Maroko – tanio lub drogo, ale za każdym razem pięknie

10/08/2015, 10:31 · · · 36

Maroko leży w północno-zachodniej części Afryki, a jego brzegi opływa Ocean Atlantycki i Morze Śródziemne. To często letni cel podróży Polaków, prawdopodobnie ze względu na słońce, ale też niewysokie ceny – oferta jest na tyle zróżnicowana, że każdy znajdzie coś dla siebie. Zamiast jednak korzystać z biur podróży, które nie pozwolą nam poznać serca tego kraju, polecam zorganizować sobie podróż samodzielnie – prawdopodobnie będzie taniej, ale najważniejsze jest to, że czas zorganizujecie sobie dokładnie tak, jak chcecie.

Zanim przejdę do szczegółów, chciałem Wam zwrócić uwagę na jedną istotną rzecz. W tym tekście będzie sporo akapitów zaczynających się od słowa „Uwaga!” – proszę przeczytajcie je koniecznie, bo to bardzo istotne kwestie.

Ostatni raz odwiedzałem ten kraj dwadzieścia lat temu. W tym czasie wiele się zmieniło. Wtedy zwiedziłem przede wszystkim północ kraju i Marrakesz. Przy okazji tego wyjazdu pokonaliśmy znacznie większy dystans. Wycieczka, z racji wykupionych biletów, zaczynała się i kończyła w Agadirze. To do tego miasta, wyjątkowo liberalnego jak na muzułmański kraj, udało nam się kupić bilety po 500 zł plus opłaty lotniskowe – w sumie wyszło około 650 zł za osobę. Korzystaliśmy z oferty TUI na bilety first minute ponad pół roku temu, a last minute z trzydniowym wyprzedzeniem można było kupić za połowę tej ceny. Całość kosztowała około 3500 zł od osoby, przy czym mogliśmy bez większych problemów czy utraty komfortu zejść o tysiąc złotych niżej. Ta cena zawiera przeloty, hotele, wynajem samochodu, bilety na pociągi i CTM (marokański PKS), jedzenie, kartę SIM do telefonu i prezenty dla szwagierki, cioci, babci, dziadka, rednacza oraz teściowej. Teściowej? Cholera, wiedziałem, że o kimś zapomniałem! Nasz pobyt w sumie trwał 15 dni.

Nasz plan podróży

Agadir → Sidi Ifni: 170 km, 2 godz. 30 min (auto)
Sidi Ifni → Agadir: 170 km, 2 godz. 30 min (auto)
Agadir → Taghazout: 20 km, 30 min (auto)
Taghazout → Paradise Valley: 34 km, 2 godz. 30 min (auto)
Paradise Valley → Agadir: 40 km, 1 godz. (auto)
Agadir → Essaouira: 173 km, 3 godz. 30 min (CTM)
Essaouira → Casablanca: 352 km, 7 godz. 30 min (CTM)
Casablanca → Fez: 292 km, 4 godz. (pociąg)
Fez → Casablanca: 292 km, 4 godz. (pociąg)
Casablanca → Marrakesz: 244 km, 3 godz. 30 min (pociąg)
Marrakesz → Agadir: 249 km, 3 godz. 30 min (CTM)

Pragnę tylko zwrócić uwagę, że czas podróży pomiędzy Taghazout a Agadirem nie jest błędny – poświęcę mu osobny rozdział.

Dirham marokański

100 dirhamów to około 38 zł.

Uwaga! Podczas naszego pobytu, kurs wymiany na lotnisku przed wyjściem przez główne drzwi był wyższy niż w całym kraju. Obojętnie do jakiego kantoru się udacie (są wszędzie) danego dnia, to kurs będzie taki sam – cena jest chyba ustalana przez rząd. Najsensowniej mieć ze sobą USD lub EUR, ale nie warto nimi płacić. Jako że dirham jest walutą zamkniętą, to trudno go kupić w Polsce. Wyjeżdżając z kraju, oficjalnie nie wolno też wywieźć więcej niż tysiąc dirhamów.

Nie ma problemów z płatnością kartami w większości miast i miejsc, w których byliśmy, oczywiście z wyjątkiem maleńkich sklepików, souków czy stoisk z jedzeniem – głównie mam na myśli lepsze restauracje, sklepy oraz hotele.

