Krzemowe obietnice i lewitujące menu. Jak Windows 11 26H2 leczy ze złudzeń
Po trzydziestu latach pracy z architekturą x86 człowiek powinien być uodporniony na deklaracje z Redmond. Kiedy jednak Microsoft wypuszcza doroczne uaktualnienie oznaczone jako 26H2, a w materiałach prasowych pręży muskuły hasłami o „nowej erze produktywności napędzanej sztuczną inteligencją”, zawodowa ciekawość wciąż bierze górę nad sceptycyzmem. Klikasz „Aktualizuj”, instalujesz kompilację 26300.9550 na solidnym laptopie roboczym i sprawdzasz, co z tych deklaracji zostało w praktyce.
Zderzenie jest trzeźwiące. Zamiast rewolucji dostajemy klasyczny dla współczesnego Microsoftu rozjazd między oficjalną dokumentacją a realnym doświadczeniem użytkownika.
Rewolucja widmowa
Sztandarowy punkt programu – agent sztucznej inteligencji, który w Ustawieniach miał pozwalać na sterowanie parametrami komputera w języku naturalnym – na polskim rynku i standardowej konfiguracji po prostu się nie pojawia. Zamiast asystenta w oknie wita nas dobrze znane pole wyszukiwania, a centralne miejsce zajmuje agresywny baner zachęcający do zakupu subskrypcji Microsoft 365 (tak jest przynajmniej na moim komputerze). Tuż pod nim wisi błąd systemowego magazynu w chmurze (czemu mnie to nie dziwi? Na szczęście z OneDrive’a i tak nie korzystam). Usługa nie potrafi załadować własnego stanu, ale powierzchnię reklamową zorganizowano bezbłędnie.
Oczywiście w oficjalnych dokumentach znajdziemy adnotację drobnym drukiem: dostępność zależy od regionu, sprzętu, a wdrażanie odbywa się stopniowo. Tyle że dla odbiorcy komunikat jest prosty: zainstalowałeś roczną aktualizację reklamowaną sztuczną inteligencją, a jedyną gwarantowaną zmianą na pulpicie jest nowa przestrzeń na reklamy.
Podobnie wygląda kwestia „nowych możliwości monitorowania obciążeń AI”. W Menedżerze zadań kolumna NPU faktycznie jest obecna, ale żeby ją zobaczyć, trzeba ją ręcznie wyciągnąć z menu kontekstowego. Sam wskaźnik aktywności procesora neuronowego był w systemie obecny już wcześniej, a dla większości użytkowników bez certyfikowanego NPU pozostaje martwym zerem.
Z kolei zapowiadane „bardziej intuicyjne wyświetlanie rozmiarów plików” w Eksploratorze to kolejny miraż. Otwierasz folder roboczy, a pliki ważące kilkadziesiąt megabajtów – jak dokumenty mające po 32 446 KB czy 15 630 KB – nadal wyświetlają się jako surowy, pięciocyfrowy ciąg kilobajtów. System w 2026 roku dalej zmusza do dzielenia w pamięci przez 1024, dokładnie tak samo, jak robił to Windows XP ćwierć wieku temu. Być może funkcja czeka na zdalną aktywację po stronie serwerów, ale w dniu premiery widać tylko starą architekturę.
Ergonomia skrojona na kolanie
Gwoździem do trumny nie są jednak widmowe funkcje AI, lecz to, co fizycznie oddano w ręce użytkownika. Microsoft wreszcie ugiął się pod krytyką i pozwolił na zmianę położenia paska zadań na krawędziach ekranu. Na wyświetlaczach o proporcjach 16:9 czy 16:10 przeniesienie paska na lewą stronę to dla każdego piszącego czy kodującego najbardziej ergonomiczny wybór.
Tyle że nowa implementacja natychmiast ujawnia swoje ograniczenia. Wystarczy przesunąć pasek na lewo, by funkcja automatycznego ukrywania została zablokowana. System wprost informuje komunikatem, że opcja działa wyłącznie wtedy, gdy dock leży na dole ekranu. Coś, co w Windows 7 czy 10 działało bez zająknięcia, w przepisanym na nowo interfejsie okazało się barierą nie do przeskoczenia.
Prawdziwy zgrzyt pojawia się jednak po kliknięciu ikony Start. Zamiast logicznego menu wysuwanego od krawędzi, do której przypięto pasek, na ekranie pojawia się okno zawieszone w próżni. Pływa w centralnej części wyświetlacza, ze sporym odstępem od lewej ramki, ignorując pozycję kursora. Obok doklejono monstrualny, w połowie pusty panel domagający się parowania smartfona. Tradycyjna ergonomia – oparta na szybkim ruchu myszą do rogu ekranu – została zrujnowana.
Zmęczenie materiału
Windows 11 cierpi na kryzys tożsamości. Próbuje być jednocześnie platformą gamingową, korporacyjnym wołem roboczym, tabletem, nośnikiem reklamowym i witryną sklepową dla Copilota. W efekcie kolejne uaktualnienia przypominają nakładanie świeżego tynku na pękającą konstrukcję. Gdy tylko użytkownik spróbuje dopasować narzędzie do swoich nawyków, konstrukcja zaczyna trzeszczeć.
I w tym miejscu pojawia się czyste zmęczenie materiału. Ekosystem macOS ma swoje wady, ograniczenia i sztywną filozofię, ale Apple nie wypuszcza rocznych aktualizacji, w których przestawienie docka na bok ekranu rozbija koordynaty menu systemowego, a UX w przypadku giganta z Cupertino.
Patrząc na lewitujący Start, puste obietnice AI i wszechobecne monity subskrypcyjne w kupionym za niemałe pieniądze systemie, trudno uciec od jednej myśli. Najbardziej racjonalną reakcją na Windows 11 26H2 nie jest czekanie na kolejne poprawki, lecz postawienie na biurku MacBooka Air, czy nawet MacBooka Neo, który okazał się nader płynnie działającą maszyną do pisania.
MacBook Neo – powrót na łono Apple po dekadzie. Dlaczego to idealny sprzęt na start?
Ta reakcja rodzi się nie z bezkrytycznej miłości do konkurencji, ale ze zwykłego braku ochoty na bycie dożywotnim, darmowym beta-testerem Microsoftu. Jeszcze nie wyrzuciłem laptopa z Windowsem, wszak przyzwyczajenie drugą naturą człowieka, ale patrzę na kolegów z branży, którzy kolejne generacje przenośnych pecetów zastępują sprzętem z owocowym logo i się zastanawiam…






