Mastodon
Zdjęcie okładkowe wpisu Iran

Iran

0
Dodane: 7 lat temu

Od dawna przemierzam kraje Bliskiego Wschodu. Lubię to uczucie tajemnicy związane z inną kulturą i religią. Tym razem udało mi się wyjechać do Iranu. Przez wiele lat był to kraj blokowany przez sankcje nałożone za prace nad bronią atomową. Poniżej opisałem trzy miejsca i kilka ciekawostek związanych z tym starożytnym krajem, dawniej znanym jako Persja.


Ten artykuł pochodzi z archiwalnego iMagazine 4/2017


Przyleciałem o 23:00, ale z lotniska udało mi się wyjść dopiero grubo po 3:00 w nocy. Turystów na pokładzie było dokładnie siedmioro. Para z Czech, dwie Holenderki, małżeństwo z Polski i ja. Urzędnikom się nie spieszyło. Wydawanie wiz trwało wieki i do ostatniej chwili nikt nie był pewien, że ją otrzyma.

Szybko złapałem taksówkę. Potem szaleńcza podróż do hostelu. Łapałem obrazy migające za szybą. Teheran był oświetlony kolorowymi lampkami i proporcami oraz flagami. Minarety podświetlone i piękne. Hostel kosztował 6 dolarów za noc. I dokładnie wyglądał na 6 dolarów. Mały pokoik, jak schowek na szczotki, w nim dwa stalowe łóżka, nic więcej się nie zmieściło. Było zimno na dworze. Kaloryfer w pokoju na szczęście dawał przyjemną temperaturę. Toaleta i prysznic na zewnątrz. Tak, na zewnątrz, bo hostel miał otwarty ganek, z którego wchodziło się do pokoi i części sanitarnej. Toaleta w stylu wschodnim, czyli dziura, prysznic w ciemnej dziurze, a wszystko przy około 6 stopniach Celsjusza. Są tu dobre hotele, ale ten ma specyficzny klimat. Znają go na całym świecie.Rano wyszedłem, by zobaczyć miasto, coś zjeść i znaleźć transport, którym pojechałbym w głąb kraju. Nie miałem planu podróży. To duża ulga i luksus podróżowania.

Teheran

Ulice czyste. Ruch spory. W powietrzu czuć spaliny. Po ulicach jeżdżą ciężarówki lokalnej produkcji. Nie mają chyba tłumików i na pewno nie mieszczą się w żadnej europejskiej klasie ekologicznej. Z ich rur wydechowych wydobywa się czarny, gryzący dym.

Uciekłem do metra. Tu panują zasady jak w wielu znanych mi państwach i podział na wagony dla kobiet i mężczyzn. Ma to swoje uzasadnienie nie tylko związane z wyznaniem, ale i z dużym tłokiem. W kobiecych przedziałach jest luźniej. W męskich jest największy ścisk, jakiego w życiu doświadczyłem. Chciałem się dostać w pobliże starej ambasady USA. Tu zaczęła się rewolucja islamska. W pobliżu same uczelnie. Teraz teren byłej ambasady należy do nich. To, co pozostało, to bardzo charakterystyczne graffiti na murach.

W Teheranie wszędzie czuję, że jestem w państwie policyjnym. Ciągle mam na plecach czyjś wzrok. Nigdy i nigdzie nie miałem podobnego uczucia. Na ulicach patrole wojskowe lub jakiejś policji, ale uzbrojone jak żołnierze.

Podróż minęła. Wróciłem do Teheranu. Powiedziano mi, że warto wjechać kolejką linową na pobliskie góry. Faktycznie. Góry są częścią miasta. Nie trzeba nigdzie dojeżdżać. Ja przeszedłem pieszo i zajęło mi to ze 30 minut od stacji metra. Za 12 złotych wjechałem na wysokość 3300 m n.p.m. Sporo bogatych przyjeżdża tu po pracy i śmiga na deskach lub nartach godzinę czy dwie, a potem wraca do miasta. Będąc na górze, widzi się smog. Straszna, czarna pierzyna okrywająca miasto.

Wieczorami miasto się wyludnia. Sprzedawcy rozpalają takie koksowniki, jakie znamy z PRL lub z manifestacji pod Sejmem. Jest ich sporo. Kopcą i razem z ciężarówkami karmią „smoka” zanieczyszczeniami.

