iMagazine

Zbliża się południe. Już pewnie jest prawie 50 stopni na zewnątrz. Do hotelowego lobby przybywają kolejni ludzie, chcąc schronić się przed palącym słońcem. Obserwując ich, rozmyślam o swojej drodze. Jak daleko zajdę jeszcze w swoim życiu i czy zawsze już sam. W lobby zrobiło się gwarno. Kliku mężczyzn gra w bilard. Zamawiają zimne piwo. Muzułmanie, ale w hotelu pewnie Allach nie widzi. Kilka pięknych dziewczyn romansuje z chłopakami. Chustki jednak zostały na ich czarnych włosach. Być może Najwyższy jednak coś tam widzi. Wolą się zabezpieczyć. Hotele stały się swoistymi oazami wolności. Tu nie widzą ich starsi. Mnie przyjemnie jak jest więcej ludzi. Lubię ten gwar kawiarni. W poprzednim hotelu byłem tylko ja i troje starszych Francuzów. Tamten hotel był olbrzymi i tak jak wszystko na pustyni rozsypywał się. Puste baseny powoli zapełniały się piaskiem. Wybrałem się wieczorem, by poszukać tam skorpionów, których oczywiście nie znalazłem. Bałem się, że trudna sztuka ich łapania, której niedawno się nauczyłem, przepadnie, jeśli nie będę praktykował. Zapłaciłem za lekcje całe 5 euro, więc szkoda kasy.

dscf0755-edit-heroWyjąłem Kindle’a. Przed wyjazdem wrzuciłem do niego wszystkie książki, jakie znalazłem. Wiedziałem, że spędzę trochę czasu schowany przed słońcem. Czytnik ma w moim przypadku same zalety. Małe zużycie prądu jest kluczowe. Nie każdego dnia jestem w tak doskonałych warunkach jak dziś. Zastanawiałem się nad zabraniem tabletu, ale waga i właśnie zużycie prądu jest istotne. Od biedy mogę na nim przeglądać strony i logować się do skrzynki mailowej. Istotniejsze jednak jest, iż nawet w ostrym afrykańskim słońcu spokojnie mogę czytać. Już raz go ładowałem. Wysoka temperatura chyba roztapia baterię i prąd „wycieka” z każdego urządzenia jak lody z wafelka w słoneczną niedzielę. Ładuję baterię panelem słonecznym, który mam przyczepiony do plecaka.

Przyglądam się, jak kilka osób rozkłada parasole przy basenie. Młodzi wysportowani chłopcy szybko wskoczyli na główkę do wody. Dziewczyny rozkładają swoje skarby z torebek. Ubrane są jak muzułmanki – w hidżaby. Zastanawiam się, czy tu też stwierdzą, że Allach ich nie widzi. Po chwili dołączają do chłopców. W pełnym ubraniu. Teraz pewnie byłyby ubrane w modne burkini. Niestety jeszcze nie ten czas. Poprosiłem o piwo.

2012_-58-heroZajrzałem do Kindle’a i lecę po tytułach. Kilka brzmi obiecująco, ale jakoś tak nie gadają do mnie. „Shantaram” – Gregory David Roberts. Fajne słowo, pewnie indyjskie. Nie lubię tych klimatów Bollywood. Nie lubię Indii. Mam poczucie, że to miejsce zbyt kolorowe, kiczowate. Jednak zaglądam. Pierwsze zdziwienie. To nie jest tani romans. Tyle dobrego. Wygląda na to, że nie jest to także książka podróżnicza czy nie daj Boże książka nawiedzonego autora, który w Indiach szuka nowej drogi życiowej i nawrócenia duchowego. Od razu przypominam sobie Steve’a Jobsa, jak w nim wiele Indie zmieniły. Jego późniejsze decyzje oraz życie, jakie prowadził, są pochodną tego wyjazdu. Nie sądzę, bym ja się w taki sposób narodził na nowo. Dla mnie oczyszczeniem jest pustynia. To tu szukam swojej nowej drogi.

„Tamtego pierwszego dnia w Bombaju od razu zwróciłem uwagę na inny zapach…” – to zdanie. To do mnie trafiło. Tak samo jak pierwszy raz wylądowałem, kilka lat temu, na lotnisku w Marrakeszu. Gdy stanąłem na schodkach prowadzących z samolotu na płytę lotniska. Ten żar powietrza. Całkowicie inny niż w zimnej Polsce. W domu nawet gdy jest gorące lato, to słońce tylko piecze, czujesz promienie. Tu powietrze jest gęste i gorące. Poczułem, mimo smrodu spalin lotniskowych maszyn, ten zapach orientu. Było to coś tak wyjątkowego, że już nigdy później, mimo że specjalnie przystawałem zawsze na tych schodkach, nie poczułem tego tak intensywnie. Dlatego to zdanie mnie przekonało. Autor nie oszukiwał mnie. Zrozumiałem, że też poczuł na innym kontynencie te same emocje.

