iMagazine

List polecany

21/09/2014, 23:35 · · · 17

Zaczęło się od iPoda touch. Potrzebowałem odtwarzacza muzyki, a ten wyglądał bardzo fajnie, miał internet i aplikacje. Z czasem zmieniłem go na iPhone’a, a niewiele później zacząłem zastanawiać się, czy nie chcę mieć równie wygodnego komputera. W ten sposób trafił do mnie pierwszy Mac.

Od pierwszych chwil obcowania z komputerami byłem „pecetowcem”. Systemy inne niż Windows nie miały racji bytu, bo przecież tylko ten od Microsoftu nadaje się do pracy, jest na niego oprogramowanie, no i w ogóle za takiego Maca się przepłaca. Przez wiele lat korzystałem z Windowsa i mi on odpowiadał, a wszelkie jego przypadłości uważałem za typowe dla komputerów. System zwalnia po kilku-kilkunastu miesiącach użytkowania? Trzeba zrobić format i postawić go na nowo. Później kilka godzin, by zainstalować na nowo całe oprogramowanie i je skonfigurować. Płyta z instalatorami aplikacji była obowiązkowym przedmiotem, zwłaszcza że ściąganie na nowo wszystkiego z internetu wymagało i czasu (bo łącza internetowe szybkie są dopiero od niedawna), a i wszystkiego trzeba było szukać na stronach producentów albo na portalach, które zbierały linki do aplikacji. Ot, takie standardowe procedury, by komputer działał dobrze. Zawieszanie się? Oczywiście, czemu nie – pamiętam, że na Windows Millenium (mój pierwszy komputer na nim pracował) zdarzały się nagminnie. Blue screen? Tak, też występował, i nie trzeba się było specjalnie starać. Późniejsze wersje nie robiły już (tak często) takich niespodzianek.

Właściwie wszystko pasowało mi do momentu, w którym poszedłem na studia i w związku z tym kupiłem laptopa. Ciężkiego, trzykilowego kloca z ekranem o przekątnej 16 cali i mocnej konfiguracji. Był przyzwoity jako komputer, bez oglądania się na komfort pracy oraz wrażenia, jakich dostarczał. Wraz z upływem czasu zaczął przeszkadzać mi ekran, który pod każdym kątem wyświetlał inne kolory (lub też w ogóle nie był czytelny), przestałem też całkowicie korzystać z gładzika, bo był za mały, a palec po chwili zaczynał się do niego kleić. Klawiatura była równie okropna – upchnięte zbyt ciasno przyciski powodowały, że nie sposób było pisać szybko, nie popełniając przy tym błędów. Do tego jego waga sprawiła, że zabierałem go ze sobą dopiero wtedy, gdy był absolutnie niezbędny. Po rozmowach ze znajomymi okazało się, że mało kto zwraca w ogóle uwagę na te rzeczy – ot, komputery takie przecież są. Dało mi to do myślenia, w końcu to niemożliwe, by zbieranina wad, powielanych przez producentów PC, stanowiła jedyny wybór. I wtedy pojawił się pomysł – Mac. Bo czemu mam nie spróbować?

Nie zastanawiałem się zbyt długo nad tym, jaki komputer chcę. Niewielki, lekki i tani, bo gdyby okazał się złym wyborem, to chciałem go natychmiast odsprzedać. Szukałem MacBooka White, ewentualnie pierwszego Pro z procesorem Intela. Trafiła się jednak okazja i pewnego sierpniowego dnia kurier przywiózł mi MacBooka Air, konkretniej zaś model Rev. B, czyli z poprawioną konstrukcją zawiasu pokrywy. Pierwszym szokiem była waga samej paczki, była tak lekka, że obawiałem się, że jest pusta. A jednak coś tam było – coś, co odmieniło kompletnie moje podejście do komputerów. Po wyjęciu z pudełka nie mogłem uwierzyć, że jest tak cienki i lekki – 1,36 kg było niczym w porównaniu do ponad dwukrotnie większej wagi mojego PC. Sama konstrukcja była równie niesamowita, wszystko było aluminiowe i perfekcyjnie spasowane. Po włączeniu pojawiły się kolejne obawy – wentylator jest zepsuty. Okazało się, że po prostu go nie słychać. Ekran uderzył mnie po oczach kolorami i bardzo dobrymi kątami widzenia. A sam system? Cudo, szczególnie w porównaniu do ociężałego Windowsa.

Pomimo stosunkowo słabej konfiguracji i koszmarnego, powolnego dysku HDD o prędkości 4200 obrotów na minutę (takie same montowano w iPodach), działał dużo sprawniej niż „mocny” pecet. A przy tym był nieporównywalnie wygodniejszy. Po kilku dniach z OS X potrafiłem go używać intuicyjnie, dokładnie wiedziałem, gdzie co się znajduje i jak działa. Wciskałem kombinację klawiszy znaną z programów systemowych w jakiejś aplikacji, którą dopiero zainstalowałem, a ona wywoływała dokładnie taką czynność, jakiej się spodziewałem. Jednolitość oprogramowania sprawiła, że poszukiwanie narzędzi do wykonywania określonych rzeczy było czystą przyjemnością. Nie musiałem zastanawiać się, jak działają podstawowe funkcje aplikacji, mogłem skupić się na jej unikalnych cechach. W efekcie zacząłem pracować szybciej i wydajniej. Nie zmagałem się z maszyną, tylko z postawionym zadaniem. To było coś wielkiego. Jednocześnie zacząłem doceniać każdą, nawet najmniejszą aplikację. To właśnie dzięki nim funkcjonalność OS X gwałtownie wzrasta. Jasne, o grach mogłem zapomnieć, ale były mi one kompletnie obojętne. Od tego są konsole.

Nie wierzyłem w opinie, że Mac zmienia światopogląd, a powrót do PC jest niemożliwy. Dopiero gdy sam zacząłem pracować na komputerach Apple, zrozumiałem, dlaczego to rzeczywiście prawda. Tu nie chodzi o papierową specyfikację, a o perfekcjonizm, zarówno w zakresie oprogramowania, jak i sprzętu. Mac to doskonała maszyna do pracy, o której zapominam – staje się niewidzialna, nieśmiało upomni się czasem o prąd i… tyle. Przyglądając się nowym modelom PC, czuję się jak homoseksualista, widzący piękną kobietę. Podziwiam, ale kompletnie nie jestem zainteresowany.

Ten artykuł pochodzi z archiwalnego iMagazine 08/2014

17

Paweł Hać

Ten od Maków i światła. Na Twitterze @pawelhac