Zmiany wiszą w powietrzu

21/05/2015, 14:00 · · · 9

MacBook Air został po raz pierwszy zaprezentowany w 2008 roku. Na scenie pojawił się w kopercie, niewiele ją zresztą wybrzuszając. O ile jego pierwsza generacja nie przyjęła się za dobrze, to ta konstrukcja niewątpliwie odmieniła rynek laptopów. Podobnie zresztą jak pierwszy iPhone odmienił rynek telefonów komórkowych.

Apple wyposażyło go w Intel Core 2 Duo taktowanego częstotliwością 1,6 GHz (lub opcjonalnie 1,8 GHz) – CPU był wyraźnie wolniejszy od tych montowanych w pozostałych MacBookach. Otrzymał też 2 GB RAM, którego nie można było rozszerzyć. Zastosowano powolny HDD, kręcący się z prędkością 4200 obrotów na minutę, o pojemności 80 GB. Opcjonalnie można było zamówić jeszcze mniejszy, 64 GB SSD, za jedyne 999 dolarów. Komputer miał jeden port USB 2.0 i nie miał portów FireWire, Ethernet, optycznego wyjścia audio, wejścia audio ani napędu SuperDrive. Miał jednak dwie bardzo istotne rzeczy: pełnowymiarową klawiaturę, duży ekran i znakomity trackpad. Braki można było uzupełnić wszelkiej maści przejściówkami. Najdroższa konfiguracja, bez akcesoriów, kosztowała blisko 2800 dolarów. Dokładnie tyle samo kosztował topowy MacBook Pro 17″.

Niedawno pojawiły się plotki, iż kolejna generacja MacBooka Pro zostanie gruntowanie przebudowana. Obudowa ma rzekomo być jeszcze mniejsza niż w obecnym modelu 11,6″ i mieścić ekran w przedziale 12-13″. Powróci (ponoć) jeden port – USB Typu C – który umożliwia ładowanie komputera, transmisję obrazu do zewnętrznego monitora oraz podłączenie akcesoriów. Całością mają sterować nowe Broadwelle od Intela, pracujące na tyle wydajnie, że nie będą wymagały aktywnego chłodzenia w postaci wiatraków.

Z bliżej niewyjaśnionego powodu powyższa specyfikacja wzbudziła ogromne kontrowersje wśród osób śledzących plotki o Apple. Dla wielu osób, przynajmniej w tej chwili, nie jest to konfiguracja, którą są gotowi zaakceptować. Najczęściej padały zarzuty pod adresem portów USB, a raczej tego, że ma być tylko jeden. Odniosłem wrażenie, że najważniejszą jego czynnością ma być umożliwianie podłączania pendrive’ów oraz dysków zewnętrznych. Argumentowano, że bez tego nadaje się jedynie „do przeglądania Facebooka w Starbucksie”. Mam nieodparte wrażenie, iż te osoby zapomniały, że Apple nadal produkuje MacBooki z większą liczbą portów… To, że wprowadzi nowy model, nie jest przecież jednoznaczne z wycofaniem pozostałych z oferty.

Pragnę też zwrócić uwagę na jeden istotny fakt – obecna konstrukcja Aira jest praktycznie niezmieniona od paru lat, podczas gdy seria MacBooków Pro z ekranami Retina przeszła spore modyfikacje. Wlutowany RAM, brak HDD i znacznie cieńsza konstrukcja. Różnica w wadze pomiędzy 13-calowym MacBookiem Pro, a Air 13″ wynosi dzisiaj 220 gramów. Dwieście dwadzieścia! Zaledwie! A różnica w mocy i samych ekranach jest ogromna. No i nie zapominajmy, że Pro 13″ jest też węższy i płytszy niż Air 13″.

Dzisiaj MacBooki Air nie różnią się wiele od tak zwanych ultrabooków. Minęło ładnych kilka lat zanim konkurencja go dogoniła, a przez ostatnich kilka miesięcy pojawiło się kilka konstrukcji, które są lżejsze lub lepsze w takim czy innym względzie. Zatem najwyższy czas na zredefiniowanie tej kategorii, a kto to zrobi lepiej jak nie Apple?

Przeczytajcie jeszcze raz opis pierwszej generacji MacBooka Air (drugi akapit) i porównajcie go do rzekomej specyfikacji kolejnej jego odmiany (trzeci akapit). Brzmi podobnie, prawda? Wszystko rozchodzi się o nowe złącze USB Typu C, które jest podobne konstrukcyjnie do apple’owego Lightninga – wtyczkę można wkładać w dowolnej orientacji. Ten standard ma również umożliwiać przenoszenie obrazu do zewnętrznego monitora oraz, uwaga (!), podłączanie pendrive’ów lub zewnętrznych dysków. Jeden port oznacza jednak konieczność stosowania hubów – spekuluje się, iż taki będzie wbudowany do ładowarki do nowego Aira.

Mnie jednak bardziej zastanawia brak złącza MagSafe. Mój ex-IBM Thinkpad „Biedronka” raz poleciał ze stołu, bo ktoś zahaczył o kabel ładowania. Mój MacBook Air nie spadł jeszcze ani razu, a już przynajmniej trzykrotnie potknąłem się o kabel (odpukałem już w niemalowane). Nowy port USB Typu C pod tym względem będzie krokiem wstecz, a MagSafe był przecież nawet bohaterem reklam MacBooków. Co więcej – MagSafe 2 jeszcze łatwiej wypiąć z gniazda. Pozostaje zatem pytanie, jak to zostanie rozwiązane? MagSafe, ale po stronie ładowarki? Zmodyfikowana wtyczka USB Typu C, aby trzymały ją magnesy? Poczekamy, zobaczymy. Oczywiście, o ile te plotki się potwierdzą.

Tak jak wiele lat temu była awantura o brak stacji dyskietek w nowych Macach, tak samo płakano po napędzie SuperDrive i tak samo będzie przy brakach w liczbie portów USB. A ja tymczasem nie pamiętam, kiedy ostatni raz podłączałem pendrive’a do komputera. Obecnie w swojej „jedenastce” mam dwa porty USB, jeden Thunderbolt, mini Jack i MagSafe. Używam tylko tego ostatniego.

Zapowiada się najlepszy i najbardziej mobilny komputer na rynku. Nie dla każdego oczywiście, tak samo jak iPad czy Chromebook nie jest dla wszystkich. Ale dla mnie owszem, a na retinowego Aira czekam już od ponad dwóch lat.


Ten artykuł pochodzi z archiwalnego iMagazine 02/2015



9

Wojtek Pietrusiewicz

Wydawca, fotograf, podróżnik, podcaster – niekoniecznie w tej kolejności. Lubię espresso, mechaniczne zegarki, mechaniczne klawiatury i zwinne samochody.