, jeśli nie był uszkodzony, to wyczyśćcie go i podłączcie do ładowania. Powinien ruszyć”.

Faktycznie, telefon jest w doskonałym stanie. Brudny, ale niepopękany ani nieporysowany. Był w obudowie. Widać tylko wilgoć pod pleckami i… pajęczynę w złączu Lightning. Czyścimy i podłączamy do ładowania. Kolejny szok! Od razu pojawia się ikona rozładowania, a po paru minutach telefon wstaje, jakby nigdy nic. Po naładowaniu do pełna MacLife zrobił test serwisowy telefonu i wiecie co? iPhone 11 Pro przeszedł go bez żadnych uwag, wszystko na zielono. Jedyna dodatkowa informacja brzmiała: „telefon nie był backupowany w ostatnich dwóch tygodniach”… Komedia! Po pół roku leżenia w wilgoci bateria pokazuje 97% sprawności, a umyty telefon wygląda i działa jak nowy.

Niezwykle pozytywna historia. Pokazująca, że z jakiegoś powodu te telefony są uznawane za jedne z najlepszych na rynku, jeśli nie najlepsze. Znajomy na koniec powiedział, że po tej przygodzie jest już pewien, że nigdy nie kupi innego telefonu niż iPhone. Ja się mu nie dziwię.



3

Dominik Łada

MacUser od 2001 roku, rowery, fotografia i dobra kuchnia. Redaktor naczelny iMagazine - @dominiklada