Mastodon
Zdjęcie okładkowe wpisu Skaner OBD w smartfonie i znikające błędy. Dlaczego Carly może uśpić czujność kupującego auto?

Skaner OBD w smartfonie i znikające błędy. Dlaczego Carly może uśpić czujność kupującego auto?

0
Dodane: 9 godzin temu

Obietnica brzmi zachęcająco: mała wtyczka wpinana w gniazdo diagnostyczne, aplikacja w telefonie i koniec ze zgadywaniem, co kryje kupowany samochód używany.

Na warszawskim spotkaniu prasowym przedstawiciele firmy Carly roztaczali wizję transparentnego rynku, podpierając się partnerstwem z TÜV NORD oraz głębokim odczytem danych na poziomie fabrycznym. Wystarczyło jednak zadać jedno pytanie techniczne o historię kasowania błędów, by zza wizerunku cyfrowej tarczy dla kierowcy wyłonił się poważny paradoks, który na rynku wtórnym może sprzyjać nieuczciwym sprzedawcom.

Carly skaner diagnostyczny

Fabryczna głębokość diagnostyki i obietnice z roadmapy

Carly nie jest zwykłym, prymitywnym czytnikiem standardu OBD-II za kilkadziesiąt złotych jakich pełno na Aliexpress. Urządzenie łączy się bezprzewodowo (via Bluetooth) ze smartfonem i potrafi komunikować się ze sterownikami pojazdu na poziomie oprogramowania fabrycznego (OEM), odpytując nie tylko moduł silnika, lecz także skrzynię biegów, elektronikę komfortu, poduszki powietrzne czy systemy asystujące (choć zakres funkcji zależy od konkretnego modelu i rocznika). Istotne jest jednak to, że Carly potrafi wyciągnąć dane z bardzo wielu modułów architektury cyfrowej pojazdu.

W rękach świadomego właściciela to wszechstronne narzędzie pozwalające m.in. na:

  • kodowanie funkcji: pozwala w kompatybilnych autach włączyć cyfrowy prędkościomierz, zmienić animację zegarów czy wyłączyć uciążliwy system Start-Stop,
  • podgląd parametrów na żywo: umożliwia śledzenie temperatur płynów, ciśnienia doładowania oraz pracy osprzętu w czasie jazdy,
  • kontrola kondycji akumulatora 12V: monitoruje stan naładowania i ostrzega przed problemami z rozruchem przed sezonem zimowym.

W materiałach zaprezentowanych w Warszawie znalazły się również funkcje, które mogłyby zrewolucjonizować inspekcję aut z drugiej ręki. Chodzi o odczyt powypadkowy (Crash Data), wyciągający ze sterownika SRS ślady odpalenia poduszek powietrznych i napinaczy pasów, a także badanie kondycji baterii trakcyjnej (State of Health) dla aut zelektryfikowanych.

Diabeł tkwi jednak w szczegółach: obie te funkcje na oficjalnej roadmapie mają obecnie status rozwiązań wdrożonych w module biznesowym dla partnerów pokroju TÜV NORD. W aplikacji dla indywidualnych kierowców (B2C) widnieją one dopiero z dopiskiem „wkrótce”.

Carly skaner diagnostyczny

Pytanie z konferencji i paradoks kasowania usterek

Główna oś wątpliwości dotyczy modułu inspekcji przedzakupowej. Carly chwali się funkcją weryfikacji przebiegu w różnych sterownikach pojazdu. Gdy jednak zapytałem wprost: czy aplikacja rejestruje i pokazuje użytkownikowi historię kasowania błędów?, odpowiedź przedstawicieli firmy była przecząca.

Tu trzeba zachować rygor inżynieryjny: standard EOBD nie przewiduje uniwersalnego, kalendarzowego dziennika zdarzeń z datami wyzerowania pamięci. Wiele sterowników zgodnych ze standardem udostępnia jednak pewne parametry diagnostyczne ostatniego resetu:

  • cykle rozgrzania silnika od wyczyszczenia kodów (PID 0x30): liczba cykli nagrzania jednostki napędowej po skasowaniu błędów,
  • dystans od wykasowania kodów DTC (PID 0x31): licznik kilometrów pokonanych od ostatniego czyszczenia pamięci usterek,
  • czas pracy jednostki od wyczyszczenia błędów (PID 0x4E): czas pracy silnika (w minutach) od momentu wyzerowania kodów,
  • status monitorów gotowości (I/M Readiness): wskaźnik informujący, czy komputer pokładowy zdołał w pełnym cyklu jezdnym zakończyć procedury autodiagnostyczne układów ograniczających emisję spalin.