Lotnisko i znowu uczucie policyjnego państwa. Każdy krok monitorowany. Nie rozumiem i nie wiem, jak dokładnie to przekazać, ale czułem się jak w filmie „Operacja Argo”, w którym pracownicy ambasady USA uciekają z Iranu.

Podróże

Postanowiłem dalej podróżować koleją. Poszedłem na dworzec kolejowy. Wielki, monumentalny budynek. Wszedłem i nagle wszystko ucichło. Wszyscy patrzyli na mnie. Podszedłem do informacji i zapytałem o pociąg. I tu nagle problem. Cyfry. Pani zapisała mi, o której mam odjazd, bo nie mówiła po angielsku. Zapisała mi wszystko po arabsku, z tym że w Iranie liczby zapisuje się po persku, a nie po arabsku. Poszedłem do kasy. Pani w kasie sprzedała mi bilet na pociąg nocny, kuszetka. Miałem do przejechania około 800 km. Zapłaciłem 32 złote w przeliczeniu na polskie. Dwa razy liczyłem. Na bilecie na szczęście zapisano mi ołówkiem, o której mam odjazd.

Stawiłem się wieczorem i na szczęście, gdy tylko dworzec się wyciszył, podbiegła do mnie dziewczyna. Licealistka zapytała po angielsku, czy może mi pomóc. Wyjąłem bilet i zapytałem, z którego peronu mam pociąg. Peron 8. Dziewczyna pokazała, jaki to znaczek. Poszedłem tam i znowu przeszkoda. Bramki jak na lotniskach. Ochrona poprosiła o mój paszport. Zerknęli na wizę i kazali iść na posterunek policji na odprawę paszportową. Posterunek policji to spory pokój, gdzie kilku funkcjonariuszy w przepoconych koszulach oglądało chyba perski odpowiednik „M jak miłość”. Byli autentycznie wściekli, że im przeszkadzam. Kazali usiąść i czekać. Skończył się odcinek, zawołali mnie. Na bilecie coś nagryzmolili i przystawili pieczątkę. Mogłem już wsiadać do pociągu.

W pociągu znowu popłoch. Niewierny, czyli ja, ma przedział z kobietami. Szaleństwo. Zamieszanie. Kierownik pociągu bał się mnie przesadzić, zaczął więc przesadzać wszystkich wokoło. Efektem tego zamieszania było to, że w przedziale byłem ja i dwa małżeństwa. Poproszono, by od razu rozłożyć kuszetki. Kobiety miały leżeć nade mną, bym nie widział ich bezpośrednio.

Isfahan

Dojechałem wcześnie rano. Było zimno. Wyszedłem przed piękny dworzec. Wokoło góry. I pierwszy błysk wschodzącego słońca. Pięknie witała mnie nowa przygoda. Podszedł do mnie mężczyzna i standardowo zapytał, jak mi może pomóc. Mieszkał w Teheranie, ale uczelnia, na której studiował w Isfahanie, cieszy się renomą. Pomógł mi z ogarnięciem siatki autobusów i wskazał, gdzie są hotele. Isfahan to inny świat po Teheranie. To jakbyśmy porównali jakieś najbardziej przemysłowe, brudne miasto do Torunia czy Sandomierza (tylko w trochę większej skali). Piękne meczety i to, co najważniejsze – plac imama Chomeiniego. Tu odkryłem prawdę. Isfahan i cały Iran ma najpiękniejsze kobiety na świecie. Teoretycznie ukryte pod ubraniem z powodów religijnych i tak prezentowały swoje wdzięki w subtelny sposób. Chustki, które powinny zakrywać włosy, w „naturalny” sposób zsuwały się na tył głowy, zatrzymując się na zawiązanych w kok włosach. Makijaż podkreślał piękne perskie rysy twarzy. Isfahan to też mosty. Szczególnie często jest odwiedzany most Trzydziestu Trzech Łuków jako jedno z miejsc spotkań.

