Philips Fidelio L1 – test i recenzja

03/08/2012, 11:42 · · · 16

Artykuł pochodzi z archiwalnego iMagazine 06/2012

blogPW1_5649-2

Pojawił się kolejny konkurent dla tak zacnych słuchawek, jakimi są chociażby Sennheisery HD600 czy Bowers & Wilkins P5. Najpiękniejszy w tej kategorii 1200+ zł jest fakt, że każdy producent wnosi coś innego od siebie, dając nam, konsumentom, spory wybór. Philips poza świetnym brzmieniem pokazał, że można też nie oszczędzać na wykończeniu i użytych materiałach.

Design

Słuchawki – wykonane w zasadzie z trzech materiałów – prezentują się w stylu iście retro. Skóra, aluminium oraz winyl tworzą harmonijną kompozycję, w której jedynie przeszkadza mi kolor skóry na górnej części pałąka – jest ciemno-brązowy, co nie do końca pasuje do wszechobecnej czerni i aluminium. Wspominam o tym jedynie dlatego, że w zasadzie nie ma się do czego przyczepić. Żłobienia w zewnętrznej części winylowej obudowy nauszników przypominają płyty z dawnych lat, a aluminium z kolei, to krok w stronę nowoczesnych laptopów czy tabletów spod pióra Apple. Mięciutka skóra dopełnia całości i genialnie kontrastuje z metalowym grillem głośników.

Najbardziej spodobała mi się jednak funkcjonalność elementów służących do regulacji długości pałąka. Wykonane ze wspomnianego aluminium, posiadają wygrawerowaną skalę, której wartość łatwo zapamiętać po dopasowaniu do własnej głowy. To bardzo istotne, ponieważ wszyscy znajomi będą chcieli je przymierzyć, a powrót do własnych preferencji będzie błyskawiczny. Nie opisywałbym tego elementu tak szczegółowo, gdyby nie jedna jego funkcja – po założeniu słuchawek na głowę, nie da się ich wyregulować. Wcześniej ustalona pozycja zostaje zablokowana automagicznie – tak, stosując sporą siłę da się pałąk przesunąć, ale nie jest to prostym zadaniem. Po zdjęciu ich z głowy natomiast, regulacja jest płynna, precyzyjna i nie wymaga wysiłku.

blogPW1_5657-2

Komfort

Fidelio L1 mają tę cechę, że obejmują uszy, a nie opierają się na nich. Dodatkowo, skórzane nauszniki nie parzą skóry wokół uszu nawet przy wysokich temperaturach, co udało mi się sprawdzić podczas ostatnich upałów. Całość izoluje nas od świata zewnętrznego na tyle, że nic nam nie przeszkadza, ale równocześnie słychać karetki i inne dźwięki, które mogą być istotne. Nie słyszałem też narzekań osób siedzących obok mnie w pociągu przez kilka godzin – słuchawki praktycznie nie wydają dźwięku dla osób postronnych, co jest sporym plusem. Wiemy przecież, jakie to irytujące, gdy ktoś siedzi obok nas i słucha czegoś, co nam przeszkadza. Na koniec dochodzi jeszcze miękkość wykończenia pałąka, który opiera się o czubek naszej głowy – jest on na tyle miękki, że wielogodzinne noszenie Philipsów jest niezauważalne.

blogPW1_5643-2

Wytrzymałość

Wspominałem już, że jakość wykonania słuchawek jest nienaganna. Nie wspominałem natomiast, że są również bardzo wytrzymałe na złe traktowania. W długi, majowy weekend odbyłem podróż pociągiem do Krakowa – to jednak preferowany środek transportu do tego miasta ze stolicy, ponieważ nawet 1. klasa w TLK to luksus (a przynajmniej jak na warunki PKP). Podróż umiliły mi właśnie recenzowane słuchawki, które przewoziłem w swojej naramiennej torbie, do której mieści się iPad i niewiele więcej. Leżały ściśnięte w przedniej kieszeni – były gniecione w trakcie podróży, niedbale chowane, rzucane po przyjechaniu na miejsce i przed kilka dni nie miały lekkiego życia. Trudy zniosły w iście mistrzowskim stylu – nie deptałem ich co prawda, powstrzymałem się też przed skakaniem po nich, ale nie ma na nich nawet śladu. Nie wątpię, że da się je uszkodzić, ale przy podstawowych czynnościach nic im się nie powinno stać i na pewno nie trzeba się z nimi cackać.

blogPW1_5641-2

Dźwięk

Fidelio L1 miałem okazję, w wersji jeszcze prototypowej, słuchać w zeszłym roku na IFA w Berlinie. Już wtedy zaimponowały mi dźwiękiem. Teraz, po przesłuchaniu wszystkiego – od klasyki w wykonaniu Ludovico Einaudi, do rapu Snoop Dogga, czy też rocka autorstwa Rolling Stonesów, nie mam wątpliwości, co do ich wszechstronności. Miłośnicy basów niestety będą zawiedzeni – nie ma takiego efektu, jakie oferują Beats by Dr. Dre. Dół nie jest neutralny, ale podbicie jest na tyle delikatne, że nie przeszkadza. Środek i góra również starają się wiernie odwzorować intencje artystów, z tym że całość jest delikatnie „wyeksponowana”. Zdecydowanie najlepiej słucha się na nich muzyki rockowej i poważnej, gdzie ponownie odkrywam instrumenty, których wcześniej nie słyszałem w utworach.

blogPW1_5649-2

Warto!

Zazwyczaj w swoich recenzjach, staram się czytelników zmusić do zadania sobie pytania, czy to jest produkt przeznaczony dla nich. Nie tym razem – to słuchawki dla każdego, kto czerpie chociaż trochę przyjemności z muzyki. Cena oczywiście nie jest niska, ale nie jest to też produkt, który rozsypie się po roku.

Odsłuch niestety jest bardzo indywidualną sprawą – jedni, jak chociażby Dominik Łada, preferują brzmienie B&W P5, a inny jak mantrę będą powtarzali, że Sennheisery są najlepsze. Wiem tylko jedno – jeśli, drogi Czytelniku, czcisz Beats by Dr. Dre, to nie są to słuchawki dla Ciebie. Wszystkim innym na szczęście zapewnią naturalne brzmienie, z odpowiednią dynamiką całej sceny, co zależnie od słuchanego utworu, albo przyśpieszy Wam bicie serca, albo pozwoli rozpłynąć się w zachwycie nad jego kompozycją.

Dane techniczne

Producent: Philips
Model: Fidelio L1
Cena: 1299 zł

W zestawie

  • słuchawki
  • przewód audio dla iPoda/iPhone’a z pilotem i mikrofonem
  • drugi przewód do innych źródeł dźwięku
  • adapter 3,5-6.3 mm do podłączanie do amplitunerów i wzmacniaczy
  • woreczek do chowania słuchawek

Ocena: 5/6

Plusy:

  • jakość dźwięku i jego neutralna barwa
  • wykonanie

Minusy:

  • cena

Wojtek Pietrusiewicz

Wydawca, fotograf, podróżnik, podcaster – niekoniecznie w tej kolejności. Lubię espresso, mechaniczne zegarki, mechaniczne klawiatury i zwinne samochody.