E-booki a sprawa śmierci

28/05/2022, 16:13 · · · 0
fot. Erick Chévez / Unsplash

Lubię myśl, że po mojej śmierci pozostanie e-biblioteka, która przyda się moim bliskim. Tylko czy rzeczywiście zostanie?


Ten artykuł pochodzi z archiwalnego iMagazine 6/2020


Jeśli chodzi o dziedziczenie, papier jest posłuszny. Dokonujemy żywota, książki zostają na półkach, a spadkobiercy stają się ich właścicielami. Z e-bookami tak łatwo nie jest. Wprawdzie kupione pliki zostaną na czytniku i na twardym dysku, ale nie musi oznaczać to jeszcze, że spadkobiercy staną się ich „właścicielami”. Trudniejszy może również okazać się faktyczny dostęp do nich. Ale po kolei.

Podejrzewam, że moje wydatki na cyfrową literaturę przekroczyły już wartość mojej papierowej biblioteki.

Pierwszy Kindle dotarł do mnie w 2011 r. i e-booki zapanowały niepodzielnie w moim czytelniczym świecie. Nie mogłem oprzeć się urokowi noszenia przy sobie wszystkich swoich książek. Do tego doszedł natychmiastowy dostęp do każdego tytułu, którego przeczytanie przyjdzie mi do głowy. To plus wynalazek e-papieru w całości zrekompensowały mi tęsknoty za tradycyjną książką. Przez dziewięć lat z Kindle moja e-biblioteka urosła do kilkuset pozycji. Większość kupiłem od polskich wydawców, uzbierałem też niemałą gromadkę e-książek z Amazonu. Podejrzewam, że moje wydatki na cyfrową literaturę przekroczyły już wartość mojej papierowej biblioteki. Dobry moment, żeby zastanowić się, co tak naprawdę kupiłem i czy cokolwiek z tego po mnie pozostanie.

Polskie sklepy różnie regulują nasze prawa do sprzedawanych e-booków. Niektóre udzielają licencji na korzystanie z zakupionych treści. Są to licencje niewyłączne, obejmujące użytek własny, czasami limitowane do liczby urządzeń. W innych przypadkach sklepy nie udzielają licencji, ale „sprzedają plik”. Te dwa różne podejścia są efektem istniejącego niezdecydowania co do prawnego charakteru umowy „sprzedaży e-booka”. Regulaminy polskich sklepów niekiedy wprost pozwalają dzielić się treścią z rodziną i bliskimi osobami. Amazon jest natomiast w tych sprawach dość bezwzględny. Informuje nas wyraźnie, że klikając „Buy”, nie kupujemy książek, ale uzyskujemy licencję na korzystanie z nich wyłącznie na określonych urządzeniach lub aplikacjach (zarejestrowanych na nasze konto) bez możliwości przenoszenia jakichkolwiek praw do nich na inne osoby.

Ten prawny galimatias jest oczywiście niezrozumiały dla przeciętnego czytelnika. Trudno znaleźć uzasadnienie dla różnego statusu kupowanych e-książek, bo z naszego punktu widzenia transakcje nabywania e-booków nie różnią się od siebie. Po prostu płacimy i dostajemy plik, który traktujemy jak nasz własny.

W praktyce dozwolony użytek osobisty pozwala nam czytać kupione przez nas e-booki na wybranych przez nas urządzeniach (…)

Teraz wreszcie dobra wiadomość. Prawnicze dysputy na temat charakteru umowy można w większości przypadków zignorować. Mają one niewielkie praktyczne znaczenie dzięki ustawie, która przesądza, że bez względu na charakter umowy z księgarnią możemy korzystać z kupionych e-booków na własny użytek osobisty. Obejmuje on wykorzystanie niekomercyjne dla własnych celów w zwykły dla danego utworu sposób. Rozciąga się na osoby pozostające z nami w związku osobistym, w tym na przykład krewnych, małżonków i ich rodziny oraz bliskich znajomych z kręgu towarzyskiego. W praktyce dozwolony użytek osobisty pozwala nam czytać kupione przez nas e-booki na wybranych przez nas urządzeniach, w tym również przekazywać je bliskim osobom w takim samym celu. Gdy nas zabraknie, będą oni mogli nadal korzystać z e-bliblioteki, jeśli tylko zapewnimy im do niej dostęp.

