Według Prossera wina w sprawie wycieku Liquid Glass leży po stronie Ramacciottiego
Jon Prosser złożył formalną odpowiedź na pozew Apple dotyczący wycieku redesignu Liquid Glass. Youtuber zaprzecza, jakoby brał udział w spisku mającym na celu kradzież tajemnic firmy, i twierdzi, że całą odpowiedzialność za ujawnienie danych ponosi Michael Ramacciotti.
Sprawa sądowa Apple przeciwko Jonowi Prosserowi, jednemu z bardziej rozpoznawalnych leakerów zajmujących się produktami Apple, wraca dziś do gry po kilku miesiącach, w których youtuber był praktycznie wyeliminowany z procesu. Jak opisuje redakcja 9to5Mac, Prosser złożył formalną odpowiedź na pozew, po tym jak kilka dni temu sędzia James Donato przychylił się do jego wniosku o uchylenie wcześniej wydanego wyroku zaocznego.
Dla przypomnienia, bo ta historia toczy się już od dobrego roku: Apple pozwało Prossera i Michaela Ramacciottiego latem 2025 roku, oskarżając ich o przywłaszczenie tajemnic handlowych i naruszenie amerykańskiej ustawy o nadużyciach komputerowych. Chodziło o wyciek szczegółów przebudowy interfejsu, którą świat poznał później jako Liquid Glass w iOS 26. Według twierdzeń Apple, Ramacciotti mieszkał w tym czasie u Ethana Lipnika, ówczesnego pracownika firmy, poznał kod dostępu do jego telefonu deweloperskiego i skorzystał z niego pod nieobecność Lipnika. Później dołączył do rozmowy FaceTime z Prosserem i pokazał mu deweloperską wersję tego, co ostatecznie stało się iOS 26. Prosser opublikował następnie dwa filmy z odtworzonymi na nowo zmianami w interfejsie i przeprojektowanymi aplikacjami.
O ile Ramacciotti szybko odpowiedział na pozew i zaczął współpracować w procesie ujawniania dowodów, o tyle Prosser przez wiele miesięcy nie dotrzymywał kolejnych terminów i formalnie nie odpowiadał na zarzuty, co zresztą sam kwestionował, twierdząc, że od początku był w „aktywnym kontakcie” z Apple. Sąd i tak przychylił się do wniosku Apple o wydanie wyroku zaocznego. Dopiero po zatrudnieniu prawnika i zgodzie na dostarczenie zaległych materiałów dowodowych, Prosser wspólnie z Apple wystąpił o uchylenie tego wyroku, argumentując, że pozwolenie mu na udział w sprawie będzie po prostu bardziej efektywne dla dalszego przebiegu procesu. Sędzia się zgodził, i tak docieramy do dzisiejszego dnia.
W złożonym dokumencie Prosser zaprzecza kluczowemu twierdzeniu Apple, jakoby planował lub uczestniczył w jakimkolwiek spisku czy skoordynowanym działaniu mającym na celu wyrządzenie szkody firmie. Youtuber przyznaje, że brał udział w rozmowie FaceTime z Ramacciottim i ją nagrał, ale twierdzi, że nie wiedział, iż telefon należy do Lipnika, ani czy pokazywane mu funkcje rzeczywiście pochodziły z nieopublikowanej jeszcze wersji systemu.
Ciekawie wygląda kwestia pieniędzy, bo Apple w pozwie sugerowało, że Prosser zapłacił Ramacciottiemu za dostęp do materiałów. W odpowiedzi czytamy, że Prosser nie uzgadniał niczego z góry, w tym płatności, przed tym, jak Ramacciotti wykonał swoje działania, a wszelkie przekazane pieniądze miały miejsce już po rzekomej kradzieży. Prosser przyznaje, że dzielił się częścią przychodów reklamowych z YouTube’a z Ramacciottim po publikacji filmów, ale robił to, jak twierdzi, wyłącznie po to, żeby zachować wyłączny kontakt z nim jako źródłem. Gdy dowiedział się, w jaki sposób Ramacciotti zdobył poufne informacje, miał przerwać z nim wszelki kontakt.
Cała trójka filmów Prossera jest w odpowiedzi opisywana jako zwyczajne relacjonowanie informacji przekazanych mu przez źródło, dokładnie tak, jak zrobiłaby to każda redakcja dziennikarska w przypadku ekskluzywnego materiału. Youtuber podsumowuje swoje stanowisko jednoznacznie: to, że Ramacciotti pokazał mu te funkcje, nie zostało przez niego w żaden sposób wywołane, a co za tym idzie, cała odpowiedzialność za ujawnienie rzekomych tajemnic handlowych Apple spoczywa właśnie na Ramacciottim.
Prosser kwestionuje też, jakoby Apple w ogóle poniosło jakiekolwiek szkody finansowe w wyniku całej sprawy, nazywając domniemane straty spekulacyjnymi, i zarzuca firmie, że nie podjęła kroków, by je ograniczyć. W swoim wniosku prosi sąd o oddalenie pozwu z klauzulą uniemożliwiającą Apple ponowne wystąpienie z tymi samymi zarzutami, a także o zasądzenie na jego rzecz kosztów prawnych i przyznanie prawa do procesu z udziałem ławy przysięgłych we wszystkich kwalifikujących się kwestiach.
Trudno dziś przewidzieć, w którą stronę potoczy się dalej ta sprawa, ale jedno jest pewne: to, co miało być prostą historią o kimś, kto pokazał znajomemu telefon w niewłaściwym momencie, zamienia się powoli w precedens, który może sporo zmienić w tym, jak wygląda relacja między Apple a społecznością leakerów.


