iMagazine

Cisza w czasach Internetu

07/07/2015, 11:28 · · · 0

Na długo przed zakończeniem ciszy wyborczej prawie każdy przeciętnie zorientowany użytkownik Twittera wiedział już, że Budyń kosztował tego dnia 53 zł, Bigos – 47 zł, a na targ przybyło 55 procent mieszkańców.

Każdego innego dnia intensywne zainteresowanie internautów cenami garmażu, produktów mlecznych, a także kiełbas myśliwskiej i podwawelskiej musiałoby wywołać zdumienie. W niedzielę, 24 maja, wywoływało jedynie ironiczne żarty. Ponownie pojawiło się pytanie, jaki właściwie sens ma nakaz ciszy wyborczej w czasach Internetu skoro wszyscy zdają się być zgodni, że nie ma sposobu na jej wyegzekwowanie.

Po co nam w ogóle cisza wyborcza? Przypomnijmy, że w Polsce polega ona na zakazie prowadzenia agitacji wyborczej oraz publikacji wyników sondaży przedwyborczych w dniu poprzedzającym wybory oraz w dniu wyborów do czasu zakończenia głosowania.

Wprowadzając ciszę wyborczą nasz ustawodawca kierował się względami, które można próbować zrozumieć. Uznał on, że po tygodniach kampanii wyborcom należy się chwila wytchnienia, którą będą mogli wykorzystać na swobodny namysł w atmosferze wolnej od agitacji. Chodzi zatem o wywołanie nastroju refleksji, który umożliwi wyborcom podjęcie przemyślanej decyzji. Sceptycy mogą oczywiście poddawać w wątpliwość, czy czas ciszy wyborczej jest w praktyce wykorzystywany w tak doniosły sposób. Trzeba bowiem powiedzieć, że motywacja ustawodawcy zdaje się trącić w tym zakresie nadmiernym idealizmem, który złośliwi krytycy uznają za przejaw oderwania od rzeczywistości.  Z drugiej strony należy  przyznać, że sam zakaz agitacji w dniu wyborów, zwłaszcza w lokalach wyborczych i ich bezpośrednim sąsiedztwie, może mieć kojący wpływ na tych, którzy do wyborów politycznych podchodzą bez niezbędnego dystansu. Można zatem sądzić, że przyczynia się on do względnego spokoju w punktach wyborczych podczas samego głosowania.

Pewnego związku z rzeczywistością nie można odmówić argumentowi, iż ogłaszanie wyników sondażowych w trakcie głosowania może służyć manipulacji wyborczej. Przykładowo odnotowanie dużej przewagi jednego z kandydatów w pierwszych godzinach głosowania może spowodować, że jego wyborcy uznają przedwcześnie wybory za „praktycznie wygrane” i zrezygnują z udziału w nich. Nie można również wykluczyć publikowania sondaży zafałszowanych, obliczonych na to, aby wpłynąć na decyzję wyborców o udziale lub rezygnacji z udziału w głosowaniu.

Czy zatem potrzebujemy ciszy wyborczej? Są przecież kraje które z powodzeniem się bez niej obywają. W Unii Europejskiej obowiązuje ona w 15 z 28 krajów, w tym np. we Francji, Włoszech, czy Hiszpanii. Niemcy, które wprowadziły ciszę wyborczą po II Wojnie Światowej, zrezygnowały z niej w pierwszej dekadzie tego wieku.  Ciszy wyborczej nie ma np. w Wielkiej Brytanii, Irlandii, czy Szwecji. Sąd Najwyższy USA uznał ciszę wyborczą za przejaw niekonstytucyjnego ograniczenia wolności słowa. W podobnym duchu wyrażały się sądy konstytucyjne niektórych krajów europejskich, w tym Bułgarii oraz Słowenii, które wolność słowa uznały za wartość nadrzędną w stosunku do pożytków płynących z funkcjonowania ciszy wyborczej.

W Polsce ponownie rozpoczęła się dyskusja na temat potrzeby utrzymywania ciszy wyborczej i warto, aby obok prawników, polityków, czy dziennikarzy, wzięła w niej udział również młodsza część wyborców, znana z biegłości w sprawach internetowych. Dysponują oni bronią mediów społecznościowych, której politycy na szczęście nie ważą się już niedoceniać. Po ostatnich wyborach wiele osób nabrało przeświadczenia, że grupa na fejsie, czy dobry hasztag, mogą  stworzyć szansę realnego wpływu na kierunek zmian w państwie.  Należy głośno docenić ten stan rzeczy i odnotować jego pozytywny aspekt w charakterze odskoczni od modnych narzekań na zalew internetowego hejtu i głupoty.

Doceniając rolę poczucia humoru w życiu politycznym nie sądzę, abyśmy potrzebowali prawa, którego nieskuteczność przybiera rozmiary kabaretowe. Przepisy lekceważone powinny zatem być usuwane lub korygowane, bo ich utrzymywanie demoralizuje i uczy braku elementarnego szacunku dla instytucji państwa. Mamy okazję ponownie zastanowić się, czy wolność słowa rzeczywiście wymaga ograniczenia w imię demokracji. A jeśli doszlibyśmy do wniosku, że jednak tak, to warto przynajmniej poszukać regulacji, która nie stanie się przy okazji następnych wyborów twitterowym pośmiewiskiem.

Ten artykuł pochodzi z archiwalnego iMagazine 06/2015

0

Gracjan Pietras

Autor jest adwokatem i wspólnikiem w kancelarii „Doktór Jerszyński Pietras” w Warszawie. www.djp.pl


Dodaj komentarz