Podczas prezentacji nie padło potwierdzenie, czy aplikacja Carly w czytelny sposób prezentuje te wskaźniki w module inspekcji przedzakupowej. Sprawdzę niebawem w redakcyjnym teście empirycznym, jak oprogramowanie reaguje na świeżo wyczyszczoną pamięć sterownika i czy wprost ostrzega przed nieukończoną autodiagnostyką pojazdu. Jednak moją uwagę zwróciła pewna sprzeczność. Samo Carly w swoich oficjalnych poradnikach zaleca kierowcom, by po skasowaniu kodów błędów jeździć autem przez 2–3 dni w różnych warunkach i dopiero wtedy powtórzyć skanowanie, sprawdzając, które usterki powrócą. To jak najbardziej ma sens w toku eksploatacji własnego pojazdu, ale przy zakupie?

Doskonale to widzicie. Kupujący stojący w komisie nie ma trzech dni. Ma kilkanaście minut na oględziny i krótką rundę wokół placu. Jeśli nieuczciwy sprzedawca skasuje błędy tuż przed spotkaniem, kontrolka awarii zgaśnie, a ponowne zarejestrowanie części usterek może wymagać dłuższego cyklu jezdnego. Jeśli aplikacja nie zaalarmuje kupującego o świeżym resecie i braku gotowości procedur diagnostycznych, konsument może otrzymać złudne poczucie bezpieczeństwa.

Carly skaner diagnostyczny

Raport o awaryjności, czyli pułapka selekcji próby

W zaprezentowanym raporcie Carly podało, że 45,7% aut sprawdzonych w Polsce miało co najmniej jeden błąd sklasyfikowany jako krytyczny. W ujęciu globalnym najwięcej usterek krytycznych wykryto w autach BMW (77,5%). Wśród najczęstszych problemów w naszym kraju wskazano:

  • niesprawności w układzie oświetlenia,
  • spadek efektywności katalizatora,
  • błędy układu chłodzenia recyrkulacji spalin EGR.

W mediach ogólnotematycznych te dane bywają przedstawiane jako gotowy ranking awaryjności marek. W rzeczywistości mamy do czynienia z klasycznym zjawiskiem selekcji próby.

Skanera diagnostycznego nie kupuje kierowca dwuletniego auta jeżdżącego wyłącznie do autoryzowanego serwisu. Po adapter sięgają osoby, które podejrzewają problem, mają zapaloną kontrolkę lub kupiły starszy samochód z drugiej ręki. Próba badawcza obejmuje wyłącznie pojazdy, które użytkownicy z jakiegoś powodu postanowili zdiagnozować, o czym sam producent lojalnie informuje w zastrzeżeniach metodologicznych.

Nowe BMW Serii 3 i elektryczne BMW i3 oficjalnie. Architektura 800 V, zasięg do 912 km i dwie różne płyty podłogowe [galeria]

Rachunek ekonomiczny: dla kogo 450 zł rocznie ma sens?

Model biznesowy Carly opiera się na bezpłatnym (bądź symbolicznym cenowo) adapterze sprzętowym wpinanym w gniazdo OBD-II. Główny koszt leży po stronie rocznej subskrypcji aplikacji. Podczas gdy licencja na pojedynczą markę to wydatek rzędu 256 zł, pełny pakiet ze wszystkimi obsługiwanymi markami kosztuje około 450 zł rocznie.

Dla indywidualnego kierowcy, który kupuje samochód raz na 4–5 lat, pełna roczna subskrypcja na wszystkie marki wyłącznie na potrzeby weekendowych oględzin jest finansowo wątpliwa. Za 150–200 zł można wjechać na stację kontroli pojazdów, by sprawdzić luzy w zawieszeniu, sprawność amortyzatorów, hamulce i wycieki z podwozia. Z kolei kwota 450 zł pozwala już myśleć o kompleksowej inspekcji przedzakupowej u mechanika, który dysponuje podnośnikiem i wiedzą warsztatową, jakiej żaden program w telefonie nie zastąpi.

Zupełnie inaczej kalkuluje handlarz. Dla osoby stale obracającej samochodami wydatek 450 zł rocznie na odblokowanie wszystkich marek to znikomy koszt stały. Zyskuje mobilne narzędzie do sprawdzania aut na placu, kodowania dodatków i usuwania uciążliwych kontrolek.

Carly ma swoje niezaprzeczalne atuty jako zaawansowane narzędzie do bieżącego monitorowania własnego auta i personalizacji ustawień pokładowych. Dopóki jednak nie sprawdzimy w praktycznym teście, w jaki sposób aplikacja ostrzega przed świeżo zresetowaną pamięcią komputera, opieranie decyzji o zakupie auta wyłącznie na jej zielonym komunikacie może okazać się przedwczesnym zaufaniem.

Zapraszamy do dalszej dyskusji na Mastodonie lub Twitterze .