Mastodon
Zdjęcie okładkowe wpisu Asics: W zdrowym ciele zdrowy duch

Asics: W zdrowym ciele zdrowy duch

0
Dodane: 12 miesięcy temu
fot. Krzysztof Kołacz

Kojarzycie pewnie markę Asics. W moim biegowym świecie jest szalenie popularna, głównie za sprawą butów, które produkuje. Przy okazji ostatniego startu w półmaratonie warszawskim miałem zresztą szczęście biec w ich nowych startówkach Gel-Nimbus 25 M. Kapitalny but, ale dziś nie o tym. Dziś o tym, co właściwie znaczy Asics (アシックス, Ashikkusu) i dlaczego to ważne.


Ten artykuł pochodzi z archiwalnego iMagazine 5/2023


アシックス, Ashikkusu

Nazwa wywodzi się od łacińskiego „Mens sana in corpore sano”, które najzgrabniej możemy przetłumaczyć na polskie: „W zdrowym ciele zdrowy duch”. Jeszcze inne, spotykane częściej w krajach anglojęzycznych tłumaczenie to dosłownie: „A sound mind, in a sound body”. I ono jest mi bliższe.

Moja biegowa historia to zdecydowanie bardziej Pireneje niż prosta, asfaltowa droga, choć jestem biegaczem ulicznym. Opowiadałem o niej już niejeden raz w swoim podcaście – „Bo czemu nie?”. Wychodzę z założenia, że powinniśmy siebie wzajemnie inspirować do lepszych i większych rzeczy. Do przekraczania naszego – „Nie da się” – ale też do rozsądnego – „W swoim czasie” – kiedy faktycznie aktualnie ciało odmawia współpracy. Nauczyłem się tego po dziesiątkach kontuzji, wypadniętych dyskach, grożącym mi paraliżu, ale wciąż doskonale pamiętając, że po rekonstrukcji prawej nogi w wieku 12 lat lekarze mówili wprost: „O ile będzie chodził, to wszystko”.

Ostatnia, warszawska życiówka na półmaratonie (1 godz. 46 minut) była jednym z najspokojniejszych biegów długodystansowych, jakie biegłem. Od samego rana panował jakiś taki niewytłumaczalny do końca spokój. Już po czwartym kilometrze wiedziałem, że chcę, aby ten bieg tak wyglądał do końca. Stukot butów, który tworzy kakofonię dźwięków nie do opisania i którego można doświadczyć, tylko biegając z innymi, całkowicie współgrał z tym, co działo się w głowie. I kiedy czytam to zdanie: „A sound mind, in a sound body”, myślę właśnie o tej harmonii. O tym, że ten czy inny sport, a zatem każdy start, każdy trening i każda jego późniejsza analiza – to takie mikrokoncerty.

Na scenę wchodzą wówczas nasze ambicje, doświadczenia (pozytywne i negatywne), a w bębny uderza ego, które zawsze chce więcej, mocniej i szybciej. I zdecydowanie zbyt często próbujemy grać na bębnach, zamiast pobawić się w dyrygenta tego całego chaosu. Zamiast podejmować małe i wielkie decyzje, że teraz będzie to brzmiało tak, aby później mogło inaczej.

Harmonia

Tyle mówi się o inspiracji takimi postaciami jak Iga Świątek czy Lewis Hamilton. O podejściu , ale też o umiejętności wygrywania, pomimo przegranej. Tylko nikt nie mówi tak ochoczo o tym, że za każdym stoi, trzymając się muzycznej analogii, solidna partytura, którą ktoś rozpisywał przez długie tygodnie, miesiące, a czasem całe życie. Że za silnym mentalem czasem stoją tytani, którymi się inspirujemy, a czasem jedno wydarzenie z naszego życia, które zmieniło zasady gry na zawsze. Nie ma złotej reguły.

Owszem, w każdym sporcie są jakieś reguły, ale nikt nie stworzył jeszcze przepisu na szybki i trwały sukces. Z każdym kolejnym startem uczę się, że kluczem są takie momenty, jak całe 21 097,5 m w marcowe deszczowe przedpołudnie. Kiedy każdy kolejny krok wybija w głowie rytm podsumowania kolejnego, solidnego etapu naszego życia. Co dalej? Rock ‘n’ roll!

Krzysztof Kołacz

🎙️ O technologii i nas samych w podcaście oraz newsletterze „Bo czemu nie?”. ☕️ O kawie w podcaście „Kawa. Bo czemu nie?”. 🏃🏻‍♂️ Po godzinach biegam z wdzięczności za życie.

Zapraszamy do dalszej dyskusji na Mastodonie lub Twitterze .