dcf215112250-hero

Pojawiła się myśl: „A jeśli poczułbym to też w tym mieście?”. Nie. Przecież kocham Afrykę, a kilka lat później wytatuuję sobie jej kontury i afrykańskich wojowników. Afryka jest rzeczywista, twarda i nie ma nic z kolorów Bollywood. Muzyka jest tu prosta, a tańce nie tak frywolne jak w filmach z Bombaju. Książka zaczęła mnie jednak wciągać. Minął już najgorszy upał. Zamówiłem colę i nie potrafiłem oderwać się od czytania. Autor opisywał miejsca i przygody w ogromnej metropolii. Centralnym miejscem powieści jest Cafe Leopold. Bohater opisywał wszystko dokładnie i ciekawie. Tak jakby autor i bohater powieści to była ta sama osoba. OK, wystarczy na dziś. Muszę poszukać czegoś, co mogę zjeść. W tym hotelu mogę jeść tylko po zmroku. Jest ramadan. Hotel w tym okresie nie ma w ciągu dnia czynnej kuchni. Nic nie wskórałem, przekonując managera, iż jestem w podroży i mogę jeść przez cały dzień. Znalazłem na szczęście niedaleko dworca autobusowego mały bar, który serwował coś, co przypominało burgery. Przez cały czas jednak myślałem o tej książce. Usiadłem na chodniku, ciągle jedząc, koło salonu telefonii komórkowej. Tu miałem darmowe Wi-Fi. Wyjąłem iPhone’a i sprawdziłem pocztę. Nic ważnego. Nagle bezwiednie wpisałem: „cafe leopold bombaj” i… wyskoczyły mi wyniki, zdjęcia. Jest taka knajpa? Zdziwienie. Kurde, adres też się zgadza. Wróciłem szybko do hotelu.

dscf0678-2-hero

Każdy kolejny dzień poświeciłem na czytanie. Sprawdzałem wszystko w necie. Zgadzało się. Autor też. Przekonał mnie do siebie. Uwierzyłem w jego historię uciekiniera z więzienia o zaostrzonym rygorze. Budowanie jego pozycji w półświatku metropolii. Czytałem i coraz bardziej chciałem to wszystko zobaczyć. W tych Indiach nie było tandety i kiczu, jakimi karmi nas telewizja. Tu były realne wydarzenia i ludzie. Ich zachowania. Wyjątkowe relacje pomiędzy nimi.

Opis slumsów i życie w nich. Totalnie inna rzeczywistość niż sądziłem do tej pory. Wszystko było takie odkrywcze i nowe. Bez zbędnego patosu czy podkreślania biedy. Taki prawie dokumentalny opis rzeczywistych zdarzeń. Coraz częściej łapałem się na myślach, że chciałbym to zobaczyć. W myślach, na podstawie książki, budowałem obraz wielkiego miasta.

2012_-138-hero

Skończyłem pobyt w Afryce. Jak zawsze szybko to zleciało. Wróciłem do swojego małego mieszkania w bloku z wielkiej płyty. Pracy od 8 do 16 i siedzenia na nasiadówkach. Już zaczynałem zapominać, gdy zadzwonił do mnie Doctore (skończył medycynę, ale został dziennikarzem, choć ksywa została). Często bywał w Indiach. Przypomniało mi się to i zapytałem się: „Doctore, co powiesz o Bombaju?”. Włączyło mi się gadanie. Z tej rozmowy zapamiętałem jednak tylko: „Mam dobry sprawdzony motel. Dam ci namiary na miejsce, gdzie możesz w spokoju wypić kawę, bo pamiętaj, w Indiach nigdy nie jesteś sam. Na ulicach ludzie będą Cie dotykać, potrącać. Wszędzie jesteś w tłumie. My Europejczycy trudno to znosimy. Warto mieć miejsce na oddech”.

W poczcie był mail od Doctore. Adres motelu. Sprawdziłem w Google, rewelacja – blisko Cafe Leopold. Podjąłem decyzję. Jadę do Indii. Jadę do Bombaju na piwo w Cafe Leopold. Parę dni później promocja na przelot Emirates Airline do Bombaju. Tylko zerknąłem na stan karty kredytowej, potem szybka rezerwacja polecanego motelu. Zapomniałem tylko powiedzieć w firmie, że mnie nie będzie przez kilka tygodni. Zupełnie się tym nie przejmowałem… Czułem przygodę. Załatwiłem tylko jeszcze przez net wizę i czekam do lutego… Najgorsze jest to, że jeszcze 4 miesiące do wyjazdu.

2012_-139-hero

Miałem czas, by poczytać w necie. Autor faktycznie jest bohaterem powieści. Zastrzega jednak w wywiadach, że książka w wielu miejscach jest fikcją. Chociaż umiejscowiona jest w realnym miejscu. Nie dziwię się, że tak mówi. Powieść opisuje nielegalne transakcje, wymuszenia, handel walutami, dokumentami czy bronią. Wierze jednak, że fikcja nie jest fikcją. Mam plan, by choć przez chwilę swojego pobytu poczuć się jak Lin (od Lindsay – imienia z fałszywego nowozelandzkiego paszportu bohatera). Był nawet projekt zrobienia filmu, w którym Johnny Depp miał grać główną rolę.

W następnym odcinku opiszę, jak rzeczywistość ma się do książki i wyobrażeń.


chcę więcej treści tego typu
chcę mniej treści tego typu

Adalbert Freeman

Fotoreporter i dziennikarz. Zakochany w krajach arabskich i islamie. Użytkownik nadgryzionych jabłek.


Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o