Internet

Zacznę od najważniejszego tematu – internetu. Ten jest tańszy niż krewetki w porcie Essaouiry i można zaopatrzyć się w niego w sieciach INWI lub Maroc Telecom. Polecam ten drugi, bo takowy zakupiłem i cały czas miałem zasięg 3G (nawet w górach), chociaż nie obyło się bez przygód. Jak zwykle zresztą.

Punkty Maroc Telecom są wszędzie. Jeden był niecały kilometr od naszego hotelu w Agadirze, więc udaliśmy się tam już pierwszego dnia. Niestety trudno o dostępność kart nanoSIM do nowszych smartfonów, ale panie i panowie tam wiedzą o tym standardzie – na poczekaniu udają się z kartą w bliżej nieokreślonym kierunku i wracają z już odpowiednio przyciętą. Sama karta SIM kosztuje 20 DHS, a 4 GB internetu były w promocji za 50 DHS, czyli razem około 26 złotych.

Uwaga! Kupując internet, poproście obsługę o jego aktywację na poczekaniu (trwa to minutę) i nie odchodźcie od lady, dopóki nie potwierdzicie, że działa!

Zachowanie się w kulturze muzułmańskiej

Uwaga! Maroko jest krajem muzułmańskim (bardzo liberalnym, ale jednak), więc z góry uprzedzam, że nie wszędzie kupicie alkohol – to i tak dużo w porównaniu z innym krajami, gdzie jest całkowicie zabroniony. Nie jest mile widziane odsłanianie ramion i ud w miejscach publicznych – noście raczej ciuchy do kolan i z rękawami. W miejscowościach takich jak Essaouira czy Agadir można sobie pozwolić na ciut więcej luzu, ale nie przesadzajcie – możecie mieć niemiłe spotkanie z władzą. Publiczne okazywanie sobie czułości (np. całowanie) jest zakazane i może zakończyć się więzieniem lub deportacją na Wasz koszt. Publiczne pijaństwo zapewne podobnie – nie polecam bicia policjantów ani chodzenia nago na basenie. Niestety opalanie się topless jest również niewskazane, nawet na terenie hotelu.

Uwaga!!! Uśmiech turystki dla Marokańczyka oznacza jedno – że jest zainteresowana „bzyk bzyk baj bara bara”, „mambem w poziomie”, „fiku-miku” czy też − jak podpowiada Kinga Ochendowska – „nafaszerowaniem pity falafelem”. Odbierają to jednoznacznie i potem się od nich nie odgonicie. Przy okazji Panom podpowiem, że prostytucja jest zakazana. Narkotyki dostępne są na każdym rogu (haszysz, marihuana), ale zdecydowanie nie polecam kupowania ich. Po pierwsze policja od czasu do czasu robi prowokacje, a po drugie handlarz może być z nimi w zmowie – za wydanie klienta nie zostanie aresztowany. Nie ma też żadnej gwarancji jakości i zażywanie ich może skończyć się śmiercią lub, co gorsza, kalectwem.

Agadir

To miasto żyjące z turystyki i na nią nastawione. To jedno z niewielu miejsc, gdzie praktycznie wszędzie dostaniecie piwo, wino i inne trunki. Nie spodziewajcie się tego w innych częściach kraju. Dla nas osobiście był jedynie bazą wypadową do Sifi Ifni, Legziry i Paradise Valley.

W Agadirze warto przespacerować się promenadą aż do mariny – na całej długości są bardzo wysokie ceny, więc na posiłek polecam poszukanie mniejszych knajpek kilka ulic w głąb lądu. Osobiście mogę polecić restaurację Daffy, położoną w pobliżu Mosquée du Liban, na Rue des Oranges. Niedaleko jest również plac Al Amal, a obok niego mały park zwany Vallee des Oiseaux. Podróż przez niego warto zacząć od północnego wschodu i kierować się w dół, w kierunku oceanu. W nim spotkamy nie tylko nietypowy wodospad pod mostem, ale również małe zoo z przeróżnymi zwierzętami – są znane nam dobrze gęsi czy łabędzie, ale również flamingi, muflony, kangury, papugi, wszelki drób, dziwne kozy, strusie, antylopy i dziesiątki innych gatunków najprzeróżniejszych zwierząt, których nazw nie znam. Ale są ładne i… bardzo było mi ich szkoda. Nad Agadirem leżą ruiny portugalskiej fortecy Kazba (Kasbah) – niestety została zrównana z ziemią podczas trzęsienia ziemi w 1960 roku, tak jak całe miasto. Dlatego nie znajdziecie w nim starszych budynków niż wybudowanych przed 55 laty. Warto tam się udać w zasadzie dla samej panoramy miasta.

