Dlaczego przepłacam za Maca?

13/07/2015, 08:56 · · · 57

„Przepłacasz!”, „Pseudo-komputer”, „I tak się popsuje”, „Lanser” i tak dalej, i tak dalej. Kto nigdy nie słyszał podobnych tekstów od różnych osób, które wyszydzały fakt posiadania Maca, niech podniesie rękę. Nikt? Właśnie.

Ogólnie w społeczeństwie jest ubita zasada, że Maców raczej się nie kupuje. To komputery, które oferują znacznie gorsze podzespoły niż konkurencyjne sprzęty za mniejsze pieniądze. Na Maki nie ma oprogramowania, a jak jest, to obrzydliwie drogie. Do tego poza samym komputerem musisz dokupić rząd przejściówek. I co to jest, to jabłko się świeci?

Część z tych „docinków” pokrywa się z prawdą. Tak, Maki są droższe w porównaniu do konkurencji. Tak, nie ma aż tyle oprogramowania co na Windowsa. Tak, każdy z nas wydał niemało na przejściówki. Tak, to jabłko się świeci i nie da się tego wyłączyć. Ale wszyscy dobrze wiemy, dlaczego jest tak a nie inaczej i nie mam zamiaru tego teraz tłumaczyć. Raczej skupię się na tym, że zamawiając ostatniego Maca, zwątpiłem.

Prawie dwa miesiące temu wymieniłem swojego 3-letniego MacBooka Air na worek pieniędzy. Zaczynał mnie trochę irytować, a wraz z ostatnim odświeżeniem OS X (Yosemite) pojawiło się więcej problemów, niż bym sobie tego życzył. Do tego od jakiegoś czasu śledziłem poczynania Microsoftu i muszę przyznać, że Windows 10 zapowiada się naprawdę świetnie.

Mimo to w dniu premiery nowego MacBooka poczłapałem do Apple Store, aby go zamówić. Pan w niebieskiej koszulce, potocznie zwany Geniuszem, zapewnił mnie, że w ciągu dwóch tygodni komputer będzie u mnie. Ucieszyłem się jak nastolatek dostający pierwszy zwrot podatku i w tej euforii postanowiłem odwiedzić jeszcze jeden sklep komputerowy – znajdujący się po drugiej stronie niedużego parkingu – Microsoft Store.

Tak, atmosfera była inna. Nie musiałem się przeciskać między dziesiątkami osób, aby sprawdzić na własne oczy interesujący mnie produkt. Również pracownicy są zdecydowanie milsi. W Apple Store zawsze muszę zabiegać o zainteresowanie, u konkurencji jest odwrotnie. Ale nic, dorwałem się do stoiska z laptopami. I wiecie co? Podobało mi się tam.

Moją uwagę (poza Surface’ami) przykuł model Asusa, który jest w zasadzie nowym MacBookiem z większym ekranem i znacznie niższą ceną. Komputer nie był zły, klawiatura była naprawdę wygodna, podobnie jak gładzik. Jedyną wadą, jaką zauważyłem, był brak podświetlenia tej pierwszej. Fakt, Asus nie był wykonany tak dobrze jak laptop Apple, ale czy to wykonanie jest faktycznie warte 600 dolarów?

Później rzuciłem okiem na nowego Della XPS 13, którego ekran jest otoczony praktycznie niewidocznymi krawędziami. Amerykański laptop oferował również znacznie lepszy poziom wykonania niż Asus oraz ciągle był tańszy od konkurenta z nadgryzionym jabłkiem. „Może jednak by spróbować Windowsa?” pomyślałem i już prawie wyciągnąłem kartę z portfela.

Chwilę później przypomniałem sobie, dlaczego moja ostatnia próba systemu z Redmond skończyła się schowaniem sprzętu do szuflady: chodziło o aplikacje. Fakt, przez jakieś 80% czasu korzystam z kilku pozycji: przeglądarka internetowa, Spotify, Word i Wiadomości. Oczywiście, ta ostatnia jest niedostępna na jakiejkolwiek platformie innej niż Apple, ale pozostała trójka może sprawdzać się nawet lepiej na Windowsie.

Sęk tkwi w tym, że przez pozostałe 20% czasu używam aplikacji, których próżno szukać poza OS X. Czasami muszę wykonać jakiś projekt graficzny – sięgam wtedy po Pixelmatora. Kosztował mnie grosze, jest banalnie prosty w obsłudze i w pełni wystarcza na moje potrzeby. Dłuższe teksty (takie jak ten) piszę w iA Writer, bo zwyczajnie podoba mi się jego interfejs. Font, rozmiar tekstu, obszar roboczy, wsparcie dla Markdown. Dla mnie ideał. Nawet Slack, którego używamy do komunikacji w Redakcji, nie ma natywnego klienta na Okienka.

Niedawno do tego pakietu dołączyło iMovie. Wszystko zaczęło się pewnego poniedziałkowego wieczoru, kiedy nie miałem nic zaplanowanego na noc. Zgarnąłem więc iPhone’a, zbudowałem „statyw” i wykorzystując to, że mieszkam na jedenastym piętrze, postanowiłem nagrać timelapse ukazujący wschodzące słońce. Rano materiał był gotowy, jednak sam w sobie był raczej nudny. Odpaliłem więc iMovie, zaimportowałem plik, przyciąłem, poprawiłem kolory, dodałem ścieżkę dźwiękową, napisy i powstał 20-sekundowy klip. Gdybym nie miał Maca, prawdopodobnie pomysł umarłby w tym samym momencie, w którym się narodził.

Nie zrozumcie mnie źle, nie twierdzę, że na Windowsie nie ma dostępnego oprogramowania, które pozwoli osiągnąć te same rezultaty. Ale sposób, w jaki do nich docieramy, ma znaczenie. Jadąc na wycieczkę, można wybrać autobus lub samolot. Oba mają swoje zalety i wady, ale jeśli tylko możesz, to prawdopodobnie wybierzesz ten drugi. Aplikacje na Macu są jak bilet na samolot pierwszej klasy. Windows będzie tutaj autobusem. W najlepszym wypadku można od czasu do czasu wskoczyć do ekonomicznej klasy w samolocie, ale ciągle nie jest to ten poziom.

Tak samo jak za pierwszą klasę w samolocie płacimy więcej, tak samo Mac będzie odpowiednio droższy. Za wygodę się płaci, niestety. Ja jestem gotowy wydać więcej, żeby ją zyskać, głównie dlatego, że dzięki tej wygodzie jestem w stanie zrobić więcej. A na możliwość rozwoju chętnie wydam każde pieniądze.

Zdjęcie tytułowe: Cam Peters


Ten artykuł pochodzi z archiwalnego iMagazine 06/2015



57

Michał Zieliński

Star Wars, samochody i Taylor Swift.

mikeyziel