W dniu, w którym przyjechałem, odbywały się obchody święta rewolucji. Na moście zobaczyłem większy tłum. Podszedłem bliżej i zobaczyłem kamery, wozy transmisyjne. Centralne obchody, w głębi chór chłopięcy. Wypatrzył mnie asystent reżysera. Obstąpili mnie ludzie z telewizji. Reżyser uśmiechnięty, bo nie spodziewał się takiej niespodzianki. Poprosili mnie, bym wystąpił w telewizji jako reporter z Europy. Nie zdradziłem, że niewiele się pomylił. Dostałem na pamiątkę małą flagę.

Z Isfahanu autobusem typu VIP pojechałem dalej. Autobus tego typu ma w rzędzie tylko 3 fotele. Wielkie i rozkładane, z wysuwanym dodatkowym miejscem na nogi. Do tego steward przynosi sok i ciastka. Wszystko za równowartość około 40 złotych. Jechałem tak kilka godzin. W TV był film. Irańska komedia miłosna. Obok mnie jechał mężczyzna, który na telefonie oglądał filmy. Przez ramię je podpatrywałem. Były to takie godzinne filmy propagandowe. Widziałem na nich, jak zła jest Ameryka i UE. Jak zły jest Zachód. Trochę mnie to postawiło do pionu.

Jazd

Najstarsze miasto na Ziemi. Przynajmniej tak wyczytałem. Zatrzymałem się w wyjątkowym hotelu, który polecam wszystkim. Silk Read Hotel. 100 metrów od Meczetu Piątkowego z najwyższymi minaretami w Iranie, a i podobno na świecie. W hotelu wyjątkowa atmosfera. Podróżnicy z najróżniejszych miejsc. Zadaszony dziedziniec, na którym są postawione platformy wyścielone perskimi dywanami. Na nich grupki podróżnych. Jedzą, rozmawiają, sprawdzają internet. W dwóch miejscach płonęły ogniska. Przypominało mi to obozowiska karawan. Pokoje jak za dawnych czasów, zamykane na kłódkę, a ściany otynkowane gliną z sianem. W dotyku są jak miękki korek. Pokój z łazienką i śniadaniem kosztował 20 dolarów. Warto.

Następnego dnia przed hotelem znalazłem kierowcę, który zgodził się za równowartość 75 złotych pojechać do oazy oddalonej o ponad 200 km. Zatankował swój samochód gazem. Zerknąłem na ceny. Benzyna kosztowała niecałe 2 złote, a gaz 60 czy 80 groszy. Kierowca stwierdził, że mają teraz drogie paliwo. Zrobił ogromne oczy, jak powiedziałem, ile u nas kosztuje. Jego samochód to najbardziej popularny wyrób irańskiego przemysłu samochodowego. Przypominał mi Škodę Felicję. Jechaliśmy piękną drogą przez pustynię. Nad nami ciągle krążyły orły. Widoki za oknem piękne. Kocham pustynię. Może w następnych numerach iMagazine opisze moją pieszą wyprawę po Saharze. Oaza okazała się warta drogi. Po drodze zatrzymaliśmy się w opuszczonych ruinach miasta. Kierowca się sprawdził i umówiłem się z nim na następny dzień. Pojechaliśmy w drugą stronę. W góry. Poprosiłem go, by mnie zawiózł do pierwszego śniegu. Nigdy nie widziałem do tej pory w ciągu 24 godzin oazy na pustyni i śniegu. „Felicja” się krztusiła z braku powietrza, ale dzielnie wjechała w wysokie partie gór.

Meczety

W Iranie można wchodzić do meczetów. Przynajmniej ja wchodziłem. Byłem w różnych, na całym świecie. Tych skromnych i tych wielkich. W Iranie byłem w jednym z najpiękniejszych. Cały w środku wyłożony malutkimi lusterkami. Gdy do niego wszedłem, zachwyciła mnie feeria świateł. Autofocus w aparacie zgłupiał. Nie wiedział, jak ustawić ostrość. Nie chciałem też za bardzo go używać w świątyni. Zostałem i tak zauważony. Podszedł do mnie imam i pozdrowił. Pomyślałem, że mnie wyrzucą za aparat lub za cokolwiek innego. Stało się jednak coś zupełnie innego. Podziękowano mi za zaszczyt, jaki ich spotkał. Byli dumni, że ich odwiedziłem. Za chwilę w podziękowaniu przyniesiono mi herbatę i tradycyjny cukier z szafranem na patyku. Ciągle podkreślano, że jest im bardzo miło.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Jedzenie