 

Taksówki i wynajem samochodu

Uwaga! W Maroku są dwa rodzaje taksówek: Grande Taxi to duże, stare i kremowe lub beżowe mercedesy, a Petit Taxi to małe, (przeważnie) czerwone peugeoty 205 lub podobne sztrucle. Grande Taxi zabiera do siedmiu pasażerów (czterech z tyłu i trzech z przodu, oprócz kierowcy – nie żartuję), a Petit Taxi do trzech. Ceny na Grande Taxi są ustalane przez rząd i wywieszone na tablicy po wyjściu z lotniska – używa się ich pomiędzy miastami. Petit Taxi mają taksometry i należy upomnieć się, żeby kierowca go włączył. Nie należy się dziwić, jeśli taksówkarz zgarnia dodatkowego pasażera po drodze – jest to normalne. Podróż po mieście nie powinna kosztować więcej niż od 10 do 30 DHS. Warto też zapytać kierowcę o cenę przed rozpoczęciem podróży – dotyczy to obu rodzajów taxi. Grande Taxi z lotniska do Agadiru w pobliżu mariny kosztuje 220 DHS. Petit Taxi z mariny do dworca autobusowego CTM kosztuje około 16 DHS.

Są dwa rodzaje wypożyczalni samochodów – światowe marki typu EuropCar, Avis, Hertz i tak dalej. Te są drogie. Lokalne mają zdecydowanie lepszą ofertę. O ile w tych pierwszych wypożyczymy nawet porsche panamerę, to jednak zdecydowaliśmy się na volkswagena polo z klimatyzacją. Warto dowiedzieć się też, jakie ubezpieczenie jest w cenie i dopłacić do pełnego, które obejmuje wszystko, dzięki czemu my nie uczestniczymy w kosztach kolizji, nawet jeśli jest ona z naszej winy. Niestety, ale nietrudno tam o wypadek. Wracając do VW polo – wynajem na 48 godzin kosztował nas 800 DHS bez paliwa (jego ceny są podobne do polskich). Kia picanto lub dacia logan kosztuje 100 DHS mniej. Warto też zarezerwować sobie auto dzień lub dwa wcześniej, aby nie było niespodzianek.

Sidi Ifni, Mirleft i Legzira

Drogi w Maroku są naprawdę dobre. Ba! Często lepsze niż w Polsce, chociaż roboty drogowe mają trochę inaczej zorganizowane. Dlatego podróż do Sidi Ifni upłynęła nam stosunkowo szybko i sprawnie.

Jechaliśmy wzdłuż wybrzeża, bo widoki są tego warte, a po drodze zatrzymaliśmy się w Mirleft. To wioseczka z zatoką, gdzie można skorzystać z uroków Oceanu Atlantyckiego – bardzo, bardzo zimnego o tej porze roku, przynajmniej dla mnie. Na plaży jest knajpka, gdzie serwują całkiem przyzwoitą pizzę oraz tadżin – polecamy.

W samym Sidi Ifni nie ma nic specjalnego poza pięknym placem Hassana II, z małym ogrodem pośrodku. Okoliczne domy niegdyś musiały być bardzo okazałe – niestety wiele z nich stoi opuszczonych. Wystarczy jednak przejść się w kierunku oceanu − Sidi Ifni położone jest na skarpie, więc widok w pobliżu placu zapiera dech w piersiach. Wracając drogą, którą przyjechaliśmy, przez moment mieliśmy ochotę zatrzymać się w kafejkach przy Avenue Mohammed V, ale czas nas gonił – to Legzira była naszym celem.

Legzira to maleńka wioseczka położona na skarpie – jej najważniejsza część składająca się z kilku małych restauracyjek leży praktycznie na plaży. Nad wioską, na skarpie, wybudowano bungalowy dla turystów i pomimo że sezon jeszcze się na dobre nie zaczął, to było w nich już sporo osób. Po zejściu na plażę warto udać się w kierunku południowo-zachodnim – to tam znajdują się dwie formacje skalne w kształcie łuków, które uformował ocean. Miejscami dochodzą do 60 metrów. Uważajcie jednak na przypływy – nadchodzą szybko, odcinają powrót do Legziry, a prądy są bardzo silne. Niestety w tym dniu, jednym z najważniejszych z mojego punktu widzenia, pogoda nam nie sprzyjała.