W konsekwencji to, czy nasi bliscy „odziedziczą” naszą e-bibliotekę, będzie najczęściej zależało nie od umowy z księgarnią, ale od tego, czy umożliwimy im faktyczny dostęp do niej. Mówimy więc bardziej o problemie informatycznym niż prawnym.

Szczęśliwie polscy wydawcy oferują obecnie książki w otwartych formatach. Dostajemy plik, który możemy zachować oraz otwierać z pomocą wybranych przez siebie aplikacji i urządzeń. Leniwi mogą po prostu składować pliki w jednym folderze. Jeśli chcemy czegoś więcej, można skorzystać z aplikacji do zarządzania e-bookami. Bibliotekę takich otwartych plików łatwo przekażemy potomnym. Wystarczy, że zapewnimy im dostęp do naszych urządzeń lub zasobów chmurowych.

Niestety książki zakupione w Amazonie dostajemy w postaci zaszyfrowanej (DRM). Plik można otworzyć tylko na czytniku Kindle lub w aplikacjach Kindle – zarejestrowanych na nasze konto. Amazon wyraźnie zakazuje wszelkich prób łamania zabezpieczeń oraz wyklucza możliwość przenoszenia jakichkolwiek praw do e-booków na inne osoby. Dodatkowo prawo zabrania wykorzystywania „urządzeń przeznaczonych do niedozwolonego usuwania lub obchodzenia skutecznych technicznych zabezpieczeń (…) utworów” pod groźbą grzywny, kary ograniczenia wolności albo nawet pozbawienia wolności do lat 3. Mówiąc przystępniej, korzystanie z komputera w celu usunięcia DRM może być przestępstwem. Czy to oznacza, że mamy do wyboru naruszenie prawa albo wizję, że po naszej śmierci e-booki kupione w Amazonie przepadną?

(…) można bronić poglądu, iż usunięcie DRM na własny użytek nie narusza praw autorskich (…)

Z żalem muszę napisać, że trudno o jednoznaczną odpowiedź. Z jednej strony usuwanie lub obchodzenie zabezpieczeń jest zabronione, tylko jeśli wykracza poza zakres wspomnianego dozwolonego użytku osobistego. Usunięcie DRM-u wyłącznie dla ułatwienia sobie lub osobom bliskim dostępu do e-książki nie powinno być więc bezprawne. Z drugiej strony trwa dyskusja o tym, czy sprzedawca może w umowie z kupującym skutecznie ograniczyć zakres dozwolonego użytku osobistego. Niektórzy autorzy twierdzą, że tak, co może prowadzić do wniosku, że ograniczenia narzucane przez Amazon są wobec nas skuteczne. Moim zdaniem można bronić poglądu, iż usunięcie DRM na własny użytek nie narusza praw autorskich, nawet jeśli umowa tego zakazuje. Sądzę, że taki zakaz umowny jest nieskuteczny w zakresie, w jakim usiłuje uniemożliwić konsumentowi korzystanie z kupionego e-booka dla potrzeb prywatnych. To samo odnosi się do usunięcia zabezpieczeń w celu przekazania naszej e-biblioteki osobom bliskim na wypadek śmierci, oczywiście również z przeznaczeniem do ich użytku osobistego. Jednak na definitywną odpowiedź musimy poczekać do pojawienia się orzecznictwa albo do takiej zmiany przepisów, która rozwieje wątpliwości.

Techniczna strona usuwania zabezpieczeń wykracza poza ramy moich zawodowych kompetencji. Powiem więc tylko, że nie jest to przeszkoda nie do pokonania.

Oczywiście jednak przede wszystkim żyjcie długo i szczęśliwie. Trochę szczęśliwiej także dzięki przeświadczeniu, że pozostawicie po sobie e-biblioteki, z których będzie można nadal korzystać.



0

Gracjan Pietras

Autor jest adwokatem i wspólnikiem w kancelarii „Doktór Jerszyński Pietras” w Warszawie. www.djp.pl