Nie ma tu specjalnie wyszukanej kuchni. Proste jedzenie. Baranina i cienki chleb nune lawasz. W różnych programach przed wyjazdem słyszałem, że kuchnia jest dobra i różnorodna. Nie doświadczyłem tego. Zupa z warzyw lub ciecierzycy w formie nie do końca przetartego kremu mnie nie smakowała. W celu sprawdzenia, czy może w restauracjach jest lepiej, poszedłem do podobno dobrej restauracji, a było tylko drożej i jeszcze mniej smacznie. Jedyny plus to piwo i nie było to piwo bezalkoholowe. Na ulicach wszędzie są odpowiedniki znanych barów czy restauracji. Mamy więc skrzydełka, ale nie jest to KFC, lecz KEC, podobnie burgerownie czy pizzerie.

Jedynym, co mnie zachwyciło, była herbata. W małych literatkach, aromatyczna. I cukier nabat z szafranem na patyku. Słodycze z chałwą pistacjową w postaci waty oraz pistacje w kilkudziesięciu rodzajach. Myślałem, że najem się pistacji, które uwielbiam. Iran to największy eksporter pistacji. Niestety ceny pistacji były porównywalne do cen w Polsce.

Waluta

Zabrałem do Iranu dolary i euro. Wymieniać można właściwie wszędzie, ale trzeba uważać. Ja wymieniałem w kantorach, których jest sporo. W Iranie jest bardzo dużo banków i bankomatów. Ich liczba jest podobna do tego, co znamy w Polsce. Niestety, nie możemy ich używać. Nie są zintegrowane ze światową siecią finansową. To jeden z aspektów sankcji gospodarczych.

Ceny na ulicach podawane są w rialach, ale także w tumanach. Tuman to dziesięć riali. Podobno ma być denominacja, ponieważ po wymianie dolarów zostałem milionerem. Bardzo dużo banknotów.

Bezpieczeństwo

Iran dla turystów jest raczej bezpieczny. Jedynym warunkiem jest przestrzeganie ogólnie przyjętych zasad dobrego zachowania. Jedyną różnicą jest ubiór kobiet, które powinny być raczej zakryte, a na głowie mieć chustkę czy czapkę. Jak zawsze, jedynym sporem, jaki miałem podczas prawie miesięcznego pobytu, to sprzeczka z taksówkarzem w Teheranie o wysokość zapłaty za przejazd w dwie osoby na przednim siedzeniu pasażera. Nie chciałem się zgodzić na zapłacenie za kurs pełnej kwoty, skoro on zabrał po drodze siedem osób i każda zapłaciła 1/10 tego, co ja miałem zapłacić.

Zabawna sytuacja miała miejsce w jednym z meczetów. Grupa studentek akurat uczyła się architektury na przykładzie budowli, w której byliśmy. Jak mnie zobaczyły, od razu podeszły i zaczęły rozmowę. Zapytały, dlaczego tak mało turystów do nich przyjeżdża. Odpowiedziałem im, że ludzie w Europie boją się, że w Iranie jest niebezpiecznie. Piękne dziewczyny zrobiły wielkie oczy i poprosiły, bym wskazał im, gdzie w ich kraju jest tak niebezpiecznie, to one też tam nie pojadą. Nie wiedziałem, co odpowiedzieć.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Zakończenie

Iran jest obecnie bardzo przyjaznym państwem dla turystów. Nie można jednak ulegać złudzeniu. Ja takiemu złudzeniu uległem. Z jednej strony – wspaniali ludzie, a z drugiej – opresyjny aparat państwowy. Trudno to wszystko ogarnąć. Jednak ja zawsze wybieram ludzi. Szczególnie gdy podchodzą, pozdrawiają i pierwszym ich pytaniem jest: „Ile zarabiasz?”. Polecam, by odwiedzić to najstarsze państwo na świecie. Jedna rada, nigdy nie mówcie, że Iran jest arabski. Będziecie mieli przechlapane. Iran to Persja. Dumna i odważna.

Adalbert Freeman

Fotoreporter i dziennikarz. Zakochany w krajach arabskich i islamie. Użytkownik nadgryzionych jabłek.

Zapraszamy do dalszej dyskusji na Mastodonie lub Twitterze .