Taghazout i Paradise Valley

09 - Paradise Valley - cafe

Do Taghazout udaliśmy się na plażę. Jest piękna, piaszczysta i szeroka. Oraz pełna Marokańczyków grających w piłkę nożną – oni naprawdę mają fioła na tym punkcie. Nie zabawiliśmy tam jednak długo, bo silny wiatr tego dnia urywał głowę. Postanowiliśmy wcześniej wyruszyć do Paradise Valley.

To dolina położona na północ od Agadiru, która charakteryzuje się kafejkami ze stolikami w rzece Tamraght, która nią płynie. Byliśmy jednak w Taghazout, a nie uśmiechało nam się wracać do Agadiru, aby wrócić do głównej drogi do celu. Zamiast tego zdaliśmy się na Google Maps, które nas poprowadziły drogą bezpośrednio z Taghazout, przez góry. Z początku wszystko zapowiadało się świetnie – wąska, ale bardzo dobra asfaltowa nawierzchnia i piękne serpentyny dawały przyjemność (nawet VW polo) z jazdy oraz niesamowite widoki. Kilkanaście kilometrów dalej nawierzchnia się zmieniła… i zwęziła. Zamiast asfaltu pojawiły się betonowe płyty, znacznie równiejsze niż nasze. My nie damy rady? Niestety po paru kilometrach dojechaliśmy do ich końca i zaczęła się szutrowa droga, stroma i wąska, przeznaczona prawdopodobnie dla osłów, których w okolicach było sporo. Do celu mieliśmy jeszcze z pięć lub sześć kilometrów, ale pokonanie tego dystansu zajęło nam półtorej godziny. Jazda VW polo po drodze przeznaczonej dla wąskich samochodów terenowych to było wyjątkowe przeżycie. Dojeżdżaliśmy do miejsc, gdzie ledwo mieściliśmy się pomiędzy głazami (które spadły z gór), a przepaścią. Przemykaliśmy nad strumykami, wdzięczni za niski poziom wody. Mieszkańcy okoliczny wiosek patrzyli na nas z zaskoczeniem – rzekomo ostatni raz widzieli turystę w 1967 roku. Iwona okazała się wzorowym pilotem i podpowiadała mi, które kamienie mogą rozciąć delikatne opony i zamykała jedynie oczy, gdy wzniesienie było tak duże, że nie było widać, czy po jego drugiej stronie w ogóle jest droga. Zmęczeni, ale szczęśliwi dotarliśmy w końcu do głównego szlaku (bo trudno to nazwać drogą, rozmytą w wielu miejscach przez wodę) i udaliśmy się w głąb doliny. To ulubione miejsce lokalnych Marokańczyków – przyjeżdżają tutaj na pikniki. Aby oni oraz turyści mogli schłodzić nogi, miejscowi porozstawiali stoliki i krzesła… w rzece – jej stan sięga w najgłębszym miejscu do uda. Polecamy zabrać strój kąpielowy. Wracając, koniecznie zatrzymajcie się przy straganach z bananami – tak świeżych już dawno nie jadłem, prosto z drzew rosnących nieopodal.

CTM

Autobusy w Maroku są klasy naszych Polskich Busów. Klimatyzowane i stosunkowo komfortowe, z opcją wybrania kursu Premium (ten jeździ tylko raz dziennie). Na dworzec należy dojechać z trzydziestominutowym wyprzedzeniem, aby odprawić bagaż. Metoda jego odprawy zależy od dworca – czasami zostawia się obsłudze, czasami samemu trzeba dostarczyć do autobusu. O wszystkim można dowiedzieć się przy kasie.

Ceny biletów:

  • Agadir → Essaouira: 75 DHS
  • Essaouira → Casablanca: 150 DHS
  • Marrakesz → Agadir: 100 DHS

Uwaga! Bilety należy kupić z jednodniowym (lub większym) wyprzedzeniem – szybko się kończą! Można to zrobić przez stronę www przewoźnika.

Essaouira (As-Sawira)

Mekka kitesurferów, z piękną plażą i wiecznymi wiatrami. Obecne miasto powstało w XVIII wieku, ale jego korzenie sięgają 1506 roku. Dzisiaj składa się z trzech części – wybrzeża z nowoczesnymi hotelami położonymi wzdłuż plaży, samego miasta oraz medyny otoczonej starymi murami, w której jest też port rybacki.

