Mastodon
Zdjęcie okładkowe wpisu Błyski na niebie sprzed ery Sputnika. Sztuczna inteligencja znalazła anomalię, ale nie obcych

Błyski na niebie sprzed ery Sputnika. Sztuczna inteligencja znalazła anomalię, ale nie obcych

0
Dodane: 16 godzin temu

Gdy algorytmy przeszukujące archiwalne klisze z lat 50. trafiają na niewyjaśnione punkty na niebie, a ich obecność koreluje z próbami jądrowymi, nagłówki natychmiast zapełniają się pozaziemskimi cywilizacjami.

Zanim jednak uznamy to za dowód na obecność obcych sond obserwujących narodziny ery atomowej, warto oddzielić dostępne dane od myślenia życzeniowego. To ciekawa historia o granicach współczesnych metod badawczych i pułapkach interpretacji.

Publikacja zespołu Stephena Bruehla i astrofizyczki Beatriz Villarroel w czasopiśmie „Scientific Reports” wywołała spore poruszenie. Badacze wzięli na warsztat szklane płyty fotograficzne z przeglądu POSS-I (Palomar Observatory Sky Survey), naświetlane w kalifornijskim obserwatorium w pierwszej połowie lat 50. XX wieku – na kilka lat przed wystrzeleniem pierwszego sztucznego satelity, Sputnika 1, w październiku 1957 roku.

Do analizy setek tysięcy archiwalnych kadrów zaprzęgnięto model uczenia maszynowego. Jego celem było wykrycie zjawisk punktowych przypominających gwiazdy, które pojawiały się tylko na jednej ekspozycji, po czym bez śladu znikały z kolejnych zdjęć tego samego skrawka nieba.

Dwie korelacje, które zelektryzowały badaczy

Analiza przyniosła dwa zaskakujące wyniki statystyczne.

Po pierwsze: liczba wykrytych punktów wyraźnie malała w wyliczonym geometrycznie cieniu Ziemi, co autorzy zinterpretowali jako przesłankę za obecnością obiektów na orbicie, które gasną po wejściu w strefę mroku planety.

Po drugie: zagęszczenie punktów rosło w bezpośredniej bliskości amerykańskich atmosferycznych testów jądrowych.

W tym miejscu autorzy publikacji sformułowali prowokacyjne hipotezy: od nieznanych zjawisk fizycznych, przez tajne loty orbitalne sprzed 1957 roku, aż po „pozaziemskie technosygnatury”. W popkulturze natychmiast odżył mit z lat 50. o obcych monitorujących ziemskie zbrojenia. Z perspektywy inżynierii i fizyki sprawa wygląda jednak zupełnie inaczej.

Dlaczego to nie satelity i nie opad promieniotwórczy?

Hipotezę o tajnych obiektach na orbicie na początku lat 50. można odłożyć między bajki. W sierpniu 1953 roku – gdy powstała jedna z kluczowych analizowanych płyt – Wernher von Braun i zespół w Redstone Arsenal testowali pierwsze pociski balistyczne o zasięgu zaledwie 300 kilometrów. Z kolei radziecka rakieta R-7 istniała wyłącznie we wstępnych kalkulacjach Siergieja Korolowa.

Umieszczenie czegokolwiek na orbicie wymagało wielostopniowych rakiet, gigantycznej infrastruktury startowej i precyzyjnych systemów naprowadzania. Przedsięwzięcia tej skali nikt nie byłby w stanie ukryć.

Równie kusząca, choć błędna, okazała się próba wyjaśnienia błysków bezpośrednim skażeniem promieniotwórczym. Historia zna taki przypadek: tuż po teście Trinity w 1945 roku fizyk Julian Webb z Kodaka odkrył, że klisze rentgenowskie ulegały punktowemu zaświetleniu. Powodem była woda rzeczna wykorzystywana w papierni w stanie Indiana, skażona opadem atomowym, z której produkowano tekturę opakowaniową.

Tyle że w danych z Palomaru podwyższoną liczbę błysków odnotowano zarówno w dniu detonacji, jak i dobę przed nią. Opad radioaktywny nie cofa się w czasie. Pył z poligonu w Nevadzie nie mógł wywołać reakcji chemicznej na kliszy 24 godziny przed zdetonowaniem ładunku.

tajemnicze błyski na niebie

Zdjęcie po lewej przedstawia przykłady trzech tranzjentów (zielone okręgi) zidentyfikowanych na płycie w filtrze czerwonym przeglądu POSS-I, naświetlonej 11 sierpnia 1953 roku (RA = 339,8697437, Dec = 38,4411717). Zdjęcie po prawej ukazuje ten sam obszar nieba na płycie w filtrze czerwonym przeglądu POSS-II z 3 września 1989 roku. Żółty okrąg w kadrze wskazuje defekt płyty fotograficznej widoczny w starszym, lewym kadrze.
Źródło: Scientific Reports / Nature

Model widzi sygnał, ale co jest źródłem?

Zastosowany przez zespół model uczenia maszynowego wytrenowano na 250 parach obrazów. Osiągnął on czułość i swoistość na poziomie około 71%.

Nie oznacza to automatycznie, że co trzecia detekcja jest pomyłką – zwłaszcza że autorzy wykazali, iż korelacje stają się silniejsze w grupie obiektów o najwyższym prawdopodobieństwie przypisanym przez model. Algorytm bez wątpienia wyłapał w historycznych danych realny sygnał statystyczny. Pytanie brzmi: co ten sygnał w rzeczywistości oznacza?

Próbując wykluczyć wpływ pogody, autorzy zawęzili badanie do 370 nocy, podczas których faktycznie prowadzono obserwacje. To ważny krok metodologiczny, ale nie zamyka on listy czynników zakłócających.

Daty testów jądrowych wybierano pod kątem specyficznych, stabilnych układów wyżowych, by zminimalizować ryzyko niekontrolowanego dryfu chmury. W tych samych okresach kalifornijskie niebo cechowało się odmienną przejrzystością, specyficzną wilgotnością i inną cyrkulacją aerozoli wewnątrz kopuły teleskopu. Wpływ mikroklimatu i specyfiki archiwalnej emulsji na powstawanie mikrodefektów wciąż pozostaje otwartą hipotezą, która wymaga weryfikacji.

Prawdziwa brzytwa Ockhama

Obecność anomalii na płytach sprzed 70 lat jest faktem. Istnienie korelacji statystycznej z kalendarzem prób jądrowych również wynika z danych.

Żaden z tych faktów nie stanowi jednak dowodu na obecność pozaziemskich cywilizacji. Brzytwa Ockhama nie służy do wybierania najbardziej ekscytującej odpowiedzi. Nakazuje odrzucać zbędne byty tak długo, jak długo nie wyczerpiemy nudnych, ziemskich wyjaśnień: od nieznanych dotąd artefaktów chemicznych starzejących się płyt po ukryte zmienne środowiskowe. Dopóki tego nie zrobimy, szukanie obcych na archiwalnych kliszach pozostaje wyłącznie efektowną publicystyką.

Newton miał rację, pomylił tylko sprawcę. Układ Słoneczny nie umrze w spokoju

Zapraszamy do dalszej dyskusji na Mastodonie lub Twitterze .