Zatrzymaliśmy się w starej medynie, w tak zwanym riadzie. To stara kamienica przerobiona na hotel, która charakteryzuje się kilkoma piętrami, dziedzińcem oraz studnią nad nim, wokół której są pokoje dla gości. Na dachach tradycyjnie są tarasy, gdzie można odpoczywać i spożywać posiłki. Wewnątrz murów medyny znajduje się souk, ulica jubilerów oraz kilka żydowskich zabytków. Jest też mnóstwo galerii, stoisk z pysznymi „chawarmami”, jak to oni piszą, restauracji tańszych (bez tarasów na dachu) i droższych (z tarasami) i uroczych sklepików. Do knajpki z tarasem warto udać się na zachód słońca – widok jest przepiękny. Od siebie możemy polecić restaurację Taros, w której podają znakomitą wołowiną na patelni i tadżin rybny. Polecamy też zwiedzić port rybacki oraz zjeść tam kałamarnicę prosto z wody, warto też wejść na mury obronne miasta. Jak już to wszystko zrobicie, to najlepiej się po prostu zgubić w zakątkach i uliczkach medyny – niezapomniane wrażenia i niespodziewane odkrycia murowane.

Casablanca

Nie polecam odwiedzać Casablanki, jeśli nie macie jakiś konkretnych planów związanych z tym miastem – my mieliśmy i tylko dlatego tutaj trafiliśmy. Od razu widać przepych i bogactwo względem reszty kraju. Różnica jest wręcz druzgocąca. Wystarczy udać się na La Corniche – promenada jest przepiękna, a jeśli stanie się przy drodze o odpowiedniej porze, kiedy to mężczyźni wyjeżdżają na łowy, to zabraknie palców u rąk, aby zliczyć wszystkie ferrari, lamborghini, maserati, koenigseggi i inne cuda o nazwach, które trudno zapisać i wypowiedzieć.

Z punktów wartych odwiedzenia możemy polecić meczet Hassana II, spacer po Boulevard La Corniche oraz cudowną restaurację La Sqala. Ta nie ma niskich cen, ale są przystępne, a jedzenie godne bogów. Fanów filmu „Casablanca” chyba nie musimy namawiać na odwiedzenie Rick’s Cafe, powstałej w 2004 roku. Lokal oczywiście został stworzony, aby wypełnić zapotrzebowanie turystów, którzy przez wiele lat bezskutecznie go poszukiwali. Otwarte jest codziennie od 12:00 do 15:00 i potem od 18:00 do 1:00. Rezerwacje są wskazane.

Pociągi

Te przypominają nasz własny tabor, chociaż temu, którym jechaliśmy, było zdecydowanie bliżej do Pendolino niż do TLK. Podróżuje się stosunkowo komfortowo i na całej trasie, w odróżnieniu od Pendolino, mieliśmy zasięg 3G od Maroc Telecom. Bilet do Fezu kosztował 140 DHS.

Uwaga! Przyjdźcie na peron z wyprzedzeniem – pociągi lubią odjeżdżać o kwadrans wcześniej niż przewiduje plan.

Fez

To w Fezie po raz pierwszy w życiu skusiłem się na burgera z mięsem z wielbłąda – był przepyszny. To doświadczenie miałem w Cafe Clock, którą bardzo polecam – ma bodajże cztery piętra, a na tarasie na dachu można uciec od zgiełku souku. Zanim jednak zapuścicie się do medyny, w labirynt ciasnych uliczek, to polecamy wyposażyć się w przewodnika (100-400 DHS) lub GPS-a. To dzięki Google Maps na telefonie nie zgubiliśmy się w medynie. Fez znany jest przede wszystkim z garbarni Chouarasa – jest ogromna, ale jest też wiele mniejszych. To była w zasadzie jedyna rzecz, która mnie interesowała w tym mieście, ale jeśli macie czas i ochotę, to warto znaleźć dobry punkt widokowy na medynę – panorama jest niesamowita. Można też zahaczyć o kilka meczetów, bram do starego miasta, Medresa Bu Inania (szkoła koraniczna) oraz synagogę Ibn Danana.

Jedzenie

Bardzo popularnym marokańskim daniem jest tadżin. Nazwa pochodzi od naczynia, w którym jest podawane. Ma kształt stożka (co wspomaga powrót pary w kierunku podstawy, gdzie znajduje się jedzenie), wykonane jest z gliny i kładzie się je na rozżarzonym węglu lub drewnie, aby powoli podgrzać potrawę w jego wnętrzu. Najczęściej spotyka się danie z ryby, mięsa lub wegetariańskie, a w środku znajdziemy najprzeróżniejsze warzywa. Przepyszne!

Drugim daniem, które uważamy za godne polecenia, jest chawarma (szałorma/shawarma). To arabski odpowiednik tureckiego kebaba, który jest przygotowany na ciut innych zasadach i dzięki temu uważam go za znacznie smaczniejszy! Mięso skraja się z tego drąga, następnie dodaje posiekane pomidory, sałatę i cebulę. Wymieszaną całość wkłada się w pieczywo lepsze niż pita i jeszcze podgrzewa. Wyborne danie i polecam zamawiać je na stoiskach na ulicy – znacznie lepsze niż w restauracjach.

Jeśli lubicie owoce morza, to warto objadać się nimi w Maroku – są świeże, często prosto z wody (nie są mrożone jak w Polsce) i przesmaczne. Krewetki, kałamarnice, langusty, homary i wszelkie ryby morskie są znacznie tańsze niż nad naszym morzem, a przy okazji znacznie smaczniejsze.

Marakesz

Zanim wróciliśmy do Agadiru, na dwa dni przed odlotem, aby jeszcze trochę wygrzać się na słońcu, spędziliśmy kilka dni w Marrakeszu. To miasto, a w zasadzie jego medyna, robi ogromne wrażenie. Niestety nie przypadła mi tak bardzo do gustu jak ta w Essaouirze czy Fezie, a to ze względu na fakt, że miejscowi pędzą na złamanie karku uliczkami na swoich skuterach i niespecjalnie zważają na przechodniów. Nie będę za wiele zdradzał, poza jedną rzeczą – należy koniecznie odwiedzić Ogrody Yves Saint Laurenta. Są przepiękne!

Przyznaję, że trochę zaszaleliśmy z hotelem – nie był najdroższym w mieście, ale wybraliśmy apartament o powierzchni 77 metrów kwadratowych, z prywatnym dziedzińcem w sercu medyny. Całość ze śniadaniem wychodziła około 125 zł za osobę. Na dodatek byliśmy jedynymi gośćmi, więc obsługa była wzorowa, a cała kamienica wraz z basenem do naszej dyspozycji. Ale jak trafiać na takie okazje? Gdzie szukać i rezerwować, aby było tanio?

Do wyszukiwania lotów korzystam ze strony internetowej SkyScanner [www / iOS]. Posiłkuję się również serwisem Expedia [www / iOS] oraz TripAdvisor [www / iOS]. Ponadto w RSS-ach subskrybuję Fly4FreeMleczne Podróże – tam też często się coś ciekawego trafia. Alternatywnie korzystam też z Booking [www / iOS] – preferuję ten serwis do rezerwacji hoteli, ponieważ szczegółowo pokazuje zdjęcia wybranego rodzaju pokoju oraz nie pozostawia wątpliwości, co dokładnie się rezerwuje.

Samemu lepiej

Z biur podróży przez ostatnie dwadzieścia lat skorzystałem bodajże czterokrotnie. Preferujemy samodzielnie planować sobie wycieczkę, bo odpowiednio przygotowana, dokładnie pod nasze indywidualne potrzeby, daje znacznie większe poczucie satysfakcji. Zamiast mieszkać w hotelu-molochu wybieramy mały i przytulny riad, gdzie od samego przebywania w nim raduje się serce, a zamiast dwuosobowego pokoju mam ogromny apartament. Zamiast zwiedzać wiele nudnych miejsc, wybieramy tylko te, które nas interesują. Zamiast nudnej wycieczki autokarem do Rajskiej Doliny, przeżyliśmy przejazd przez góry maleńkim samochodem, po szutrowych drogach i zwiedziliśmy wioski, o których świat zapomniał.

To nie jest trudne, a satysfakcja tak duża, że wyjazd znacznie bardziej zapada w pamięć.

 



36

Wojtek Pietrusiewicz

Wydawca, fotograf, podróżnik, podcaster – niekoniecznie w tej kolejności. Lubię espresso, mechaniczne zegarki, mechaniczne klawiatury i zwinne samochody.